kolejna pan opowiadajacy jak nam zbuduje kominek nie jest wizyta, ktora cieszy maline. na dzwiek dzwonka malina zgodnie z osobiscie ulozonym planem idzie do siebie do pokoju zeby malowac i sluchac jakiegos sluchowiska. ostatnio ulozylysmy wszystkie bajeczki do nowego pudla. mimo wielkiegiow wyboru malina slucha karolci, marysi sierotki i lampy aladyna. slucha i produkuje rozne ilustracje do sluchanych bajeczek. wizyta sie przedluza, ale malina siedzi u siebie. w koncu zostajemy sami. kolacja.
– jakiej dzis bajeczki sluchalas? – pytam.
malina robi okragle oczy i odpowiada przejeta:
– okropna bajka. bardzo straszna.
dretwieje. co to za paskudztwo zapodzialo sie wsrod plytek z bajkami?
– o czym to bylo?
– straszne. byl taki stworzen jeden. nie wiedzial kim jest. nie widzial naj sie nazywa. ale mial futerko. ale nikt nie widzial kto to jest. ale sowa nie wiedziala. bajka o stworzeniu byla. straszna.
malina ma wyraznie popsuty humor. kolacja jej nie smakuje. marudzi, krzywi sie. w lozeczku obiecuje, ze jutro zaraz po sniadaniu posluchamy razem o aladynie.
dla tymisiowej o zabawkach.
wiadomo, ze dzieci waldorff bawia sie owocami natury, kamieniami, kasztanami, liscmi. wiele osob to krytykuje, bo lego, bo barbie, bo playmobil. wsrod zwolennikow waldorff krazy taka anegdota:
siedzi sobie dwoch bardzo zadowolonych chlopczykow na trawie i bawia sie samochodami. jeden ma kolorowy, burczacy, blyskajacy swiatelkami samochod z otwieranymi drzwiami, bagaznikiem i okienkami. drugi ma kawalek kory i sam burczy zamiast motoru. pierwszy chlopiec troche sie smieje z tej kory i przechwala sie swoim cudem. drugi chlopiec z typowo waldorfska zdrowa pewnoscia siebie: fajny masz samochod, ale ja mam teraz samolot. podnosi samochod, zmienia brzmienie motoru i odlatuje.
bum!!!
na poczatku roku w polskim przedszkolu malina przyniosla paczki na swoje urodziny, dzieci zaspiewaly jej sto lat, zatanczyly wokol rozyczki w koleczku a pani chcac zrobic jej przyjemnosc wyczarowala skads balony, kazde dziecko nadmuchalo jeden a potem jako salwa na czesc maliny przebijali je na wyscigi. dzieci mialy wspaniala zabawe. jak odbieralam maline, pani jeszcze ja reanimowala po napadzie placzu. strasznie mnie przepraszala. nie wiedziala, ze malina panicznie boi sie balonow a juz ich pekniecie wywoluje u niej atak histerycznego placzu.
jako maluszek malina chetnie bawila sie balonami i nie przeszkadzalo jej, ze kazdy balon w koncu pekal. dziwilo ja tylko, ze to nagle znika. bum. nie ma. az raz balon pekl i malina zaczela plakac. od tego czasu sam widok balona przyprawia ja o lzy. z obu karnawalowych bali musialysmy sie ewakulowac, bo zawsze nadchodzi czas tanca z balonami (dzieci probuja je w parach utrzymac miedzy glowkami). na jednym balu probowalam maline przekonac, ze moze zostaniemy. zostalysmy minutke, jakis chlopiec obok przebil balon, malina zaczela drzec na calym ciele i przestala mnie slyszec w panice i strachu. z drugiego balu zwialam jak tylko wodzirej zaczal wyciagac balony, bo malina juz drzala. to dziecko, ktore niczego sie nie boi i idzie przez zycie z usmiechem, nie moze zniesc zimnych ogni, kawalow z nadmuchana torba z papieru, balonow.
wczoraj wspomnialam o tym pani doktor o tej panice. a pani doktor sie rozesmiala, poglaskala maline po glowie mowiac: "trzeba unikac balonow i juz i sie nimi nie przejmowac. pewnie, ze to nieprzyjemnie jak tak wybuchaja. kiedys to minie nawet nie wiadomo kiedy." i juz rozmawialysmy o czyms innym.
a dzis.
dzis odbieram maline z przedszkola. w samochodzie lezy plastikowa torebeczka od sniadania. gadamy, malina w swietnym humorku. nagle nadmuchuje torebke, wola: patrz mamusiu! i wali w nadeta torebke ze wszytkich sil. BUCH! malina smieje sie wesolo cala dumna. wchodzimy do domu. malina prosi mnie o torebki sniadaniowe. daje jej trzy. leci do ogrodu. w skupieniu nadmuchuje jedna po drugiej i: buch, buch, buch! widzi, ze ja obserwuje wiec podnosi triumfujaco dwie piastki do gory i biegnie do domu rozesmiana. jeszcze dwie torebki. zeby tatus zobaczyl. tatus nie wierzy wlasnym oczom a malina sie smieje i smieje.
cos sie w niej stalo. cos pokonala. dlaczego? nie wiem, tak samo jak nie wiedzialam czemu sie bala.
ale sie ciesze.
pani doktor.
po raz pierwszy odkad urodzila sie malina bylysmy u lekarza od ktorego wyszlam szczesliwa. pani doktor wybadala maline na wszystkie strony (u8). wsluchiwala sie w jej serce tak dlugo, ze az sie troche zmartwilam. ogladala skore, wlosy, paluszki, badala brzuszek. potem sprawdzala prawo-leworecznosc, zmysl rownowagi i refleks. po czym wyslala maline do pokoju obok na badanie wzroku. chciala ze mna porozmawiac w cztery oczy. twierdzi, ze malina ma cos z jelitami. opowiedziala jak malina sie zachowuje a ja sluchalam w oslupieniu, bo wygladalo to tak jakby ta pani znala nas od 5 lat. na koniec powiedziala, ze powinnam bardzo uwazac. malina nie ma jednej antenki jak kazde zdrowe dziecko. ona jest naszpikowana antenkami, nadwrazliwa. jej serduszko nie stuka, ono lopoce. trzeba jej pomoc sie chronic, trzeba ja bronic. w domu malina telefonuje z babcia:
– teraz bede zawsze chodzila do tej pani. ona ze mna grala w pilke!
regul lamanie.
raz, dwa, trzy, cztery!
raz, dwa, trzy, cztery!
raz! dwa!
raz! dwa!
malina zamknela drzwi od kuchni i trenuje w przedpokoju. ile energii. ile werwy. coraz szybciej. szybciej i nagle cisza. podgladamy ja dyskretnie. skupiona cwiczy falisty ruch wachlarza. na kolacje zjada swoja porcje lososia, kawalek prosi ode mnie, kawalek od taty. po czym pada do lozka. usmiechnieta i w przepysznym humorze. zasypia natychmiast. zamiast cieszyc sie wczesnie rozpoczetym wieczorem zasiadam do pracy, bo przechodze przez jakis dziki okres, w ktorym moja prace moge porownac do akcji strazy pozarnej. rzucam sie od pozaru do pozaru i gasze co sie da. troche braknie mi tchu. a tu? do kuchni wsuwa sie jakas niesmiala myszka i mruczy:
– mamusiu… jestem strasznie glodna.
wyciagam jogurt waniliowo-smietanowy, robie goracej herbaty z sokiem. malina je rozowa i strasznei zadowolona. takie cudowne odstepstwo od ustalonych regul smakuje podwojnie. patrzy mi gleboko w oczy i leje miod na serce:
– ty jestes najlepsza mamusia na swiecie…
tatus pokasluje a oczy ma takie blekitne nagle, takie zamglone. odprowadza maline do lozeczka. wraca:
– z takich momentow sie zyje, co?
no!!!
malinowa tancerka
kiecka jest lylowa, wachlarz lylowy. butki malutkie ze skorki czarnej z obcasami. malina fruwala zamiast tanczyc. wlosy spiete wielkim czarnym kwiatem, brodka dumnie do gory. flamenco ma w sobie tyle z dumy, gracji i ognia. od tupania zaczela sie nasza milosc, podroz poslubna spedzilismy w sevilli – a teraz malina kreci nadgarstkami i przytupuje wesolo. niewiele jej na razie wychodzi, ale stara sie z zapalem. jest najmniejsza i najmlodsza w grupie i mozna ja zjesc.
malina styling.
w pospiechu maluje paznokcie. pozwalam sie malinie skropic moimi perfumami. jedna reka dopisuje ostatni mail, druga podtrzymuje komorke przy uchu. malina pomaga mi zalozyc buty, bo paznokcie jeszcze wilgotne.
– poczekaj. cos ci dam. – mowi i przynosi swoj rozowy blyszczyk lilifee – mozesz sobie troche pozyczyc. chcesz?
pozyczam a malina kiwa glowka z aprobata:
– teraz masz ladne oczki, ladne paznokietki i ladna buzie.
ide na kolacje z klientami w malinowym humorze i pewnie dlatego wieczor jest wspanialy.
co sie w zyciu oplaca.
rozmawiam z mama o flamenco. w srode przyjda butki i specjalna spodnica dla maliny z hiszpanii, ktore w ten sposob kosztuja mnie grosze a w monachium majatek. mama kreci nosem i wlasnie zadzwonila, zebym dala dziecku spokoj z tymi dziwactwami. po co jej do zycia flamenco? lepiej zebym ja zapisala na tenisa.
tak mnie zatkalo, ze nawet nie zdolalam sie z mama poklocic.
malinowy glod.
jogurt zjedzony a malina wciaz glodna.
– chcialabym jeden kielbasek…
– nie mam zadnych kielbasek.
malina wyciaga z szuflady parowki w sloiku na czarna godzine i triumfuje:
– mamy! mamy! duzo mamy! ale ja chce tylko jeden kielbasek. zimny poprosze.
———–
na deser malina wybiera cztery zelkowe zwierzaczki. uklada je sobie w miseczce i delektuje sie z zachwytem.
– ooo jaki ladny szczurek… – mruczy – jak na sardynii. tam bylo tyle szczurkow…
ja tam nie pamietam zadnych szczurkow na sardynii, wiec sie dziwie i przygladam gumowemu zwierzatku, ktoremu malina wlasnie obgryza ogonek. i rozumiem:
– jaszczurki?
– ja! ja! – przytakuje moje polsko-niemieckie dziecko – ja! szczurki!!!
slow motion.
zycie zwolnilo tempo. termometr ulegl blaganiom i w koncu pokazal nizsza temperature. dwa intensywne dni z malina. zakupy w ikei: mamusiu, kup te poduszke. kosztuje 10 euro. masz dziesiec euro? patrze na cene. rzeczywiscie: 10,-) wspolne gotowanie. ciagle mi sie wydaje, ze to moj maly dzidzius a ta panna biega do piwnicy po ziemniaki, sprzata swoj pokoj, przytrzymuje mi sitko nad wrzaca woda i miesza zeby lane kluseczki wyszly rowniutkie. w takie dni rozumiem skad to niesamowite przywiazanie samotnej matki do dziecka. absolutna symbioza. nagle wszystko sie robi razem i to jest cudowne. i jak wszystko co fajne, uzaleznia. na moja komorke dzwonia koledzy meza, pytaja o zdrowie, o szpital, zapewniaja, z swiat kreci sie dalej a maz ma lezec i nie zagladac do komputera. a maz glownie spi i co sie obudzi to sie zastanawia, jak spozytkowac ten czas jakos. meczy sie tym mysleniem i zasypia.