raz, dwa, trzy, cztery!
raz, dwa, trzy, cztery!
raz! dwa!
raz! dwa!
malina zamknela drzwi od kuchni i trenuje w przedpokoju. ile energii. ile werwy. coraz szybciej. szybciej i nagle cisza. podgladamy ja dyskretnie. skupiona cwiczy falisty ruch wachlarza. na kolacje zjada swoja porcje lososia, kawalek prosi ode mnie, kawalek od taty. po czym pada do lozka. usmiechnieta i w przepysznym humorze. zasypia natychmiast. zamiast cieszyc sie wczesnie rozpoczetym wieczorem zasiadam do pracy, bo przechodze przez jakis dziki okres, w ktorym moja prace moge porownac do akcji strazy pozarnej. rzucam sie od pozaru do pozaru i gasze co sie da. troche braknie mi tchu. a tu? do kuchni wsuwa sie jakas niesmiala myszka i mruczy:
– mamusiu… jestem strasznie glodna.
wyciagam jogurt waniliowo-smietanowy, robie goracej herbaty z sokiem. malina je rozowa i strasznei zadowolona. takie cudowne odstepstwo od ustalonych regul smakuje podwojnie. patrzy mi gleboko w oczy i leje miod na serce:
– ty jestes najlepsza mamusia na swiecie…
tatus pokasluje a oczy ma takie blekitne nagle, takie zamglone. odprowadza maline do lozeczka. wraca:
– z takich momentow sie zyje, co?
no!!!