nowe slowa: planetarium, teleskop, saturn.

zabralam dzis maline do planetarium. myslalam, ze to taka piatkowa rozrywka a to bylo niesamowite przezycie, bo nagle okazalo sie, ze te gwiazdy i niebo to zupelnie cos innego niz ona dotad myslala. w samochodzie musialam odpowiadac na trudne pytania: z czego jest wiatr. przepytywalam co zapamietala z planet. zapamietala saturn, bo ma pierscienie i jupiter, bo jest jak baczek po zjedzeniu zbyt duzej ilosci fasoli:-) i ze slonce to kula z ognia – to zrobilo chyba na niej najwieksze wrazenie. po drodze szukala na niebie gwiazdozbiorow: znalazla cztery: trabke, wielki woz, sredni woz i latawiec. nic nie jadla, nie pila. zasnela jak stala.

smutno.

od listopada glownie chorujemy. od wczoraj bardzo powaznie. maz ma silne zapalenie pluc. nagle w ciagu kilku dni schudl 6 kilo, nie ma sily mowic, chodzic, jesc. jest smutno i cicho. spie w gabinecie zeby sie nie zarazic i czuje sie strasznie samotna i zmeczona. 

podroz?

schemat jest taki. zawsze jak malina musi zostac w domu i ja wtedy pracuje w home office to nasze zycie toczy sie fazami: raz ja pracuje, malina bawi sie sama. potem robimy cos razem, potem znow oddzielnie, znow razem i tak dalej. zawsze jestesmy w tym samym pokoju. widze co malina robi, ona widzi co ja. i tak jestesmy razem. i obie bardzo to lubimy. dzis cos mnie zastanowilo. telefonuje, telefonuje a malina siedzi na foteliku wiklinowym, ktory postawila na srodku pokoju i slucha karolci. siedzi i siedzi i wcale sie nie rusza. w koncu nie wytrzymuje 
– co ty tam robisz?
– lece samolotem.
rzeczywiscie, pasek od gitary zmeinil sie w pas bezpieczenstwa i malina lecie dalej.

malina pracowita.

wczoraj malina wstala jak wesoly zolnierz: pieknie sie ubrala, umyla, sniadanko i juz gotowa do dorgi stala  przedpokoju. szla ze mna do pracy i chyba nie ma nic w malinowej skali, co moze rownac sie temu przezyciu, tej przyjemnosci, temu wydarzeniu.
dzis rano malina delikatnie wsuwa sie do mojego lozka i lezy jak myszka.
 – co tam? – szepce.
 – idziemy do pracy? razem? – odszeptuje malina pelna nadziei.
 – nie. dzis pracuje w domu. nie mozemy codziennie chodzic do biura.
 – taaak?… ale… ale… – malina szuka jakiegos argumentu, bo tak lato sie nie poddaje. moze nie wszystko stracone. w koncu ma pomysl:
 – mamusiu, a jak sie nazywa ten… no ten… pracownik?
 – jaki pracownik? – smieje sie, bo nogdy nie mysle o moich kolegach w kategorii "pracownik"
 – ten pracownik co siedzi kolo okna. on sie zapytal czy znow przyjde i ja powiedzialam "tak", wiec teraz nie moge go oszukac!

nasza-klasa.

"…i bylem ciekaw co slychac u tej, co sie w niej pol szkoly kochalo. i co widze? wynioslo cie do niemiec?"

"wynioslo. kochalo? nic nie zauwazylam. pamietam tylko , ze jacek mnie co zime tak nacieral sniegiem, ze zaryczana wracalam do domu."

"jacek? temu musimy wszystko wybaczyc. nie ma go juz wsrod nas. umarl dwa lata temu"

nasza-klasa jest emocjonalna podroza pelna smiechu i lez. lez ze scisnietym zoladkiem.

niepokoj.

jakas milosna paranoja. mam ochote maline caly czas przytulac, isc ja obudzic, wkurza mnie, ze jutro ide do pracy i nie bede jej widziala przez kilka godzin. to samo ma z mezem. strasznie polubilam te okropna chatke, nowa sofe, ogrod. lubie wszystko co mam. moze to znaczy, ze niedlugo umre?

linda

mialam 11 lat. na skrze sprzedawalam stare ksiazki, zabawki.
zbieralam zlotowke do zlotowki. kilka stoisk dalej ktos sprzedawal
jamniczki. wlasnie narodzone. zostaly mu dwa. jeden byl zwyczajny rudy,
drugi piekny z czarnym pasem wzdluz kregoslupa. wybralam pieknego, ale
jakis byl mna znudzony. z ciekawosci wzielam to rude malenstwo na rece.
spojrzalo mi w oczy. albo na nos i moze pomyslalo, ze moj nos jest
mlekodajny, bo polizalo mnie w nos. co mialam zrobic? kupilam zwyklego
rudego jamnika. wiedzialam, ze mama mnie zabije, ale bohatersko nioslam
te kielbaske do domu. za pazucha. wchodze do domu. mama wlasnie sie
maluje w lazience i usmiecha:

 – ale smieszny! wyglada jak prawdziwy!

w tym momencie piesek sie porusza, w przeciwienstwie do mojej mamy, ktora zamiera.

 – to jest pies!!!!! 

przyrzekam,
ze jutro go oddam sprzedawcy. mieszkamy w malenkim mieszkaniu na
ochocie we dwie . miejsca jest zbyt malo nawet dla nas. w nocy wkladam
pieska w foliowa torebke po mleku. czy ktos jeszcze pamieta, ze kiedys
bylo mleko w torebkach? torebka siega do szyji, wiec jesli jamniczek
zrobi siku, to nie zaleje mi lozka. nie spie cala noc. jestem
szczesliwa i obmyslam argumenty na nastepny dzien: moze obiecam, ze
bede sprzatala do konca zycia mieszkanie tylko niech mama pozwoli mi
zatrzymac tego psa, ktory wlasnie stal sie moim wszystkim?

nastepnego dnia przychodzi ukochany mojej mamy na obiad i wola:

 – pero linda!!!

i pies zostaje linda. i zostaje, bo nie moge znalezc adresu sprzedawcy:-)

potem wedruje ze mna przez zycie:

 – w koszyku na zajeciach spiewu w chorze lutnia. troche wyje. ale tylko czasami.

 – w plecaku wspina sie po sniezce, tatrach.

 –
w spiworze na mazurach – koledzy przekupuja linde co wieczor, bo
mazurskie noce zimne, a linda jak termoforek:-), flamastrem maluja ja w
gwiazdki!

 – do niemiec, sprawdzic czy sie da zyc na obczyznie.

 umarla w wieku 19 lat, biala niemal i schorowana.

ma swoj grob. 

 

eliminacja.

caly dzien sprzatalam. wczoraj naczytalam sie w internecie o kurzu. i dzis mnie rzucilo po mieszkaniu. co mi sie czegos robilo szkoda, myslalam: to mi zabiera powietrze, zbiera kurz i… wywalalam! maz przezywajacy z dwudniowym opoznieniem moje przeziebienie umieral na sofie od goraczki, malina zamknela sie w pokoju i sluchala karolci a ja szalalam. obrazy pomyte, posciel zmieniona, kazda poduszka zostala przetrzasnieta za oknem, kazdy dywanik, nawet malinowe pluszaki: wszystkie 6. wszystko lsni, blyszczy, mieni sie w swietle blyszczacych lamp. w odkalkowanej lazience, w wannie jak lustro polozylam sie w japonskich kulkach, z maska na twarzy. czuje, ze jakos sie lepiej tu oddycha. wiecej miejsca. pieknie. sobota wieczor a prawie tak pieknie jak piatek wieczor.

frytki

w ramach narzuconego sobie programu "jestem matka fajna" zamiast zaplanowanego rosolku na kurczaczku, wrzucilam udka do piekarnika. na dolna polke frytki. mizerie jako dodatek, zeby juz tak zupelnie nie bylo niezdrowo i fastfoodowo. maz sie usmial na taki funky obiad a malina zgodnie z nasza rodzinna umowa podtanowila sprobowac o co chodzi. bo duma malinowa jest sprobowanie kazdej nowej potrawy, jak jej nie smakuje to jej nigdy nie zmuszamy i dzieki temu malina je wiele. prawie wszystko. a tu niespodzianka. malina chwali kurczaczka, pochlania mizerie, bo uwielbia po mamusi ogorki, ale… ten zolty makaron dziwny jakis, nie smakuje i nie bedzie tego jadla. uswiadamiam sobie, ze tak chronie maline przed fastfoodami i takimi glupotami, ze ona zapomniala co to sa frytki!!! wzruszam ramionami i mowie:
 – no szkoda. jak nie chcesz to nie jedz.