czy powinnam sie zmienic?

klade chorutka maline do lozeczka a z nia wszystkie jej dzieci: ameliona, amelie, felka i mruczka. przykrywam wszystkich dokladnie.
 – ale macie tu przytulnie w twoim lozeczku, spijcie dobrze.
 – tak. bedziemy spac. – malina przytula cala czworke. mocno – bardzo was kocham.
a po chwili dodaje:
 – ale ciebie kocham najbardziej.
jestem matka wlasnie wniebowzieta ale nadal lasa na wyznania milosne, wiec sie dopytuje:
 – oj to pieknie. a dlaczego?
 – bo jestes najbardziej mieciutka ze wszystkich.
pamietam jak w ciazy czytalam przestrogi przed odchudzaniem w ciazy i w czasie karmienia. w glowie pozostal mi slogan: dziecko nie potrzebuje mamy modelki, dziecko potrzebuje mieciutkiej mamy, do ktorej mozna sie przytulic. skoro jestem bardziej mieciutka niz amelion, amelia i mruczek razem wziete, to moze jednak jestem dobra matka? a ze maz tez bardzo sie cieszy z mieciutkiej zony, to po cholere ja chce wydawac forse na eris? i sie meczyc?

film dvd.

malina goraczkuje. glaskanie, przysypianie, czyteni bajeczek picie soczku. dziecko nie ma na nic sily. w koncu proponuje bajeczke dvd. malina promienieje a ja jestem dumna z mojej swobody i matczynego braku konsekwencji. nie bylabym pewnie soba, gdybym nie dodala:
 – ale wybierzemy jaks bardzo spokojna bajeczke.
wybieramy ukochane muminki, ktorych cudowny flegmatyzm bardzo pasuje do rozpalonej, chorej dziewczynki. malina nagle o polowe zdrowsza i okropnie szczesliwa kroluje w pierzynce podparta stosem poduszek. po kilku minutach pytam:
 – no i co podoba ci sie?
 – tak. piekny jest ten film.- kiwa glowka malina – taki spokojny i wilgotny.

plany malzenskie.

bestia przemienia sie w ksiecia. piekna pokochala go mimo brzydoty! malina cieszy sie jak zwykle:
 – i teraz ona wyjdzie za go!
 – za niego.
 – tak. za niego.
 – tak jak ja wyszlam za tatusia.
 – noooo! i ja tez wyjde za go!
 – za niego. – poprawiam – ale za tatusia to ja juz wyszlam.
 – no to razem za go wyjdziemy!
 – tak. za niego.

surowa jak surowka.

niespodziewany gosc na kolacji. to lubie najbardziej. dzwoni, ze jedzie do salzburga i wpadlby na chwile po drodze. niech wpada! wlasnie zasiadamy do kolacji. w maline jakby diabelek wstapil.
– nie ma masla! – oznajmia stanowczym tonem.
– chce jeszcze chleba. – rozkazuje, jakby slowo "prosze" nigdy nie istnialo.
mowi rownolegle z naszym gosciem. na posmarowanej serkiem kanapce maluje palcem wzorki. w koncu trace cierpliwosc. malina zegna sie i idziemy spac.
wracam do stolu po pol godzinie. nasz gosc zachwyca sie na dudowna malina. jaka dobrze wychowana, jak sliczenie i jaka grzeczna. nie wiem co powiedziec, bo najpierw mysle, ze kpi. zaczynam trlumaczyc, ze normalnie taka wlasnie jest ta nasza coreczka, ale dzis jakos sie zbiesila.
– no co ty! – oburza sie gosc – jak ja bym mogl chociaz raz w domu przezyc kolacje z moimi dziecmi w takiej atmosferze to bylbym zachwycony a ty narzekasz. malina to aniol.
maz dodaje:
– malina ma wymagajaca mame.
gosc jedzie sobie dalej. dyskutujemy z mezem. nie chce byc surowa matka. ale jestem. musze sobie od czasu do czasu odpuscic.

teatr w domu

pracuje a malina organizuje teatrzyk kukielkowy. graja: kotek mruczek, jednorozec amelion i czerwony slonik bezimienny. na stoliku porwane chusteczki graja snieg. malina opowiada:
 – idzie kotek po sniegu. bardzo mu zimno i spotyka ameliona… – malina zawiesza glos, bo nie pamieta slowa jednorozec w zadnym z obu jezykow. wreszcie konczy: – …ameliona ziemniakasia. przylatuje rakieta i rzeka do nich: idzcie do jaskini. ida do jaskini a tam slon taki przeziebiony, ze czerwony caly. bardzo im zimno, wiec sie potulay ze soba i zasnely. koniec.

szkola dopiero na 1,5 roku.

zanimi sie zaczal bal, malina byla na sobotnich zajeciach w polskiej zerowce a my na dniu otwartym w drugiej szkole waldorff, ktora nam sie marzy dla maliny. zameldowac mozna tylko do jednej. spedzilismy kilka godzin z nauczycielami, obejrzelismy szkole. jest jedna rzecz niebezpieczna w szkole waldorff. jak sie raz poznalo ten system, obejrzalo te budynki, poznalo tych nauczycieli to patrzy sie na normalna szkole jakby wlasnemu dziecku miala sie przydarzyc wielka krzywda. a tak nie wolno myslec. trzeba sie zdystansowac, bo o miejsce jest trudno. w jednej szkole 5 dzieci na jedno miejsce, w drugiej 3 na jedno miejsce. dzis jestem tak bardzio pod wrazeniem, ze nic innego nie potrafie sobie dla maliny wyobrazic. 

jutro bal.

na jutrzejszy bal upieklam ciasto orzechowe. mialo byc w formie bloku ale wypieklo sie w srodku a poczatek i koniec pozostaly plaskie. z boku wyglada jak wkurzony jez. pomalowalam glasura i posypalam czekolada. wyglada glupio, ale juz za pozno na poprawiny. bal poprowadza polscy gorale. malina zrobila przymiarke sukni i wyglada slicznie. niestety z wrazenia nie moze spac. wlasnie sie zastanawiamy czy dla jej dobra nie powinnismy lepiej nie opowiadac co ja czeka tylko rano powiedziec, ze to dzis. malina nie moze spac i bedzie zmeczona a z drugiej strony przeciez to czekanie i przezywanie to czesc calej zabawy. jeszcze sie w zyciu wyspi, nie?

obietnica.

siedze w kawiarencke z mama kolezanki maliny. gadamy sobie po polsku, dziewczynki biegaja, przylatuja na soczek, w koncu postanawiama skusic sie na ciastka. my – mamusie zamawiamy kremowki. dziewczynki – ciastka orzechowe. siedzimy w czworke. dziewczynki zachwycone swoimi ciastkami, nagle jednoczesnie niemal mowia, ze wolalyby kremowki. i obie jednoczesnie otrzymuja odpowiedz:
– prosze kochanie, zamienimy sie. – usmiecha sie mama kolezanki.
– zamowilas orzechowe to prosze zjedz orzechowe. – slyszy malina i traci humor.
jestem za surowa. ciagle lapie sie na tym i obiecuje sobie poprawe a potem znow upieram sie przy jakichs glupotach.