fasching

w zaprzyjaznionym przedszkolu:     baba jaga/czarownica
w polskim przedszkolu:                 dobra wrozka
w niemieckim przedszkolu:            krawcowa
w szkole sportowej:                      biedronka
w szkole muzycznej:                     krolewna

tak sobie zapisalam zeby mi sie nie pokrecilo.

malina z sevilli.

siedzialam dzis na schodkach i obserwowalam jak w rytm mojego miodowego miesiaca sprzed 14 lat moja corka stuka pietkami w podloge.
 – idziemy tancowac? – upewnila sie dzis skoro swit czyli o 7, kiedy przyszlam ja budzic a ona lezala usmiechnieta i gotowa do skoku w dzien.
spiew i taniec uwazam za niezbedne do szczescia, smiechu, oddechu pelna piersia i panowania nad wlasnym cialem i troche mi bylo smutno, ze zajecia z baletu nudzily maline. nic na sile. po probnych 4 razach zrezygnowalysmy ku uciesze dziecka. to nie na jej temperament. polecono mi flameco. dzis bylysmy piewszy raz. malina dostala spodnice ciemnozielona w biale kropki, we wlosy bialy kwiat. spodnica suta, ze z obu stron mozna podniesc ponad glowe i jeszcze starczy do krecenia. malina krecila osemki ta kiecka i stukala nozka jak dzieciolek. na samym srodeczku najchudsza i najmniejsza. troche speszona, nie nadazala za kolezankami ale skupiona wyprostowana jak struna. na koniec krecily wachlarzami i juz wiedzialam, ze to to. glosno, cudowna muzyka, kiecki w kropki – malina w swoim zywiole. nie moglam sie napatrzec.

prosze o cierpliwosc. sama siebie prosze.

czy ja moge byc szczesliwa chcac wszystkiego na raz?
*jem kolejna chrupke z nutella szukajac turnusu odchudzajacego u eris.
*rozmawiam o budowie kominka, umawiam sie na termin i szukam oferty nowego domu
*postanawiam rzucic prace a przejmuje sie kolejnym projektem tak , ze nie moge spac.
*przyrzekam sobie nie zmuszac maliny do jedzenia i jednoczesnie obiecuje, ze nie pojdzie w sobote na bal jak nie bedzie ladnie jadla.
*zrezygnuje z pomyslu o zalozeniu wlasnej produkcji i spotykam sie na kolacje w czwartek z pania, ktora mi to wlasnie proponuje.
*chce zajac sie swoim zdrowiem i nie dzwonie do ani jednego lekarza.
*obiecuje sobie, ze zawodowo bede na pytanie: jak leci? odpowiadala krotkim: super! a bez przerwy opowiadam o bolacym kolanie i sylwestrowym zapaleniu ucha u maliny.
nie moge ze soba wytrzymac. mysle, ze moj maz stanal na mojej zyciowej drodze, bo pan bog wiedzial, ze to jedyny czlowiek na swiecie, ktory bedzie mial do mnie cierpliwosc.

moja mala sliczna raspberry bush.

tego bloga odwiedza ktos, kto nie umie po polsku. i tlumaczy te teksty. ciekawe kto. strona jest niemiecka, ale mozliwosci tlumaczenia na niemiecki z polskiego nie ma. tylko na angielski. wrzucilam dla proby tekst o domowym spa. oto co otrzymalam:

raspberry bush porzeglada warehouse about swiatowych spa. advertising meskich ubran.
– mamusiu, look what sort ladna tie. moze we will buy tatusiowi?
is several sides along advertising salonu pieknosci. raspberry bush zyczy itself masaz pleckow. I warm up reczniczek, massages plecy rozanym by olejkiem. then on zyczenie the customers robie masaz face. klade itself on the knees cieply termoforek, and massages raspberry bush buzie.
– ah… this good on my ankles… – purrs raspberry bush.
miraculous sposob on zasypianie. raspberry bush does not have even sily on bajeczke to poduszki.

ale sie smieje.

o zlotej rybce.

 – ugotuje ci rosola. – oswiadczyl maz i jednym ciagiem zrobil tez pyszna strucle jablkowa. w ogrodzie wciaz jeszcze wisza jabluszka. nie nadaja sie do jedzenia, ale do ciasta sa przepyszne. malina zbiera w ogrodzie czarne kamienie, ktore przytaskalysmy z sardynii. wieczorem mam jej zrobic masaz goracymi kamieniami – taki jak widziala wczoraj w reklamowce spa. maz sprzata stare liscie. jest wiosennie i dopiero w lutym ma przyjsc prawdziwa zima. patrze na nich przez okno i sie ciesze. musze czesciej mowic mezowi, ze sie ciesze. on jest szczesliwym rybakiem a ja zona, ktorej wciaz malo. zyje marzeniami zamiast rzeczywistowscia. mecze sie ze soba zamiast rozkoszowac sie kazdym dniem.
choruje sobie dalej.

domowe spa.

malina porzeglada magazyn o swiatowych spa. reklama meskich ubran.
– mamusiu, patrz jaka ladna krawatka. moze kupimy tatusiowi?

kilka stron dalej reklama salonu pieknosci. malina zyczy sobie masaz pleckow. rozgrzewam reczniczek, masuje plecy rozanym olejkiem. potem na zyczenie klientki robie masaz twarzy. klade sobie na kolanach cieply termoforek, i masuje malinie buzie.
– ah… to dobre na moje kostki… – mruczy malina.
cudowny sposob na zasypianie. malina nie ma nawet sily na bajeczke do poduszki.

jak to bedzie.

malina w lozeczku. tatus ubiera sie. jedzie na wyklad o pedagogice waldorff w szkole, do ktore ewentualnie poslemy maline. ja jestem bardziej za. maz jest sceptyczny. mielismy jechac razem, ale moj organizm odmowil totalnie posluszenstwa. maz juz w plaszczu:
 – moze najpierw pojade do apteki i cos ci przywioze?
 – no chetnie, tylko nie wiem na co: na obolaly brzuch, na plecy opatrzone juz plastrem abc, bo nie moge ruszac glowa i prawym ramieniem, na kolano, ktore ma infekcje i praktycznie nie moge go zginac, na glowe, ktora mi peka od goraczki czy na gardlo tak zapuchniete, ze nie moge lykac wody.
wyslalam meza do szkoly, lyknelam rozne znane mi globulki i dwie aspiryny, wlozylam do lozka goracy termofor i z pulsujaca glowa poszlam pod koldre.
nie moglam spac, obolala i jakas otumaniona. maz wrocil kolo 10 i kazal mi spac. ale ja umieralam z ciekawosci. przyniosl sobie piwo do sypialni usiadl i zaczal opowiadac a raczej spiewac hymn pochwalny na temat tej szkoly. mowil, mowil az zasnelam. rano przy sniadaniu opowiadal nam obu. malinie najbardziej sie podoba, ze w 10 klasie jedzie sie do florencji na miesiac zeby sie uczyc o sztuce, wyrzezbic jedna rzezbe, gadac po wlosku i przy okazji rozrozniac mineraly, kamienie. taka wlasnie jest ta szkola.
  – jak znajde rozowy kamyk to ci wyrzezbie serduszko. zeby cie plecki nie bolaly. – cieszy sie malina
mnie podoba sie, ze szkola stara sie wyeliminowac strach i przekonac dzieci, ze nauka jest fascynujaca i ze jest czescia zycia. po 12 latach wiekszosc dzieci decyduje sie robic mature i zdaje ze wspanialymi ocenami. dzis maz pojechal na wyklady o poszczegolnych przedmiotach, popoludniu dolacze do niego jak dam rade, bo na razie gotuje sie od goraczki. malina w polskim przedszkolu. o przepraszam: zerowce.
leze sobie i mysle: dajemy sobie rade. calkiem. calkiem. pewnie przez te goraczke jakas jestem rozczulona i leca mi lzy. szkoda mi, ze czas tak pedzi i pedzi. bez tchu.

malina jezdzi na nartach.

osma wieczorem. telefon. przyjaciolka maliny chora, nie jedzie na narty, wiec jej mama nie bedzie mogla odebrac maliny. alarm. ja caly dzien w zürichu, maz na takim spotkaniu, ze za nic sie nie wyrwie. a wszystko tak ladnie zapalnowalismy…
malina wlasnie miala isc do lozka ale siedzimy w kuchni i szukamy ratunku dla czwartkowego kursu, inaczej malina bedzie musiala isc normalnie do przedszkola i straci jeden dzien nart. i szkoda i pewnie by plakala. dyskutujemy do kogo moznaby zadzwonic i prosic o tej porze o przysluge. nic nam madrego nie przychodzi do glowy. malina robi tez powazna mine:
– mama zostaw tam samochod. przyjade sama do domu. musisz mi szybko pokazac jak sie jezdzi samochodem, bo jeszcze nie umiem.
przez ten narciarski kurs malina zrobila sie tak samodzielna, ze musze walczyc o moje matczyne prawo do smarowania noska kremem, porzadnego wiazania szalika, sprawdzania czy koszulka rowno siedzi w rajstopach. wydaje jej sie, ze wszystko umie.
no i rozwiazanie tez sama znalazla. annika mieszka niedaleko punktu, gdzie przyjezdza busik z malymi narciarzami. annika chodzi juz do szkoly i nie maja juz tyle kontaktu co kiedys. dzwonimy do mamy anniki, maz z czerwonymi uszami tlumaczy powod wieczornego zamieszania. mama anniki chetnie sie godzi, obie dziewczynki szaleja z radosci. nie stracila czwartkowego kursu.
a czwartek byl super. malina nauczyla sie uzywac wyciagu.

a dzis koniec. obejrzalam swiadectwo:
jechanie na kreske***
jechanie na wyciagu**
wsiadanie na wyciag***
hamowanie*
prawdziwa corka tatusia. hamowanie jest nudne. szybka jazda i zero strachu. wieczorem mamy uroczysta kolacje z niespodzianka – ksiazka, w ktorej connie uczy sie jazdy na nartach. beda ulubione smakolyki maliny i torcik malinowy.

malinowe porzadki.

zaraz mam wazna telefoniczna konferencje.
– kochaneczko, musimy cos wymyslic. musze troche pogadac przez telefon.
malina zna ten ton i natychmiast dziala na wlasna korzysc, bo widzi, ze nie mam czasu na negocjacje.
– to ja ide do lazienki z pilka, sitkiem i kubeczkiem. – oznajmia moje dziecko, zabiera rekwizyty i idzie bawic sie w umywalce a ja telefonuje. biegam w sluchawkach po mieszkaniu i co i raz sprawdzam czy w lazience wszystko w porzadku. malina cierpliwie przelewa wode z pilki przez sitko do kubeczka i jest szczesliwa. wciagam sie w konferecje. zgrabnie nam idzie, wiec szybko konczymy.
– malineczko!!! skonczylam!
w drzwiach pojawia sie zarumieniona malina i rzeczowym tonem prosi:
– mamusiu, daj mi jakas porzadna szczotke, bo ta moja szczoteczka to nie daje sie tak dobrze posprzatac.
idziemy do lazienki. widze, ze malina myla toalete.
– o boze! nie wolno myc toalety szczoteczka do zebow!!! – wolam.
– nie mozna. – potwierdza malina – za mala.

misja malinowa.

tata z malina w domu. ja w samochodzie. dzwonie i mowie, ze zaraz wpadne po maline, bo miala ze mna jechac do dentysty a tata bedzie mogl popracowac. maz uspokaja mnie:
 – nie musisz jej brac. u mnie nie ma stresu z praca. jedz do dentysty sama.
malina slyszy te rozmowe i sie wtraca:
 – powiedz mamusi zeby po mnie przyjechala. ona sie boi dentysty i musze ja trzymac za raczke. jade z nia!
podjezdzam pod drzwi. malina w pelnym rynsztunku i z mina pt. "mam misje do spelnienia" wsiada do samochodu. w sterylnym gabinecie dentystycznym okazuje sie, ze gdzies na parkinku wlazlam w jakies kupisko. brazowe slady prawego buta niszcza turkusowo-lazurowy krajobraz gabinetu. leczenie trwa godzine. malina grzecznie siedzi na krzeselku a w czasie borowania trzyma mnie za kolano. wychodzimy. jeszcze sobie pomaslalam, ze moze przyszla liczac na prezencik od dentysty. zadnego prezenciku nie ma, ale malina jakby tego nie zauwaza, trzyma mnie za reke i "prowadzi" do samochodu:
 – nie bylo zle, prawda? bo bylam caly czas przy tobie.
 – tak. nic sie nie balam.
malina sie strasznie cieszy ze spelnionego obowiazku corki i dodaje:
 – ale nastepnym razem wezme latarke, zebys znow nie weszla w buleczke…

(u nas "buleczka" to uniwersalna nazwa kupiszonow)