malina w lozeczku. tatus ubiera sie. jedzie na wyklad o pedagogice waldorff w szkole, do ktore ewentualnie poslemy maline. ja jestem bardziej za. maz jest sceptyczny. mielismy jechac razem, ale moj organizm odmowil totalnie posluszenstwa. maz juz w plaszczu:
– moze najpierw pojade do apteki i cos ci przywioze?
– no chetnie, tylko nie wiem na co: na obolaly brzuch, na plecy opatrzone juz plastrem abc, bo nie moge ruszac glowa i prawym ramieniem, na kolano, ktore ma infekcje i praktycznie nie moge go zginac, na glowe, ktora mi peka od goraczki czy na gardlo tak zapuchniete, ze nie moge lykac wody.
wyslalam meza do szkoly, lyknelam rozne znane mi globulki i dwie aspiryny, wlozylam do lozka goracy termofor i z pulsujaca glowa poszlam pod koldre.
nie moglam spac, obolala i jakas otumaniona. maz wrocil kolo 10 i kazal mi spac. ale ja umieralam z ciekawosci. przyniosl sobie piwo do sypialni usiadl i zaczal opowiadac a raczej spiewac hymn pochwalny na temat tej szkoly. mowil, mowil az zasnelam. rano przy sniadaniu opowiadal nam obu. malinie najbardziej sie podoba, ze w 10 klasie jedzie sie do florencji na miesiac zeby sie uczyc o sztuce, wyrzezbic jedna rzezbe, gadac po wlosku i przy okazji rozrozniac mineraly, kamienie. taka wlasnie jest ta szkola.
– jak znajde rozowy kamyk to ci wyrzezbie serduszko. zeby cie plecki nie bolaly. – cieszy sie malina
mnie podoba sie, ze szkola stara sie wyeliminowac strach i przekonac dzieci, ze nauka jest fascynujaca i ze jest czescia zycia. po 12 latach wiekszosc dzieci decyduje sie robic mature i zdaje ze wspanialymi ocenami. dzis maz pojechal na wyklady o poszczegolnych przedmiotach, popoludniu dolacze do niego jak dam rade, bo na razie gotuje sie od goraczki. malina w polskim przedszkolu. o przepraszam: zerowce.
leze sobie i mysle: dajemy sobie rade. calkiem. calkiem. pewnie przez te goraczke jakas jestem rozczulona i leca mi lzy. szkoda mi, ze czas tak pedzi i pedzi. bez tchu.