jutro malina rozpoczyna kurs narciarski. plecak spakowany, rekawiczki, kask, buty, kurtka podpisane. zapinanie kurtki cwiczylysmy ze sto razy. gogli tez. i cieszymy sie jej zapalem i martwimy, ze to jeszcze za wczesnie na taki kurs bez nas. to znaczy maz mowi, ze tylko ja sie martwie, ale co i raz chodzi i sprawdza ekwipunek. malinie nagla w lozeczku zrobilo sie sentymentalnie:
– naprawde jade bez was?
– tak.
– to moze zabiore ameliona?
nie wiem co powiedziec. piec lat amelia ignoruje przytulanki i spi na zmiane z mruczkiem, felkiem, amelia lub amelionem. bez specjalnego sentymentu. a tu?
– noe pewnie – mowie i sama sie wzruszam – wez ameliona. ale sie ucieszy.
najchetniej sama pojechalabym i z ukrycia obserwowala pierwsze malinowe kroki na nartach, ale rodzicom wolno dopiero ostatniego dnia. jak ja to wytrzymam?
wyprawa z plecakami.
wczoraj wieczorem zapakowalismy plecaki. jeden dla meza, drugi dla mnie. moj plecaczek kojarzy sie malinie z wakacjami. to ja zastanowilo a wlasnie byla w drodze na gore do lozeczka. zatrzymala sie.
– gdzie jedziecie?
– polecimy gdzies z tatusiem jak bedziesz w polskim przedszkolu. – rzucam, bo nie chce wdawac sie w dyskusje przed snem na temat pojscia do sauny, bo nie pamietam czy malina uwaza, ze woli saune od przedszkola.
malinowe oczy robia sie okragle jak pieciozlotowki. patrzy na mnie pelna wyrzutu i nie moze z siebie wydobyc ani slowa. w koncu z tych okraglych oczu splywaja dwie lzy bezradnosci tak wielkie, ze mocza malinie cala twarz a ja nie wiem o co chodzi. w koncu malina steka:
– lecicie beze mnie na sardynie?
o matko. o to chodzi. nie! oczywiscie, ze nie. tule zasmucone dziecko.
– jak bedziesz w polskim przedszkolu to pojdziemy z tatusiem do sauny. czy my moglibysmy bez ciebie jechac na sardynie? no co ty!
dzis skoro swit przyjechala nowa sofa i zmienila nasze zycie a jednak wyralismy sie do sauny. malina z urodzinowym tortem do polskiej zerowki a my na sygnale do sauny. placimy, dostejmy karty wejsciowe i pedzimy do szafek. w kilka minut jestesmy w szlafrokach. jestesmy sami w wielkim osrodku saun, basenikow i lazni parowych. bo kto w sobote rano leci do sauny? tylko my. naparawde. jestesmy we dwoje. maz bierze mnie za reke i lecimy do 90 stopni na dobry poczatek. wszytko tylko dla nas. kladziemy sie w skwarze. maz sie smieje:
– a teraz odpoczywamy. szybko!
malinowe wsparcie w potrzebie.
opowiadam malinie, ze w poniedzialek ide do dentysty.
– pojdziesz ze mna?
– tak! – cieszy sie malina, ktora wszedzie chetnie chodzi, bo wszedzie jest ciekawie.
– oj to dobrze. tzo potrzymasz mnie za reke jakbym sie bala.
uuuu… widze wahanie w jej oczach. gabinet dentystyczny kojarzy jej sie jednak niewesolo i moze lepiej tam nie chodzic? szybko szuka w glowce wymowki:
– mamusiu. nie moge z toba isc. mam za krotkie raczki.
malinowe roslinki.
we wloskim katalogu ogrodowych budynkow znalazlam przesliczna cieplarenke. bede tam hodowala pomidorki, zeby malina mogla zrywac na obiad i moze ogorki, nie wiem co sie zmiesci bo to niewielkie jest, ale sliczne. malinie tez sie ten pomysl podoba i tlumaczy mnie widzac sceptyczna mine tatusia:
– bedziemy tam sadzily roznych roslinkow!
narty malinowe.
w poniedzialek zaczyna sie malinowy tygodniowy kurs narciarski. dzis pojechalismy po narty. te z misiem? moze te rozowe? dla dziewczynek? malina jest wyraznie zniesmaczona i tlumaczy lekko obrazona sprzedawcy (a my pekamy ze smiechu):
– to sa narty dla malych dzieci. a ja mam piec lat. podobaja mi sie te czarne w srebrne gwiazdki.
ale te narty sa dwa razy dluzsze niz malina i wybieramy w koncu srebrne w rozowe esy floresy. sliczne! do tego czarne buty ze srebrnorozowymi zapieciami. malina drzy z przejecia i radosci. w samochodzie nie zamyka jej sie buzia. kurs jest od pieciu lat.
– dobrze, ze zdazylam miec piec lat!
w miare jedzenia apetyt rosnie.
– mamusiu, kiedy wypadna mi zeby?
– nie wiem. pewnie jak skonczysz 6 lat…
– tak?!!! no to juz niedlugo! tylko jeden lata! – malina malo nie placze z radosci a przy kolacji oznajmia:
– niedlugo bede miala 6 lat! i wreszcie wypadna mi zeby!
5.
prezenty sa w porzadku. swieczki fajne. tort smaczny. wszystko to gra drugorzedna role. malina usmiecha sie triumfujaco i raz za razem wyrzuca zacisnieta piastke w powietrze:
– piec! piec! tak dlugo czekalam! nie cztery i pol tylko… PIEC!!!!
wieczorne kolysanie.
wszedzie sa choinki
ozdobione w swinki
wisza tutaj serduszka
a nawet kaczuszka
ladne choinkiiiii
piekne choinkiiiii
malina skrada sie po schodach na dol, oznajmia, ze nie moze spac. gasimy wszystkie swiatla. zostaje tyklko choinka. nucimy kilka kolysankowych koled. ale malina woli wlasne koledy. i rymuje! a ja sie dziwuje.
malinowe pytania.
beztroskie sniadanie. slonce, snieg, zapach swiezych bulek, za gorace jajko, pachnaca kawa. malina po wczorajszym ataku bolu ucha, podrozy do szpitala, nocnej goraczce i majaczeniu, siedzi wesola, swieza jak nowa i w swietnym humorku. jej dobry nastroj jest najwieksza ozdoba stolu.
– mamusiu, jak bedzioesz stara to tatus bedzie opa?
– tak. – smieje sie.
– tatus, bedziesz kiedys opa?
tatus smieje sie tez:
– no jak bedziesz miala swoje dziecko, to mamusia bedzie babcia a ja bede opa.
– aha… – malina milczy i wcale sie nie smieje. po chwili pyta:
– czyli ja bede mamusia a ty bedziesz babcia?
– tak.
– to ty bedziesz mnie ciagle zloscila? a ja bede sie ciagle denerwowala i bede wolala: oj mamo!, oj mamo! i bedziemy sie tylko klocic i klocic…
– nie. nie bedziemy.
+++++++++++++
– mamusiu, jak ty bedziesz stara to tatus cie bedzie kochal?
– tak.
– ale skad wiesz? moze nie bedzie? moze ten mezczyzna tu nie bedzie juz cie kochal?
tatus postanawia sie wtracic:
– ja kocham mamusie juz bardzo dawno i zawsze bede kochal.
– zawsze? potem tez? a jak mama umrze? to tez?
– tak. bede mame kochal w niebie.
– w niebie. no tak. ale nie wiadomo czy sie tam odnajdziecie?
o boze. co to za temat sniadaniowy? sciska mnie w gardle ale usmiecham sie lekko:
– my zawsze jestesmy razem i w niebie tez bedziemy razem.
malina smieje sie, zadwolona z odpowiedzi:
– tak i ja tez bede w niebie z wami. przyjde do was potem. i bedziemy sie ciagle bawic. jak jakies dzieci na ziemi beda grac w pilke to ja zlapiemy w niebie i bedziemy sie bawic pilka.
nie chcemy zadnego konca!
– to jest bardzo specjalny dzien.
– a dlaczego?
– bo ostatni tego roku.
– ostatni???!
– tak 365-ty.
– i koniec?!!!
– koniec.
– ??? – malinie zbiera sie na placz.
– tak. koniec. byla wiosna, lato, jesien i zima. i tak skonczyl sie rok.
malina w placz:
– nie moze byc koniec!!! ja mialam miec w zimie urodziny!!!