lyzwy. malinowa premiera.

zapakowalismy sie na sportowo i pojechalismy na lyzwy. malinowe lyzwy czekaly rok na premiere. malina na widok lodowiska dostala takiego ataku radosci, ze zaczelam szukac w plecaku czegos co mogloby w razie czego sluzyc za knebelek. malina gada przed siebie nie zwazajac czy jej sluchamy czy nie. po pierwsze to w zadnym wypadku nie bedzie jezdzila z tymi pingwinami, to dla malych dzieci a ona jest juz duza, umie swietnie jezdzic na lyzwach i nie potrzebuje! na moja skromna uwage, ze moze na poczatku sprobowac, malinie splywaja z oczu grube lzy i nawet przestaje mowic, wiec zaraz zapewniam, ze kazdy jezdzi jak chce. bez pingwinow, z pingwinami, do wyboru do koloru. tatus od razu dostal skurczu i pojechal po glühwein. ja maline za lapke i sama niepewna czy jeszcze umiem wsunelam sie na lod, probujac zapomniec o bolu kolan. malina pada na twarz przy trzecim kroku i ze lzami w oczach oznajmia, ze wolaby zebym ja wozila na rekach. na wszelki wypadek wspominam o pingwinie.
– o tak! z pingwin! – cieszy sie malina ku mojemu zaskoczeniu.
najwiekszy rozrabiaka i akrobata na lodowisku podjezdza:
– wy z polski? czekaj mala (to do maliny!) zaraz zalatwie ci pingwina.
i za chwile malina popycha przed soba figurke swojej wielkosci, ktora jednak okazuje sie byc krasnalem. po dwoch godzinach dreptania, wywrotek, lez, smiechu, calusow, slizgow jedziemy do domu. malina peka z dumy wyspiewuje polskie i niemieckie koledy i co i raz przypomina, ze swietnie jezdzi na lyzwach a mamusia troche za wolno jezdzi, ale tez umie. jutro powtorka z rozrywki.

kon.

malina rozdziela prezenty. swoje rozpakowuje w tempie tak zawrotnym, ze kreci nam sie w glowach. czy to od wina czy od fruwajacych opakowan? w koncu otwiera prezent, ktory niewaptliwie moze wygrac kazdy konkurs na najglupszy i najbrzydszy prezent roku. okropny ale wymarzony. zapieralam sie rekami i nogami, ale tatus, widzac, ze to ostatni egzemplarz na polce, wlozyl do kosza i powiedzial, ze jesli nie chce to nie, ale gdybym zmienila zdanie to na wszelki wypadek trzyma to cudo, zeby nikt inny nie kupil. mowie, ze nikt nie kupi takiego brzydactwa, ale tatus trzyma i mnie przekonuje. pod choinka laduje obrzydliwy plastikowy kon, ktorzy po nacisnieciu na tylne nogi rzy i szykuje sie do skoku. bleeee. malina wyciaga go z opakowania, natychmiast zapomina o wszystkich innych naprawde pieknych prezentach i rzuca mi sie w ramiona:
 – mamusiu!!!!! patrz! mikolaj mi przyniosl. widzisz jak dobrze? to nie musimy juz kupowac!!!
potem zaklada jeszcze korale i wianek od krakowskiego stroju i tak umajona idzie spac razem z kanciastym koniem, ktory jest strzala w serce kazdego, kto ma troche poczucia smaku i piekna.

wigilia. jak zawsze.

przedwczoraj malina przestala prawie slyszec. zapalenie ucha srodkowego. siedzi smutna i usmiecha sie smutno i pyta kiedy bedzie mogla pojsc na lyzwy. w ostatniej chwili pojechalismy po choinke. straszne drapaki po 50 euro. juz mielismy chwycic taka miotle, ale tchnieta kobietca intuicja powiedzialam zebysmy jeszcze poszukali. jedziemy lasem a tam szyld, ze 800m w prawo szkolka z choinkami. jedziemy. troche ludzi, wesole dzieci, glühwein i kolorowe pily do wyboru do koloru. wybralam choinke jak z ilustracji szancera. pekata, wysoka i pelna. maz niczym doswiadczony drwal pomachal pila i choinka byla nasza. wypilismy goracego wina i pojechalismy do domu. malinie az sie oczy swiecily i nie mogla uwierzyc, ze tatus sam choinke dla niej wycial. zajela pol pokoju prawie i caly dom osnula cudownym zapachem. dzis skoro swit pojechalismy na viktualienmarkt kupic ryby. stalismy w dlugiej kolejce, wlasciciel podawal szampana albo glühwein i wszyscy ze wszystkimi gadali. taki wigilijny spokoj i pokoj. amen. kupilismy kilka rarytasow. rachunek jest dowodem, ze albo jestesmy bardzo bogatymi ludzmi albo idiotami. potem jeszcze kilka drobiazgow, klotnia z mama, malinowy spadek goraczki i bierzemy sie za choinke. jak co roku: troche fajnie i troche niefajnie. tak chyba juz jest na swieta.

********

USMIECHU, KIEDY ZABLYSNIE PIERWSZA GWIAZDKA WSZYSTKIM, KTORZY TU DZIS WPADNA I TYM KTORZY NIE WPADNA. WESOLYCH SWIAT MALINOWYCH!!!

********

wywrotki narciarskie.

zapisalam maline na kurs narciarski w styczniu.
 – ale ja juz umiem!
 – nie umiesz kochaneczko, bo jeszcze nigdy nie mialas nart na nogach. jak sie nauczysz to sobie bedziemy razem jezdzily. juz sie na to ciesze.
 – ale jak ja nie umiem to sie bede przewracala…
 – no kazdy sie przewraca na nartach czasami. tak to juz jest. ja tez sie czasem przewracam.
malina kiwa glowka:
 – tak. ja sie przewracam, bo jestem mala. ty sie przewracasz, bo jestes najsredniejsza. tylko tatus sie nie przewraca, bo jest silny. jest silny, wiec nigdy nie spada!

malinowe wystepy.

pierwszy malinowy wystep w szkole muzycznej. raz jest kaczka, raz sniezynka. raz jedzie trojka (pani naczycielka jest rosjanka), raz skacze jako dzwoneczek. dzieci sa tak przejete, ze prawie wcale sie spiewaja. wypatruja rodzicow i strasznie sa zajete wiszacymi na szyjach dzwoneczkami. najlepiej z calego przedstawienia wychodzi klanianie. po koncowej pioesence malina skacze mi na kolana.
 – mamusiu! nie podobalo ci sie?!!!
 – podobalo!!! bardzo!!!
 – ale plakalas…

no i teraz wiem, ze to co malina od czasu do czasu spiewa to nie zadne modly sekty, tylko afrykanska piosenka powitalna.

malinowe jaselka.

demokracja przedszkola waldorff dotyczy roznych dziedzin zycia. takze jaselek, ktore odgrywane sa codziennie, w strojach i dzieci to uwiebiaja. do bozego narodzenia kazde dziecko zagra kazda z mozliwych rol.
– kim dzis bylas, malinko?
– owieczka. ale stojaca. nie lezaca.
– fajna rola! i musialas cos mowic?
– tak!
– co?
– mee. meee.

przedwczoraj:
– kim dzis bylas malinko?
– aniolem. najsredniejszym.
– o co mowilas?
– nic. tylko patrzylam oczami.

wczoraj:
– kim bylas dzis?
– aniolem najwiekszym!
– archaniolem?
– tak!
– i co mowilas?
– nic. tylko musialam dac maryji jezusa.
– o? i skad wzielas jezusa?
– lezal na stole!

skandal.

jestem w bojowym, anty – telewizyjnym nastroju. u mnie telewizja jest wlaczona, jesli wiem, ze wiadomosci sa bardziej interesujace niz zwykle albo kiedy ogladamy dvd. wczoraj obejrzelismy simpsons, kinowa wersje. jestem fanka simpsonow jako karykatury amerykanskiego spoleczenstwa. kinowa wersja jest rewelacyjna. ale na dvd przeczytalam, ze film dozwolony jest od 6 lat!!! zatkalo mnie kompletnie. czyli za rok malina moze wejsc ze mna do kina na film – tylko dlatego, ze to cartoon – w ktorym wiekszosc scen to duszenie, mordowanie, kopanie, przebijanie nozem, rzucanie bombami, rzyganie, opluwanie, strzelanie do dzieci. czyli niedlugo calkiem normalnie ten film bedzie spokojnie lecial w telewizji kolo godziny 17. i niech nikt mi nie tlumaczy, ze 6-letnie dziecko zrozumie, ze to satyra. ja nie jestem pewna, ze moja siostrzenica, ktora ma 11 lat rozumie wszystkie aluzje, dla niej wiekszosc brztalnych scen, to brutalne sceny dla zabawy.

biedna, biedna mamusia.

to jedyne porzadki, ktore uwielbiam. od dziecka. porzadkowanie biblioteki. nigdy nie ma to czasu. dzis spedzilismy caly dzien. taka sentymentalna podroz, bo co i raz cos z jakiejs ksiazki wypada. a to bilet na miss saigon w londynie, rok 1992, kiedy poznalam meza w anglii. a to zasuszone kwiatki z campingu w liberon, rok pewnie 1996. nowe ksiazki rzucone byle gdzie w pospiechu znajduja wreszcie przytulnie miejsce w rzadku swoich kolezanek z tego samego wydawnictwa. tu angielskie, tu niemieckie, tu polskie. slady moich marzen: ksiazki o teatrze, stanislawski, przewodnik teatralny zczytany do cna, szespir w skorze, przemycany tom po tomie przez mame z polskich ambasad w pradze, moskwie, berlinie. moje studia: kilka rzadkow ksiazek o muzyce. moje studia w londynie: to ja to wszystko przeczytalam po angielsku?! kurcze, kiedys to mialam czasu ze nie wiem. moja praca: historia kina, how to make it big in movies, rozmowy z polanskim. moja ciaza: joga dla ciezarnych, o rety, ona pracuje. w rece wpada koperta ze zdjeciami. malina zaglada przez ramie. o! nasze mieszkanie zanim urodzila sie malina. cudne bylo. to chyba zima. takich kilka galazek z piecioma bombkami. to i tak wiecej niz zwykle.
– mamusiu, nie mieliscie prawdziwej choinki?
– nie. wtedy mielismy malo pieniedzy. nie moglismy wszystkiego miec. – smieje sie.
maz usmiecha sie do zdjec. same kuse kiecki. wszedzie prawie widac mi majty. czy ja wtedy nie marzlam? przeciez to zima byla. fajnie tak popatrzec, ze kiedys to mialam nogi calkiem, calkiem. malina docieka:
– mialas malo pieniedzy i nie moglas sobie kupic ubranka? tylko takie za male? krotkie? taka bylas biedna?

malinowa malowanka

z powodu jakichs brakow w kadrze nauczycielskiej zerowka w polskim przedszkolu dolaczyla do pierwszej klasy. malina wniebowzieta bez komunii:-) pelna nobilitacja oraz nowa pani. pani basia. odbieram szeroko rozesmiana maline. policzki jej sie rumienia po goracym dzieciecym punchu. karmi przyjaciolke resztkami oplatka.
– mamusiu – wola wesolo – pani basia powiedziala, ze jestem dobra malowanka!!!

pani basia usmiecha sie za jej plecami:
– cos musi pani zrobic. na jakies zajecia zapisac. pani corka jest prawdziwa malarka. maluje lepiej niz dzieci w pierwszej klasie. prawdziwa malarka. no!