malina rozdziela prezenty. swoje rozpakowuje w tempie tak zawrotnym, ze kreci nam sie w glowach. czy to od wina czy od fruwajacych opakowan? w koncu otwiera prezent, ktory niewaptliwie moze wygrac kazdy konkurs na najglupszy i najbrzydszy prezent roku. okropny ale wymarzony. zapieralam sie rekami i nogami, ale tatus, widzac, ze to ostatni egzemplarz na polce, wlozyl do kosza i powiedzial, ze jesli nie chce to nie, ale gdybym zmienila zdanie to na wszelki wypadek trzyma to cudo, zeby nikt inny nie kupil. mowie, ze nikt nie kupi takiego brzydactwa, ale tatus trzyma i mnie przekonuje. pod choinka laduje obrzydliwy plastikowy kon, ktorzy po nacisnieciu na tylne nogi rzy i szykuje sie do skoku. bleeee. malina wyciaga go z opakowania, natychmiast zapomina o wszystkich innych naprawde pieknych prezentach i rzuca mi sie w ramiona:
– mamusiu!!!!! patrz! mikolaj mi przyniosl. widzisz jak dobrze? to nie musimy juz kupowac!!!
potem zaklada jeszcze korale i wianek od krakowskiego stroju i tak umajona idzie spac razem z kanciastym koniem, ktory jest strzala w serce kazdego, kto ma troche poczucia smaku i piekna.