malina idzie ze mna na wieczorna, pol-dorosla impreze w biurze. bedzie raclette i kilkoro dzieci. czeka na to caly tydzien. wrocimy pozno, zapowiadam i prosze o obietnice, ze jak wrocimy ciemna noca (kiedy juz i max i victoria mimo, ze w szkole, to juz dawno spia!) to malina myje szybko zabki, wskakuje do lozka i spi. bez uzadnych dyskusji. malina jest zachwycona przyjeciem. i poznym powrotem do domu, ktory wyraznie oznacza, ze jest kobieta dorosla. szczegolnie, ze niezmiernie przystojny moj kolega, ktorego podwozimy do domu wciaz zwaca sie do niej:
– czy mloda dama zyczy sobie gume do zucia?
– czy mloda dama ma tam z tylu wystarczajaco duzo miejsca na nozki?
– czy mloda dama spi? bo tak cicho z tylu?
a malina nie moze odpowiedziec, bo peka ze smiechu.
przystajemy przy stacji benzynowej kupic papierosy. malina konspiracyjnie:
– jaki mily ten micha. hi hi hi.
– on sie nazywa basti.
– aha! basti. pomieszal mi sie z micha.
kolega wsiada z papierosami i guma do zucia.
– ooo dziekuje!… basti!
narzekamy sobie z bastim na wesolo na firme. on jak raz na pol roku oznajmia, ze jeszcze troche wytrzyma a potem chce do londynu. w koncu wysiada. malina smutna:
– szkoda, ze poszedl. dlaczego on chce sie wyprowadzic z monachium?
– do londynu?
– tak. to tak daleko. jak ja go bede odwiedzala?
dojezdzamy do domu. na wszelki wypadek przypominam obietnice: szybko do lozka, bajeczka, buzi i oczka sie zamykaja. i rzeczywiscie: malina jak robocik myje zabki, wskakuje w pizamke, otwiera bajki na odpowiedniej stronie. klade sie kolo niej i czytam. czytam. koniec. przytulam maline.
– a teraz zamykaj oczki i spij.
malina krotko walczy z jakims pomyslem, ktory lomoce jej sie po glowie. nie wytrzymuje. patrzy mi w oczy:
– a moze… moze jeszcze aaa kotki dwa?… nie. prawda? nie. no nie, bo sie umowilysmy. nie! nie!
siadam, kolysze maline jak dzidziusia i spiewam kolysanke. czy ja kurcze jestem tatus, zeby mnie tak sobie dookola palca krecic?
bielszy odcien bieli.
w niemieckim przedszkolu przewazaja kolory ciemne. a juz teraz w zimie to w ogole: granatowe ocieplane spodnie, ciemna czerwien, braz, czern. takiez kurtki. dzieci chodza do lasu, lataja po polnych sciezkach. w polskim przedszkolu wrecz przeciwnie. dziewczynki nosza puszyste biale czapeczki, bladorozowe kombinezony sniegowe, blekitno-biale kurtki z bialym obszyciem. sara, malinowa przyjaciolka, przyszla ostanio wrecz w przeslicznych ocieplanych spodniach… bialych z pistacjowymi obszyciami wokol suwaczkow. wygladala jak sniegowa sniezynka. pozazdroscilam. mama sary zabrala mnie do specjalnego sklepu, gdzie ma znizke na cuda na patyku z bardzo drogimi metkami a dzieki jej zaczarowanej karcie wszytko kosztuje polowe. i normalnie, bedac glupia, pusta i bezmyslna matka, kupilam malinie takowez snieznobiale spodnie. i tak ja wyslalam w poniedzialek do przedszkola. wrocila prawie czysta, ale dzis nie chciala zalozyc tych spodni, zeby sie nie pobrudzic. poranna slodka malina wprawia mnie w taki maslany humor, wiec rzucam beztrosko:
– chodzi o to ze spodnie sa cieple. a jak sie pobrudza to upierzemy. nie martw sie.
popoludniu odbieram maline. szukam bialych spodni. nie ma. pod malinowym znaczkiem gwiazdki wisza zolto-brazowe spodnie. jakis wojskowy model. i wygladaja jak po cwiczeniach na poligonie. czy to mozliwe, ze gdzies pod ta glina kryja sie pistacjowe wypustki?
– mamusiu, nie martw sie. wypierzemy.
– hmmmm – mam sredni humor ogolnie a te spodnie uswiadamiaja mi, ze jestem glupia. to jak mam miec dobry humor?
malina sie ubiera. ja sie burmusze. wsiadamy w milczeniu do samochodu.
– mamusiu, jestes zla?
wrrrr. pewnie, ze jestem. glownie na siebie.
– nie. nie jestem. – odpowiadam smutno.
– jestes. widze, ze jestes.
– nie jestem zla, malineczko.
– jestes. widze. juz ja cie znam!
niedlugo swieta.
kazdemu, kto powie, ze po urodzeniu dziecka nie mozna zrobic kariery bede sie smiala w nos. mozna pracowac i byc matka i na obu frontach dawac sobie rade. wierze w to, pod warunkiem, ze nie zaszlo sie w ciaze po studiach tylko najpierw cos tam sie osiagnelo i mozna troche oprzec sie na doswiadczeniu, podeprzec rutyna.
ale w mojej branzy trudno jest miec rodzine. wiekszosc moich klientow i kolegow to single. zyja w panicznym strachu przed samotnymi weekndami i swietami, mimo, ze ciagle narzekaja na brak czasu i marza o wakacjach. caly tydzien popijaja kawe i do pracy zbieraja sie kolo 16, zeby potem marudzic, ze taki maja stres i siedza do polnocy w biurze. najwazniejsze sprawy zwalaja na piatek. smieje sie zawsze, ze w piatek kolo 17 dostane pilny telefon albo mail z jakims alarmem. sprawdza sie prawie zawsze! ostatni piatek przyniosl mi wazny projekt punktualnie o 20.00 wieczorem. i mozna sobie mowic: wylacz komorke, zamknij komputer. to sa wielkie projekty, wielkie pieniadze i walczy o nie pol niemiec. i jakos sie z tym pogodzilam, bo opracuje czesto jak malina spi i moge jej poswiecic duzo czasu w dzien.
ale czasem trafia mnie totalny szlag. jak teraz. tydzien prze wigilia. projekty leja sie strumieniem mailowym. nie wiem za co sie zabrac. w branzy meza, gdzie chodzi o duzo , duzo wiecej, wszyscy robia podsumowania, porzadki, spotkania swiateczne a tu? jakby nigdy nic mowi mi dzis klient, ze da mi feedback we wtorek za dwa tygodnie. to ja mu sie smieje, ze to drugi dzien swiat. na to on, ze w takim razie przysle mi feedback mailem. prosze bardzo. od kilku dni zarywam noce. i nastepny tydzien nie bedzie lepszy. mozna byc matka. ale nie czlonkiem rodziny, ktory cieszy sie na weekendy i na swieta. to jest absolutnie chore.
najlepsze nie jest dla nas wystarczajaco dobre.
zaczyna sie tydzien sluzbowych prezentow. sterta kalendarzy adwentowych pelnych czekoladek, dziadki do orzechow alu – design, trunkow szlachetnych, slodyczy wymyslnych, gadzety biurowe, kosze smakolykow fikusnie zapakowane, cieple skarpety z odpowiednim logo i inne mniej lub bardziej fajne wyrazy wdziecznosci za dobry rok i mila wspolprace. wczoraj maz wrzucil do lodowki bardzo wyszukanego szampana. o! – ucieszylam sie – bedzie jak znalazl na sylwestra, jesli trafia nam sie jacys szczegolni goscie.
wieczorem siedzimy po dwoch stronach stolu, malina spi, my pracujemy. slychac tylko stukot laptopowych klawiatur. a tu nagle maz otwiera lodowke. no co ty! – oburzam sie – mialo byc na specjalna okazje!
– jest przytulnie, niedlugo swieta, jestemy mlodzi, szczesliwi, na gorze spi krolewna. to nie jest specjalna okazja? najdrozszy szampan swiata nie jest dostatecznie dobry dla takich specjalnych gosci jak my. a ten jest tylko drogi. otwieram. nie krzycz, bo dziecko obudzisz.
pospiech.
zaczyna bys stresujaco. we wtorek przylatuje babcia. rozmowa z opiekunka podsumowujaca polrocze w przedszkolu. adwentowe spiewy z dziecmi. przedstawienie sniezynek w szkole muzycznej. jaselka w przedszkolu. a malina (matka boska) wlasnie sie upiera, ze chce obciac wlosy. raclette w biurze z dziecmi. tombola w biurze bez dzieci. jak w koncu siadziemy przy stole wigilijnym to moze zastanowie sie nad prezentami pod choinke.
malinowe intrukcje dla mamy
malina staje oscia w gardle, zapiera sie jak osiolek, buntuje, boczy i marudzi. a moglaby szybciutko umyc zabki, prysznic, pizamka, krol macius, kotki dwa. trace w koncu cierpliwosc i oznajmiam, ze ide na dol a ona sobie moze robic co chce, zeby tylko rano wstala do przedszkola. to maline oburzylo i zaczela na mnie krzyczec placzac wnieboglosy. probowalam cos powiedziec, ale nie dalam rady. malina wyrzucila na mnie jakas calodniowa frustracje i wscieklosc. zostawilam ja wiec i bez slowa poszlam do kuchni. przybiega za mna. nie moze zlapac powietrza od placzu. chwytam sie tez szansy i tlumacze, ze u nas w domu nikt na nikogo nie krzyczy i ze ja nawet nie rozumiem co ona mowi jak sie tak drze. i ze jest mi bardzo smutno. malina lapie oddech i tlumaczy przez lzy:
– ale ty nie mozesz sobie tak sobie pojsc jak twoje dziecko placze!!!
– nie moge? moge. bo nie zycze sobie zeby moje dziecko na mnie krzyczalo.
– ale dzieci placza jak czegos nie chca. tak juz jest… a ty wtedy najlepiej zebys nic nie mowila tylko mnie rozumiala…
najpiekniejszy dzien
– to byl moj najpiekniejszy dzien na cale zycie, mamusiu! – zawolala malina na moj widok w przedszkolu. wsiadamy do samochodu.
– opowiadaj!
– bylam maria!
– tak? i co robilas?
– chodzilam dookola stolu, bo bylam troche w ciazy. powinnam jechac na osiolku, ale osiolkiem byla fenia i ona jest za mala, zebym na niej jechala.
– i co? sama tak chodzilas?
– nie. z jozefem za raczke. i musialam mowic: jozef, jestem zmeczona. potem w trzecim domu dali na stajnie i tam mi aniol, a to byla annika!!!, co miala byc maria, ale byla niegrzeczna, wiec ja bylam maria. annika byla srednim aniolem i dala mi dzidziusia. to byl jezus.
– plakal ten dzidzius?
– nie. to byla lalka. to ja ululalam i polozylam w zlobku.
– no to pieknie.
– tak. najpiekniejszy byl welon. niebieski. a pastrze przyniesli swieze mleczko i welne. mamusiu, ja chce taki welon tez. nie tylko jak jestem maria.
moja ulubiona ksiazeczka
malina odnalazla karolcie czytana przez marysie seweryn. trzy plyty cd. slucha i maluje. slucha i wycina. w koncu bierze sobie poduche i kocyk, kladzie sie na sofie, przykrywa kocykiem i slucha. nic poza tym. slucha i juz. o niebieskim koraliku, o karolci, o zlej filomenie. moja ulubiona ksiazka z dziecinstwa. moze bedzie tez ulubiona dla maliny?
logiczne.
rano. rozczesuje splatane, dlugie, zlote wlosy maliny.
– jak wyzdrowiejesz to w koncu pojdziemy do fryzjera.
– tak!
– ale nie bedzie ci szkoda dlugich wloskow?
– nie!
– ok. to ja tez troche obetne. bedziemy obie mialy krotsze wlosy.
– ty nie.
– nie? dlaczego?
– ty musisz miec dlugie wlosy bo jestes moja mamusia. przeciez nie jestes moim tatusiem.
ja tez nie lubie jak mnie mama traktuje jak dziecko.
wybudowalysmy malinie wielki dom z kolder, obrusow, krzesel i foteli. jestem zaproszona na cukiereczka. ding dong!
– a to pani! prosze wejsc.
– o! jak u pani ladnie w tym pani domu.
– tak!
– ale wolalabym zeby pani usiadla na jakiejs poduszcze bo od podlogi zmarznie pani pupa.
– ale dlaczego pani tak do mnie mowi? czy ja moze jestem coreczka od pani??? ja sama mam pelno coreczek. widzi pani?
– aha.
– …
– hmmm to ja to pani radze jako przyjaciel.
– aha. no dobrze.