co za babsko.

mojej tesciowej nigdy sie nie nudzi taka jest zajeta odpoczywaniem. mieli przyjechac dzis, zebysmy mogli pojechac z mezem na 2 dniowe przyjecie swiateczne w cudownym miejscu, genialnym hotelu w zamku. ja mialam nieimprezowac tylko sie w spokoju wylezec i wyspac, a tesciowie zajac malina. wczoraj tesciowa zadzwonila, ze jednak nie przyjada zeby sie nie zarazic. akurat napadla mnie goraczka ponad 39 stopni a tesciowa wszczela dyskusje o swietach. wysapalam, ze nie mam sily o swietach gadac. a co robi malina skoro ja mam taka straszna goraczke? – pyta baba. odpowiadam, ze wlaczylam jej bajke, bo nie mam sily wstac z sofy i czekam na meza. aaaa to dobrze! telewizja to taka dobra babysitter! ja tak nie sadze.
 – eee nie przejmuj sie. nie zaszkodzi jej! – smieje sie tesciowa, ktora dobrze wie jaki jest moj poglad na telewizje.
 – ja sie nie przejmuje, tylko uwazam, ze to bardzo smutne. do widzenia. 

mikolajki.

ciekawy jaki wplyw na mikolaja mial fakt, ze maz wczoraj lecial z lwowa przez warszawe. w wystawionych butach znalazlysmy dzis prince polo, sezamki i krowki. i praktycznie odzywiamy sie tym od rana.

lylowy nos

przeczytalam wszystko o kokluszu i martwie sie, ze to to. tydzien temu lekarz wysmial meza, bo malina jest szczepiona, wiec nie moze byc chora. poszlam dzis do innego lekarza. zadna szczepionka nie daje 100% pewnosci i zawsze jest mozliwosc zachorowania. ale malinie nie trzeba robic proby, bo… jest zaszczepiona, wiec nie moze byc chora. na to ja pani doktor, ze wlasnie powiedziala cos takiego, ze zaczynam watpic czy umiem po niemiecku.

pobranie probki na koklusz okazuje sie wielce nieprzyjemnym zabiegiem. lekarka wklada malinie drut z wacikiem do noska i pcha go tak gleboko, ze boje sie, ze jej mozg przekluje, ale nie staram sie nie pokazac strachu a malina tylko czerwienieje na twarzy. czyli boli. ale w nagrode moze wybrac pierscionek. wybiera zloty z lylowym oczkiem i to jest chyba zaczarowany pierscionek mowy, bo malina zaczyna nadawac jak radyjko. co to za pierscien. to jest teraz moj ulubiony pierscien. najulubienszy. piekny jest. lubie go najbardziej na swiecie. ale co teraz bedzie z lessie? bo przedtem najbardziej na swiecie lubilam lessie. tlumacze malinie, ze nie mozna porownywac psa z filmu z pierscionkiem.
– dlaczego nie? mozna! zobacz on ma tez nos! lylowy. ten kamyk w srodku to jego nos! nie widzi nic, ale za to moze wachac. jak pies.
niestety nie znajduje argumentow, wiec mowie tylko, ze z miloscia to tak jest ze mozna wiele kochac jednoczesnie. i rodzicow i kolezanki i psa i pierscionek. aha. wiec reszte drogi wypelnia nam lista kogo malina jeszcze kocha.

moj kochany VIPek.

maz we lwowie od rana. obsluga VIP. absolutna przesada i szalenstwo. bal sie ze jak pojdzie na siusiu to ktos przyleci mu ptaszka potrzymac zeby mu sie wygodnie sikalo. kolacja zastawiona tak, ze sie przestraszyl, ze cos mu sie pokrecilo i przyjdzie jakas chmara ludzi, ale nie, tak jak zaplanowali byly cztery osoby. powiedzial, ze zadzwoni przed snem. no mysle, bo jak mu kogos przysla do spiewania kolysanek to wsiadam do pierwszego samolotu i jeszcze mnie tam popamietaja.

panie listonoszu!

od kilku dni siedzimy z malina w domu. co przyjdzie poczta to prawie wszystko zaadresowane dla tatusia. wczoraj przyszla wielka paczka. tez dla tatusia ku wielkiem malinowemu rozczarowaniu. dzis malina znow wyciaga sterte kopert ze skrzynki. kilka reklam, reszta dla tatusia.
 – mamusiu, jutro musisz porozmawiac z panem listonoszem.
 – tak? a dlaczego?
 – powiedz mu, ze my tez tu mieszkamy!

majtek?

 – mamusiu nie chce nosic body. body nosza tylko dzidziusie.
 – dorosle kobiety tez nosza body. ja nosze na przyklad.
 – tak. ale ty nie chodzisz do przedszkola.
 – ???
 – … i nikt sie z ciebie nie smieje. ja wole nosic majtkow.
 

jednak nie?

pracuje. malina sprzata. pieknie poslala lozeczko, ulozyla zabawki. naprawde pieknie. wstaje od stolu, ogladam i chwale. malina wcale sie jednak nie cieszy i wyglada jakbym ja przylapala na goracym uczynku. jedna raczke zaklada pod boczek, druga raczka kiwa paluszkiem:
 – mamusiu! ale pamietaj nie chce kota!
 – ????
 – posprzatalam, ale kota nie chce!
 – jak to?
 – chce siostrzyczke i jezdzic na sardynie.

sofa.

odbieramy maline z przedszkola.
– malina! zgadnij co kupilismy?
– wiem, ale nie powiem!
– mow!
– sofe!
– tak.
– i… co jeszcze? jeszcze cos kupilismy! no? zgaduj!!!
– druga sofe!
hmmmm, no znamy sie ze saba jak lyse konie. padlismy na mozg i kupilismy dzis dwie sofy. biala do gabinetu, pieprz z sola do salonu. ale z przewaga pieprzu.

waldorff

od wczoraj czytamy co sie da i porownujemy z naszym przedszkolem. u nas sa normalne jaselka i zadnych dwoch jezusow, za eurytmii dzieci ucza sie utrzymywac rownowage i robic kazda konczyna cos innego, przy stole podaja sobie chlebek, czestuja sie wzajemnie deserem (co oczywiscie nie przeszladza im potem tluc sie po glowie kasztanami), pieka buleczki, ktore potem jedza na sniadanie, a jak sie im stlucze kubeczek to go razem z pania kleja. nie nie boje sie zadnej sekty ani zadnych negatywnych opinii. tu w niemczech na roznych forach znalazlam dyskusje lekarzy, ktorzy waldorff wiaza u homeopatia i szlag ich trafia, ze ludzie (manipulawani od dziecka) lataja do homeopaty zamiast do porzadnego lekarza. ale nasz homeopata studiowal medycyne i nie jest zadnym czarodziejem. a dzis w przykoscielnej szkolce, gdzie malina chodzi do zerowki. pani poprosila mnie na chwile rozmowy. malina jest najmlodsza w grupie, niektore dzieci z tej zerowki chodza juz do niemieckiej pierwszej klasy. pani jest bardzo egzaltowana, wiec wszytko trzeba dzeilic przez dwa, ale az mi serce trzepotalo, jak chwalila maline na calym froncie: jak spiewaja, malina najpiekniej, jak tancza, malina jak tancerka, jak maluja, prosze pani, to ja pani chce tylko powiedziec, ze ma pani artystke. naprawde. to niesamowite. i tak sobie mysle, ze tak sobie malina kwitnie tez dzieki pedagogice waldorff, ktorej glownym zalozeniem jest pomoc w rozwoju, stanie obok i podtrzymywanie, wspieranie, pomoc a nie jak w normalnej pedagogice realizacja planu. i jeszcze mi sie w tym wszystkim podoba, ze te dzieci wierza we wlasne sily, sa zdrowo ambitne i zawyzaja niemieckie statystyki w pieknie zdynych maturach i pomyslnych studiach. ale ciesze sie, ze mnie wczoraj tymisiowa lekko popchnela (chcacy lub niechcacy) do tej nocy przegadanej z mezem. siedzielismy razem, googlowalismy i dyskutowalismy. i jeszcze bedziemy dalej gadac.

advent gärtlein

sliczne warkoczyki, wrzosowa sukienka wspolgrajaca z lylowa sliwa pod prawym okiem, wynikiem skakania po krzeslach w przedszkolu, przejeta mina. malina ma dzis advent gärtlein. w najwiekszej sali przedszkola ulozony jest spiralny labirynt z galazek swierku. dzieci spiewaja piosenki i pojedynczo niosa do srodka labiryntu wlasnorecznie zrobione swieczki z pszczelego wosku. tam stoi wielka swieca, biala lilia i czerwona roza – symbole ciepla, madrosci i milosci. dzieci odpalaja swoje swieczki i ustawiaja je wzdluz swierkowego labiryntu, ktory staje sie labiryntem swiatla. potem sluchaja opowiesci o swiecy, ktora zastanawia sie nad celem swojego bytu. czego pragne – mysli swieca lezac obok wielu podobnych sobie swiec w pudelku – chce spokoju? chce spedzic swoje zycie gdzies na dnie szuflady, w kurzu i ciemnosci? czy wole sie spalic, stac sie swiatlem, cieplem, pieknem? wole splonac i w ten sposob nadac mojemu istnieniu sens, wybieram zar i plomien, chce dac z siebie wszystko. co advent ta opowiesc inaczej dociera do dzieci z roku na rok starszych i madrzejszych. i ciesze sie, ze biala lilia to nie symbol czystosci tylko madrosci.
malina wroci dzis ze swiatlem do domu i zacznie sie adwent. wyciagam z piwnicy karminowo – purpurowa serwete, zielony wieniec czeka na przystrojenie, wielka jak talerz czerwona swieca o czterech knotach stanie w srodku zamiast tradycyjnych czterech swiec. uwielbiam ten czas. chce jeszcze oproznic kilka szuflad, troche w piwnicy. chce zeby bylo jak najmniej szczegolow i jak najwiecej miejsca dla nas, swiatla i ciepla.

PS: gärtlein wyglada mniej wiecej tak:
http://www.waldorfkindergarten-minden.de/jahreslauf/advent.htm