morale rowne zeru.

dwa lata temu go poznalam i od razu zadziwil mnie swoim malym wzrostem, niepewnoscia siebie. pozniej zadziwial mnie swoimi strasznymi garniturami, nieodpowiednimi koszulami i srebrna koronka w szczece. potem wkurzal mnie pasywnoscia, flegmatycznoscia i niezaradnoscia. nie moglam wyjsc ze zdumienia, ze na wszelka krytyke z mojej strony szef stawal przed nim murem i nie dawal mi powiedziec ani slowa, nawet jesli bledy kosztowaly nas pieniadze albo dobre imie. wiec zaciskalam zeby, robilam dobra mine do zlej gry i udawalam team.
a tydzien temu szef nagle mnie poprosil o opinie czy sluszna jest decyzja wywalenia go z pracy. bylam tak zaskoczona, ze jedyne co mi przyszlo do glowy, to argument, ze facet utrzymuje nieopracujaca zone i dwoch synkow i wymowienie pracy miesiac przed wigilia jest straszne. wlasnie zadzwonil do mnie szef. jutro rozmawia i daje wymowienie. a jednak. trafia mnie szlag. dzis, miesiac przed wigilia on jest tak samo kiepski jak byl dwa lata temu i rok temu i pol roku temu. to czemu trzeba to zrobic teraz. na gwiazdke? 

malinowa cierpliwosc

odbieram maline ze szkoly muzycznej. pomagam jej wlozyc spodnie. trach! jakby mnie kto lomem trzepnal w plecy. skradam sie do samochodu jak sparalizowana. staram sie ograniczyc ilosc ruchow do minimum. jedziemy do homeopaty. ten rzuca mnie na lozko, wbija igly, stawia banki, oklada goracymi recznikami. i tak leze i czekam az zalatwi pacjentow, bo wpadlam mu w jego plynny rytm niespodziewanie i atakiem. zasypiam w cieple i aromacie roz, pomaranczy i nie wiem czego jeszcze. tam zawsze tak cudownie pachnie i zegar tyka wolniej niz gdzie indziej. malina wyluskuje z mojej torby moj magiczny kalendarz – notatnik i olowek , grzecznie siada i maluje. po godzine lekarz wraca masuje, naciera, wykreca mi kregoslup jakbym byla gumowa barbie, kreci mi szyja, nogami. wszystko chrupie, chrzesci, trzaska az strach sluchac. potem oglada malinie uszki, gardlo, osluchuje plecki. gotowe. kalendarz mam zamalowany do sylwestra: syrenki, zamki, rybki, muszelki. lekarz mieje sie, ze w tym roku nie powinnam juz pracowac: ani jednego wolnego miejsca w kalendarzu. i ze na powaznie powinnam pomyslec co mi mowi moje spiete, obolale, zmeczone cialo: zwolnij, odpocznij, daj sobie spokoj od czasu do czasu.
 w nagrode za dwugodzinna malinowa cierpliwosc obiecuje spelnienie kazdego kolacjowego marzenia. malina wykorzystuje sytuacje: orzechy macadamia i woda sodowa z sokiem malinowym. to byla nasza kolacja. potem, kiedy myla zabki polozylam jej pod poduszke malutka ksiazeczke o aniolku, ktora znalazlam wczoraj w sklepie a na poduszce piorko. i tak sobie dzis razem zylysmy w bolach i usmiechach.
teraz czekam jak maz skonczy kolacje z klientem w dreznie, zeby mu opowiedziec jak umieram. potrzebuje dzis duzo wspolczucia i milosci. chocby telefonicznie.

tak rozmawiamy juz ze soba 40 lat.

– sluchaj, wez i zobacz taka strone wuwuwu.
– jaka?
– no wuwuwu!
– ale poza wuwuwu musi cos jeszcze byc.
– no tak. mojedzwi kropka pe el. masz?!
– nie. nie siedze przed komputerem.
– to jak bedziesz miala to zadzwon.

dzwonie za pol godziny.
– masz?
– mam.
– to zobacz ten kolor co ci mowilam. podoba ci sie?
– nie. nie lubie ciemnego drewna.
– tak. ale ten jest piekny, prawda?
– mnie sie podobaja tylko biale drzwi.
– tak. ale ten kolor, co wybralam jest piekny, prawda?
– nie. nie lubie ciemnego drewna. wygladaja ciezko.
– tak. ale pieknie, prawda?
– mamo, nie lubie ciemnego drewna. mnie sie nie podobaja.
– nigdy mi nie mozesz porzadnie doradzic! nigdy!
– radze ci: kup biale drzwi. sa piekne.
– nienawidze bialych drzwi.
– wiem, ale biale sa piekne. mialam ci dac rade.
– nie znasz sie. ten braz jest piekny. a teraz zobacz ten rodzaj wykonczenia: mdf.
– nie moge znalezc.
– nie mozesz? no: mdf!
– szukam ale nie ma.
– nie ma? jak to? dobrze poszukaj: m d f!
– szukam. tu sa rozne rodzaje, ale oznaczenia mdf nie ma.
– to niemozliwe. nic nie rozumiem!!! szukaj porzadnie: M D F!!!
– mamo, szukam. nie ma tego i juz.
– no nie umiesz szukac. jak zwykle. przeliteruje ci jeszcze raz EM DE EF!!!
– mozesz mi to wydrukowac i przeslac faxem, ale tego tu nie ma. nie ma i koniec. nie ma. n i e m a. naprawde nie ma.
– ide do danusi. jej syn mi znajdzie.

magia.

koniec trzech pracowitych dni w hamburgu. kupuje plasteline lilifee dla maliny, wsiadam do samolotu i zanim wszystcy pasazerowie upchna torby i laptopy na gorne polki, zasypiam. odlatuje. ledwie zamknelam oczy, siedzaca obok kobieta szarpie mnie za rekaw:
 – prosze sie obudzic. wysiadamy!
otwieram oczy. rzeczywiscie! wszyscy wokol stoja i pra do wyjscia. katastrofa? ploniemy?! budze sie w jednej sekundzie i tez chce uciekac. pani glaszcze mnie po ramieniu:
 – nic sie nie stalo. wyladowalismy i wysiadamy.
 – jestesmy w monachium?
tak. w domu okazuje sie, ze mam prawie 40 stopni goraczki i caly weekend kaszle, ze malo sobie pluc nie wypluje. lykam homeopatyczne globulki i obiecuje sobie, ze zaraz w poniedzialek dam sobie przeswietlic pluca i wezme normalny antybiotyk. dusze sie i mecze. a dzis? wstaje rano i jestem zdrowa jak nie wiem. magiczne globulki. magiczne.

PS. kropka, wiem, ze bedziesz sie smiala.

zeby nie bylo nieporozumien.

od kilku dni malina produkuje rozne listy do mikolaja. inny dla polskiego, inny dla niemieckiego. wczoraj pokazuje mi kolejny list a na nim dwa przekreslone obrazki. nie rozumiem o co chodzi.
 – tu mu narysowalam czego ma nie przynosic. – tlumaczy malina. nadal sie dziwie, wiec dodaje: – to jest krzeslo ogrodowe a to jest ogrodowy lezak. bo po co mi teraz taki lezak jak w ogrodzie jest zima?

wczoraj w zerowce

–  no co tam bylo dzisiaj ciekawego?
– fajnie bylo. mielismy isc do domu boga!
– tak?
 – tak. ta druga pani zapomniala przyjsc, wiec ta pierwsza pani powiedziala, ze idziemy do domu boga, ale poszlismy do kosciola. tez fajnie, bo tam inna pani grala na fortepianie i jezus tez byl. ale wisial niestety na krzyzu… i wiesz co? jak raz jezus poszedl po ziemii to potem mu krew leciala z raczek. i z jednej i z drugiej. i z nozek i z brzuszka. i mial czapke z galazek. i on byl dla nas bardzo mily a my nie. niestety. i dlatego mu potem ta krew leciala. z brzuszka. niestety.

finansowe priorytety.

rodzinna telefoniczna goraca linia plonie. kuzyni z ameryki urodzili dziecko rok temu. teraz zdecydowali sie na operacje powiekszenia piersi. to znaczy ona zdecydowala. koszt 6000 dolarow. on wolal te pieniadze zainwestowac w remont dachu. niemiecka rodzina komentuje: zawsze podejrzewalismy ze jest gejem.
maz sie smieje:
 – dach? jak bedzie kapalo moga podstawiac jej stare biustonosze.