decyzja.

 – mamusiu, zdecydowalam.
 – co?
 – nie chce kota.
 – nie?! dlaczego?
 – wole siostrzyczke.
 – tak? ale dlaczego?
 – bo chce w lato pojechac na sardynie. a kot nie moze. a siostrzyczka moze.

stresujaca mamusia

spieszy nam sie jak nie wiem. strasznie! pali sie niemal. jestesmy juz spoznione a jeszcze nie wyszlysmy z domu. staram sie nie panikowac, nie pokrzykiwac, nie dodawac sytuacji dramaturgii ani stresu, ale powoli trace cierpliwosc. malina jest wyraznie slow motion. zamysla sie nad butem, nad mydlem, nad swetrem, nad herbata. popedzam i popedzam. bez skutku. jestesmy jak z dwoch roznych bajek: trzmiel w opalach i mucha w smole. w koncu malina zamysla sie znow i postanawia sie zbuntowac:
– ja jestem dla ciebie taka mila a ty? taka jestes dzis dla mnie… taka jestes… jestes byle dla mnie jaka dzis.

zaczarowany wieczor.

trzy dni produkowalysmy latarnie na sw.marcina. wycinalysmy, sklejalysmy, wybieralysmy paski na skarpetki krolewny. bo latarnia jest zamkiem a wokol skacze krolewna – elf i macha rozdzka. zgasilysmy swiatla, wstawilysmy swiece i lazilysmy po zatopionym w czerni domu spiewajac: "sankt martiiiiin, saaaaaankt martiiiiinritt durch schnee und wind.." i "lateeeeeeerne, lateeeeeerne, sonne, mond und steeeeeerne…" potem malina ulozyla w swoim pokoju chusteczke jako obrus, ustawila na nim latrnie i w ciemnosci tanczyla a ja siedzialam jako gosc. potem uroczyscie zdmuchnela swieczke. poszlam po pizame, w malina miala w tym czasie posprzatac zdjete ubranka: do prania i na jutro ladnie zlozyc. wracam. wszystko porozwalane. malina w rajstopach na glowie trzyma sie pod boczki i jest zajacem z dlugimi uszami:
– no niech pani zobaczy jak tu wszystko porozwalane! to penie pani corka tak nabalaganila!
calkiem powaznie odpowiadam:
– tak. na to wyglada. straszny balagan!
– ale ta pani corka jest! dobrze, ze ja moje rzeczy juz posprzatalem i ide spac. jak spotkam pani corke to jej powiem, ze brzydko!
– no to dobranoc panie zajacu, niech pan spi dobrze. ja ide szukac mojej coreczki, bo pewnie chce bajeczke na dobranoc a ja tu z panem tak gadam i gadam.
malina sciaga rajstopy z glowy przerazona:
– TO JA! nie widzisz?
razem posprzatalysmy. na dobranoc byl kopciuszek, moje dziecko przeistoczylo sie znow w zajaca i spi w rajstopach na glowie. tatus wraca pozniej i po drodze przywiezie sushi. mam mu powiedziec, jak przyjdzie maline pocalowac a ta bedzie juz spala, ze… to malina tylko wyglada jak zajac.
– zeby sie tatus nie zmartwil, ze mnie nie ma.

bierki

malina gra sama. ja nie mam do tego serca, bo ona skacze caly czas a w grze sa same ostre szpikulce. ta gra jest nie na jej temperament i nie na moje nerwy. wiec malina jest zdana sama na siebie. gra. gra.
 – wygralam!!!!
 – tak? a z kim?
 – z butem! ja mam wszystkie bierki a on zaden bierek. bo on sie kreci i nie umie grac.

reka

siedze z mezem wlasnie przy whisky i sekcie&sok pomaranczowy i pytam, czy by sobie dal reke odciac za to, ze jestem mu wierna. patrzy na mnie zdziwiony:
– a co moja reka ma z tym wspolnego?

pijacki dom jak nic!

pije dzis sekt z sokiem pomaranczowym. na wszelki wypadek przyznalam sie mezowi, ze martini "ist weg" a bylo niemalo. (wczorajsza noc internetowa florkowo – sentowaa z niewielka domieszka heli i morfeusza!) myslalam, ze maz sie obruszy a on pyta: kupic po drodze? nie wiem czy maja na stacji benzynowej…

żaby.

pora spania. kaze malinie ja zawsze posprzatac a malina tupie nózka i normalnie na mnie krzyczy:
– ciagle musze sprzatac i sprzatac! sama to sprzataj!!!
– bardzo brzydko ze mna rozmawiasz. ide sobie, bo nie lubie jak ktos na mnie krzyczy. – odpowiedzilam i wyszlam.
sciele jej lózko, slysze, ze wslizguje sie do pokoju. siadam na skraju lózka i staram sie spokojnie i bardzo powaznie tlumaczyc:
– malina, posluchaj. nie wolno tak rozmawiac z rodzicami. ja staram sie ci pomóc, zebys wiedziala co robic. staram sie ciebie wychowac, wiesz? ale jak ty na mnie krzyczysz to zupelnie nie wiem co robic, bo mi sie wydaje, ze jednak znow masz 3 latka i nie umiesz normalnie mówic. nie wolno tak krzyczec a na rodziców to juz wogóle.
malina swiadoma powagi przemowy pyta cicho:
– a do dzieci wolno tak mówic?
o! jakie madre pytanie. az jestem z niej dumna i serce drga mi ze wzruszenia:
– nie. do dzieci tez tak nie wolno mówic.
– tak. a do żabów?