niebo?

tak jest na swiecie.
nawet w lecie.
leci konik do gory
z nogami
na dol leciec nie chce
bo na gorze ladnie
ladne miasto widzi
niedaleko betlejem
be tle jem.
i synka widzi od mamusi
bo tam ladnie jest.
jest. jest. jest.

spiewa mlaina przy malowaniu.

a wieczorem pyta w lozeczku:
– mamusiu a gdzie jest pan bog?
– a niebie.
– aha. no to niech przyjdzie.
– on nie przychodzi. on tam, zawsze jest.
– a jak ja jestem na niego smutna i go poprosze to przyjdzie?
– nie.
– nie? dlaczego?
– bo on widzi, ze masz mamusie i tatusia, ktorzy zawsze sa przy tobie, wiec nie musi przychodzic.
 – aha.

nieznana piosenka

czwarty dzien w domu. malina wyprodukowala nieskonczona ilosc figurek, lampionow, wycinanek, figurek z masy solnej, malunkow farbkowych dla kazdego czlonka rodziny kilka. teraz wziela sie za spiewanie. nic nie rozumiem. malina spiewa w jezyku, ktory jest niepodobny do niczego. pytam wiec:
– a co ty spiewasz? co to za piosenka?
– nie wiem. nie znam tej piosenki. ale po angielsku.

przedstawienie.

ciagle chce poleciec po kamere, ale nie moge oderwac oczu od tego cyrkowego spektaklu. mysle, ze jak odejde na chwile to to sie nagle skonczy jak i zaczelo. malina tez zapatrzona jak zaczarowana. na naszej ogromnej lipie dwie wiewiorki graja w berka. albo w chowanego. szaleja. przeskakuja z grubego pnia na delikatne galazki i hoop! na  trawe. ledwie mozna za nimi nadazyc. w skokach wyprezaja biale brzuszki, co i raz zle wysterowany lot koczy sie upadkiem na plot z tui. ale zaraz znow jak sprezyste pileczki migaja wysoko nad nami, nad domem.
 – oj! zeby sobie nie pofrunely! – martwi sie malina, kiedy biegaja tak wysoko.
wiewiorki nas lubia, bo malina przychodzi z przedszkola z kieszeniami wypchanymi laskowymi orzechami i uklada je w male kupki na obiadek, na kolacje, na sniadanko. ale takiego przedstawienia jeszcze nigdy nie widzialysmy.
smieje sie wiec do maliny:
 – ale skacza! to sa pewnie kolezanki albo siostrzyczki!
 – tak! tak! – wola podniecona malina – albo bratki!
a po chwili:
 – albo mamusia i tatus. hahaha! jak tak, to on ja zaraz ugryzie w pupe!

ku pamieci.

jestesmy chore a tatus w home office. malina promienieje. bwi sie na dywanie jak dziecko z reklamowki, cieszy sie, jest grzeczna, zadowolona, wesola, radosna. to juz drugi dzien wszyscy w domu. roze na stole, swiece, za oknem ciemno od deszczu choc to dopiero poludnie. maz na gorze walczy telefonicznie ze swiatem. malina foremkami wycina ciasteczka a ja robie kurczaka w orzechach na obiad. malina cos tam mruczy, podspiewuje. wchodzi tatus zwabiony na dol zapachami i glodem. usluznie przynosi mleko kokosowe z piwnicy.
 – malina, a co ty sie tak cieszysz?
 – bo kazdy ma swoje zadanie: ja pieke ciasteczki, tatus pracuje w biurze, mamusia gotuje. kazdy ma swoje zadanie. – powtarza i pracuje dalej usmiechnieta.
tatus najpierw sie smieje, ale zaraz potem oburza sie:
 – ale ja tez czasem gotuje. i to twoje ulubione dania! a mamusia idzie do biura, prawda?
malina go ignoruje a ja mrugam, zeby dal spokoj. maliny swiat wlasnie stoi mocno na czterech nogach. a co nam to szkodzi? my wiemy jak jest i ona wie.

dla maliny wszystko.

uwaga! uwaga!

gdybyscie siedzialy caly tydzien z dzieckiem w domu i niejaka osoba ogolnie znana w internecie pod pseudonimem kropka zglosi sie do was z zyczliwa porada pt: figurki z masy solnej to cudowna zabawa dla chorego dziecka i kiedy pada deszcz. to… to zignorujecie te porade zupelnie. zatkajcie uszy, wylaczcie iczat albo skype, najlepiej wyjmijcie wtyczke z kontaktu, kabel z internetu, zaryglujcie drzwi i nie podnoscie sluchawki.
ja bylam nieostrozna, jak zwykle slepo zawierzylam kropce i mam mase solna wszedzie: na dywanie, na kafelkach, na stole, na fotelu. formy zniszczen sa rozne: najmniej grozne to wszedobylskie okruchy, trudniejsza do usuniecia jest masa solna wgnieciona w dywan, rozsmarowana na fotelu, sprytnie przenosi sie to paskudztwo na podeszwie buta, szczegolnie jesli jest to kapec z rowkami na malej bardzo ruchliwej stopce.
lojalnie was o tym powiadamiam.
zeby potem nie bylo na mnie!!!

++++++++

malina patrzy na to pobojowisko i moja zmartwiona mine i kreci glowka:
– szkoda, ze nie ma z nami tatusia…
milczaco przyznaje jej racje, przynajmniej by pomogl posprzatac, a malina dodaje:
– jakby tatus tu byl to by nas uwazal! i nie narobilybysmy takiego balaganu!

posypka

pieczemy pierwsze ciasteczka tej jesieni. malina o rok starsza. wszystko robi sama az mi dziwnie. rok temu wyciskalysmy wspolnie kazda gwiazdeczke. wyciagam cukier z szuflady, mala kucharka kiwa glowka z aprobata:
 – to bedzie na posypke dla tych ciasteczkow?

ciasteczka w piekarniku, do kuchni wchodzi tatus. tatus nie lubi zadnych adwentowych, niemieckich wariacji, ale malina przejeta pieczeniem to zupelnie co innego. wysylamy go do piwnicy po mleko kokosowe. malina szeptem:
 – widzialas jak sie patrzyl? on nie moze sie doczekac na te ciasteczka!

telewizja uczy.

w warszawie mieszkamy w fajnym hotelu, ktory spelnia moje mlodziencze marzenia o mieszkaniu kolo lazienek. malina mieszka u babci. wieczorem wychodzimy z wyrzutami sumienia, ze tak ja zostawiamy a malina wrecz przeciwnie, nie moze sie doczekac tego wszystkiego co jej wolno u babci pod nasza nieobecnosc. liczy minuty do naszego wyjscia! do takich smakowitych grzeszkow nalezy poranne ogladanie teleranka w lozku i jednoczesne konsumowanie sniadania. burmusze sie, bo zloszczenie nie ma sensu. moja mama i tak postawi na swoim. albo musialabym zabronic im kontaktow albo musze sie liczyc z tymi glupotami. tlumacze, ze ostatni raz malina ogladala telewizje w wielkanoc wlasnie u niej i ta ponad polroczna przerwa ani jej nie zaszkodzila ani jej nie zubozyla psychicznie. nastepnego dnia mama probuje bronic edukacyjnej roli telewizji.
– powiedz malinko mamusi: gdzie jest statua wolnosci?
– w ameryce!
mama spoglada na mnie triumfujaco i prezentuje dalej:
– a powiedz malinko mamusi gdzie jest krzywa wieza?
– w…. w… hmmmm….
– no gdzie? w pi…. w pi…
– w piwnicy!

plany na najblizesze 5 dni

malina przyszla dzis do przedszkola i zaraz od progu oznajmila, ze musi sie dzis duzo bawic, zeby starczylo na caly tydzien. i rzeczywiscie jak ja odbieraal, byla kompletnie wykonczona. przedszkolanka zapytala co my tak podrozujemy. malina opowiedziala, ze tatus do indii a my we dwie do warszawy. potem siedziala na dentystycznym fotelu. pani tlumaczy, ze zabki trzeba myc co rano przed sniadniem.
 – co rano? ale jutro nie. jutro lece do warszawy i nie mam czasu. umyje u babci.
na telefonieczne pytanie uradowanej z naszej wizyty babci: co malina by chciala robic w warszawie, malina bez namyslu:
 – bede od rana do wieczora tych plackow jadala!