– jutro jest sport? – upewnia sie malina.
– tak. ale ciebie nie bedzie, bo bedziesz w warszawie.
– no! no! ja cie krece!!!
po polskich urodzinach w niedziele slownik malin wzbogacil sie o kilka cennych wyrazen.
– jutro jest sport? – upewnia sie malina.
– tak. ale ciebie nie bedzie, bo bedziesz w warszawie.
– no! no! ja cie krece!!!
po polskich urodzinach w niedziele slownik malin wzbogacil sie o kilka cennych wyrazen.
idziemy dzis znow do debtysty tym razem na krotki, przyjemny kurs higieny ustnej.
– ale ja nie chce tam isc. – kreci glowka malina, ku mojemu zdziwieniu.
– dzis bedzie taka mila pani i opowie jak trzeba myc zabki, zeby byly zdrowe.
– a ten pan?
– pana dentysta? nie, nie bedzie go. tylko ta pani. – zapewniam i zastanwaiam sie czy wlasnie nie klamie.
– to dobrze. bo do pana dentysty nie chce. jak mnie wtedy golil to troche mnie bolalo.
– golil? borowal! mowilas, ze cie wcale nie bolalo…
– troche bolalo, bo mi w buzie troche golil. (rzeczywiscie, wiertlo reslizgnelo sie raz na dziaslo)
– borowal. ale nic nie mowilas, ze bolalo…
– bo to byl moj sekret. ale teraz zdecydowalam, ze ci powiem!
cala zime masowalam malinie brzuszek mascia miedziana. na koniec krecilam koleczko wokol pepuszka:
– brzuszek, brzuszek i pepuszek. – stawialam kropke a malina sie cieszyla i zasypiala w swietnym humorku.
malinie koajrzy sie ta zabawa ze szczesciem i miloscia a mnie zaczela kojarzyc sie ze zmieszaniem. rozbawiona malina potrafi podejsc do babci lub mojej tesciowej i znienacka podniesc jej bluzke zeby zakrecic na brzuchu koleczko, postawic kropke: "i pepuszek" a w wersji idealnej jeszcze pocalowac. niestety ani babcia ani oma nie sa zadowolone z wystawionego na publiczny widok brzucha, oganiaja sie od maliny jak od natretnej muchy a dziecko nie moze zrozumiec dlaczego. jesienia zabawa jest trudna do wykonania, wiec i moda na nia minela, ale latem niezle sie najadlam przez nia wstydu.
tak jak kiedys nie powinnam byla sie wypowiadac o wychowaniu dzieci, bo sama nie mam i miec nie bede tak teraz nie powinnam sie wypowiadac o posiadaniu rodzenstwa, bo sama nie mam i malina tez jedynaczka pozostanie. nic mnie jednak wtedy nie powstrzymywalo, a malinowa rzeczywistosc potwierdzila slusznosc wielu moich abstrakcyjnych teorii. pozwole sobie teraz wiec znow pomadrzyc, bo bez wzgledu na to co napisze, kazdy pozostanie przy swoim zdaniu, przekonaniu, doswiadczeniu oraz jasnych pogladach.
moge sobie wiec pisac do ksiezyca, sobie a muzom, do kosza, do szuflady, w matrix i kosmos.
otoz nie podzielam pogladu, ze najfajniej miec dwoje dzieci szybko jedno po drugim, w odstepie dwoch lub trzech lat. te swiaty sa bliskie sobie ale inne. wlasnie male dziecko zrozumialo, ze jest pepkiem swiata, jest najukochansze, bezpieczne, zaczyna to rozumiec i zaczyna swiadomie kochac a nie tylko byc uzaleznionym od pokarmu ssaczkiem, kiedy pojawia sie drugie dziecko nie wiadomo skad. chcac nie chcac trzeba isc do przedszkola, kiedy ta laleczka, to swiatelko w oczach rodzicow zostaje w domu i dostaje wszystko, co dotad nalezalo sie pierworodnemu. uklad nerwowy jeszcze nie rozwinal sie na tyle, by dziecko dalo spbie rade i reflektowalo: ok, oni mnie kochaja jak dawniej, tylko jeszcze kochaja dodatkowo tego placzka i wiecznie glodne zwierzatko. nie bez powodu trzylatki nagle znow sikaja w majtki, placza w nocy, rycza wnieboglosy przy najmniejszym potknieciu. ich swiat zawalil sie w gruzy a sa zbyt mali, zeby sobie z tym intelektualnie poradzic. to sa tylko emocje, krwawa rana na duszy. nie bez powodu pierworodni pozostaja na cale zycie powazniejsi niz reszta rodzenstwa.
a taka sliczna roznica 5 lat? kiedy pierwsze dziecko zaczyna marzyc o niezaleznosci, o godzinie spedzonej u kolezanki? o samodzielnym zapinaniu kurtki? pojawia sie siostrzyczka lub braciszek i przez swoja malosc jeszcze bardziej podkresla doroslosc pieciolatka i pierwsza, mila sercu, niezaleznosc. a potem dorosla juz kobieta czule mowi "maly braciszek" i nie wiedzi, ze to lysiejacy pan z brzuszkiem. pamietam moje zimowe wyprawy do lekarza, kiedy malina wymyta, przewinieta, zapieta na ostatni guzik i zakrecona w futrzany spiwor robila kupiszona w pieluche i musialam ja w pospiechu rozpakowywac, myc i pakowac od nowa. gdyby obok stal zazdrosny trzylatek, ktoremu tez w zimie jeszcze trzeba bardzo pomagac, to pewnie by mi sie trzesly rece. a moze by mnie trafial szlag? stres uzasadniony, usprawiedliwiony. szybciej bije mi serce juz na sama mysl o takiej sytuacji. pieciolatek sam zapina sobie buty i sie podsmiechuje ile to ambarasu z takim dzidziusiem. to nie to co on – piecioletni czlowiek czy dorosla kobieta. samodzielni, mowiacy, zapinajacy guziki, myjacy rece, wycierajacy pupe.
argumentow na slusznosc mojej teorii, ktora nigdy nie stanie sie praktyka mam mnostwo. a kazdy dokladnie tak samo nieoprzydatny jak i nastepny i kolejny argument. kazde dziecko jest inne, kazda konstelacja jest inna, kazdy ma to na co sobie zasluzyl lub co sobie wymarzyl.
odbieram maline z przeszkola. ja mialam kiepski dzien i czuje, ze ona tez. jest podniecona, mowi bez kropek i przecinkow, ciagle cos jej wypada z raczek, kiwa sie na krzesle i spada, jedzenie na ubranku, rekawy zamoczone przy myciu raczek, herbata wylana na podloge. i wieczny monolog. wszystko to pojedynczo jest do zniesienia, czesto smieszne, ale nie dzis. w koncu nie wytrzymuje:
– przestan mowic. sprobuj nic nie mowic, bo zwariuje!!!
malina przestaje mowic i zaczyna plakac. placze i placze. placze.
– czemu ty tak placzesz?
– bo ty sie zloscisz, ze mowie.
– no to porzestan na troche.
– ale ja nie mogeeeeee…
– czego nie mozesz?
– przestaaaaaaaaaac…
w weekend wpadla wanda z rodzina. dwuletni filip i czteroletnio – piecioletnia malina to dwa swiaty. w koncu dzieli ich pol zycia! zadnych wspolnych interesow, zadnego porozumienia. wspolnie udalo im sie bawic samochodami, ale tez do czasu kiedy filip pojechal na jednym z samochodzikow jak na hulajnodze i becnal glowa o podloge, ze az mi sie gwiazdki pokazaly. zaraz potem smial sie znow od ucha do ucha pocieszany gumowymi misiami. najedlismy sie sernika polskiego, nagadalismy sie i juz wanda ruszala dalej na glosowanie do konsulatu. w przedpokoju filip nie pozwolil tacie zalozyc butow i zazyczyl sobie zeby dokonal tego malinowy tatus. malina odwrocila sie na piecie i obrazona opuscila korytarz. ledwie ja naklonilam do pozegnania z goscmi. potem bawila sie samotnie z mina pt: "a dajcie wy mi wszyscy spokoj" ale w koncu nie wytrzymala i przyszla mi na kolana, zarzucila raczki na moja szyje i zaczela szeptac do ucha:
– czy ty to widzialas?
– co? – pytam.
– no ze on kocha.
– kto kocha? kogo?
– no ten maly chlopiec co tu byl. on kocha MOJEGO tatusia! bo chcial zeby mu zalozyl buty!
+++++++
– fajny byl ten chlopiec maly. ale za maly, co?
– masz na mysli filipa?
– tak. za maly. – kiwa glowa malina – ale dziewczynka jest fajniejsza.
cos jej sie pomylilo. jaka dziewczynka? wanda? no wanda mlodo wyglada, fakt.
pytam wiec na wszelki wypadek:
– jak dziewczynka?
– no ta w brzuchu. moze urodzi sie wieksza, bo ten filip to za maly.
++++++
– oni to maja duzo dzieci. – malina wciaz trawi wandzia wizyte.
– tak?
– tak. jedno w brzuchu: dziewczynka, drugie chodzi: filip. to maja dwa dzieci.
– tak. dwoje.
– a wy? co wy macie?
– no? co mamy? – smieje sie.
– wy macie jedna coreczke: dziewczynke. i to jestem JA!
– opowiadaj! co tam robilas?
– spiewala, modlila i jadla.
sekta, czy co?
malina przezywa swoja doroslosc. jutro idzie na probe do zerowki w polskiej szkolce. panie w przedszkolu stwierdzily, ze na nia czas i mimo, ze jest znacznie mlodsza, powinna isc dalej. stala sie przywodczynia grupy i dzieci wola ja nasladowac niz sluchac pan przedszkolanek. malina rysuje, pisze literki, recytuje wierszyki, tanczy inicjuje zabawy. kupilam zeszycik, piornik, aktowke rozowa z lillifee. malina ciszy sie i lekko stresuje. od tygodni spiewa po "angielsku" i twierdzi, ze rozmawia w trzech jezykach. dzis siedzi zmartwiona w pokoju.
– co sie stalo? – pytam i mysle, ze cos stlukla albo co i boi sie przyznac.
– mamusiu… a jak oni poznaja jutro, ze ja nie mowie po angielsku?…
– kochaneczko. kilka slowek mowisz! i to wystarczy! kiedys nauczysz sie mowic i po angielsku. w zerowce bedziesz sie bawila i spiewala pioseneczki, malowala i rysowala. i beda bardzo mile panie. nie musisz mowic po angielsku!
moja duza malina.
czytalam dzis u czipsa relacje z wyzyty w gospodarstwie wielskim i przygody z owcami i kozami. przypomnialo mi sie jak poszlam pierwszy raz z malina do zoo. malina siedziala w wozeczku i wesolo przygladala sie sloniom, zyrafom, malpom. nic jednak jakos na niej nie robilo wiekszego wrazenia. rownie dobrze moglam z nia jezdzic po lace, w miescie, w domu towarowym. az tu nagle widzimy krowe i malina niemal wapada z wozeczka wolajac radosnie: muuu, muuu!!! dziecko macha raczkami, nozkami, malo nie odfrunie. krowa tez sie zdziwila taka niespodziewana euforia malinowa. bo kto chodzi ogladac do zoo krowe? podnioslam malina na rece i wtedy krowa – ktora pewnie chciala wyrazic jakos wdziecznosc? – zamuczala pelna piersia i poteznym basem malinie prosto w twarz: muuuuhuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!! niespodziewana fala goraca i decybeli rozwiala dziecku wlosy, ja oslupialam i do rzeczywistosi przywolala mnie taka malinowa syrena, taki przerazajacy wrzask, ze okoliczni przechodnie rzucili sie na pomoc myslac, ze krowa ugryzla dziecko. a krowa stala i nic nie rozumiala. na szczescie ta chwila grozy nie zmienila stosunku maliny do krowek i jeszcze przez dlugie miesiace bylo to jej ulubione zwierzatko.
wlasnie wrocilam z wykladu o mediach i dzieciach. wchodze do domu. na stole stoi moj zostawiony laptop, prosto od pracy polecialam na wyklad, laptop meza, ktory pracuje i telefonuje komorka. to czy malina ma tu warunki do rozwoju? watpliwe, jak sie dzis okazalo. nie zgadzam sie z zadnymi ekstremalnymi postawami, totez podyskutowalam z pania i narazilam sie w naszym przedszkolu waldorff. ale co mam zrobic? jestem klamczucha, ale nie obludnica.
++++++++
malina widzi nagiego tatusia.
– oooo! wszyscy chlopcy maja takie cos!
– tak? – dziwi sie tatus. (niedouczony jakis czy co?)
– tak! a my kobiety mamy dziurki! – wola malina dumna ze swojej wiedzy.
– tak? – dziwi sie znow tatus. (musze go chyba uswiadomic!) – a skad wiesz?
– mamusia mi powiedziala. a wy macie takie cos. ale ty masz fajniejsze niz chlopcy w przedszkolu.
– tak?
ja zobaczylam moja mame naga jak bylam juz w szkole i to byl szok. malina traktuje nagosc jak herbate w kubku. z przelotnym zainteresowaniem. to chyba dobrze. sama nie wiem. ostatnio stalysmy w kolejce po crepes i malina oznajmila stojacemu za nami malzestwu:
– moja mamusia ma najpiekniejsza pupe na swiecie. – i poglaskala mnie po pupie. panstwo umarli ze smiechu a tatus tylko pokiwal glowa i dodal:
– stimmt!