czytalam dzis u czipsa relacje z wyzyty w gospodarstwie wielskim i przygody z owcami i kozami. przypomnialo mi sie jak poszlam pierwszy raz z malina do zoo. malina siedziala w wozeczku i wesolo przygladala sie sloniom, zyrafom, malpom. nic jednak jakos na niej nie robilo wiekszego wrazenia. rownie dobrze moglam z nia jezdzic po lace, w miescie, w domu towarowym. az tu nagle widzimy krowe i malina niemal wapada z wozeczka wolajac radosnie: muuu, muuu!!! dziecko macha raczkami, nozkami, malo nie odfrunie. krowa tez sie zdziwila taka niespodziewana euforia malinowa. bo kto chodzi ogladac do zoo krowe? podnioslam malina na rece i wtedy krowa – ktora pewnie chciala wyrazic jakos wdziecznosc? – zamuczala pelna piersia i poteznym basem malinie prosto w twarz: muuuuhuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!! niespodziewana fala goraca i decybeli rozwiala dziecku wlosy, ja oslupialam i do rzeczywistosi przywolala mnie taka malinowa syrena, taki przerazajacy wrzask, ze okoliczni przechodnie rzucili sie na pomoc myslac, ze krowa ugryzla dziecko. a krowa stala i nic nie rozumiala. na szczescie ta chwila grozy nie zmienila stosunku maliny do krowek i jeszcze przez dlugie miesiace bylo to jej ulubione zwierzatko.
zoo.
Opublikowano