najpierw sie wychowalam na podworku u babci. miedzy sadem, stodola a polem truskawkowym. potem na warszawskim podworku z trzepakiem, smietnikiem i wysoka sciana do gry w krola skoczka. a gdzie sie czlowiek powinien chowac, zeby wyrosnac na porzadnego czlowieka? jak latwo obrazac ludzi, jak sie ze swojej marnej niskiej perpektywy ma bardzo waski horyzont.
generacje.
– musisz jeszse do duzo ludzi zadzwonic? – pyta malina, ktora trzyma kciuki, bo jej tlumacze, ze mam trudny telefon do wykonania. skonczylam i malina cieszy sie razem ze mna.
– nie. juz nie dzwonie. napisze jeszcze jeden mail a ty? – pytam.
– a ja bede malowala. duzo. jeszcze 19 lat bede malowala!
– ojej! to ja bede juz bardzo stara jak skonczysz!
– mamusiu, to moze bedziesz babcia?
– moze. jak ty bedziesz miala baby, to ja bede babcia i bede ci pomaagala je wychowywac.
– dobrze. ale czy moje dziecko moze jesc lody to ja bede mu sama mowic. albo moze albo nie moze. albo tak, albo nie. dobrze?
ojej!
– …i wtedy przewrocil sie i poleciala mu z nosa krew. – kreci glowa malina a zeby podkreslic znaczenie swoich slow, pecha i udramatycznic historie, dodaje: mist!
jakby nigdy nic wypytuje ja dalej:
– i co wtedy zrobila pani? umyla mu nosek?
– tak. zimny kompres mu zrobila. ale bluzke sobie pobrudzil…. mist!
ignoruje a malina oblewa sie rumiencem i sama juz nie wie co robic. opowiada dalej:
– jego mamusia pewnie bedzie bardzo zla. bo taka brudna ta bluzka. so ein MIST!!! – malina wymachuje mala piastka.
nie zmieniam tonu i calkiem spokojnie pytam:
– mist? a czy ty wiesz co to jest?
– tak! – no nareszcie. malina wyraznie cieszy sie z mojego zainteresowania. rozklada raczki i pokazuje jakby wielka gore i wyjasnia:
– to jest taakie duze i z robakami!
– kochaneczko, mist to znaczy scheisse. – tlumacze obojetnym tonem, a malina malo nie spada z krzesla. widze, ze zrobilo to na niej wrazenie, wiec koncze: – a mowia to ludzie, jak nie wiedza jak inaczej wyrazic zlosc.
malina mysli, mysli, lekko kiwa glowka:
– tak… no to co ja mam powiedziec jak jestem zla? ja tez nie wiem.
zastanawia sie i sama sobie odpowiada lapiac sie teatralnie za skronie:
– to moze bede mowila: OJEJEJ!!!? dobrze?
nowe zeby.
w wizyce u dentysty malinie najbardziej podoba sie fakt, ze idziemy do niego po zmroku. malina wciaga czapke i upewnia sie jeszcze:
– ale inne dzieci sa juz w lozkach, co?
– tak. juz jest bardzo pozno. jak wrocimy to ty tez od razu wskakujesz do lozeczka.
ta perspektywa jest zbyt daleka by sobie nia akurat zaprzatac glowe. malina szuka latarki zebysmy sie nie zgubily po drodze i ruszamy.
– widzisz jak dobrze, ze mamy latarke? przynajmniej znalazlysmy samochod! – wola malina i wyrusza na spotkanie oko w oko w sprawie zeba. gabinet jest blekitny z pomaranczowymi sofami ze skory i neonowymi zebami. malina jest zafascynowana jakbysmy byly w teatrze. chetnie wskakuje na fotel. kiedy lekarz opuszcza ja na dol niemal piszczy z zachwytu, tym bardziej, ze na suficie rozposciera sie widok harcujacych delfinow i wyspy z palma. malina komentuje jeszcze, ze na takiej wyspie to strasznie jest sie samotnym ale juz dentysta kaze otworzyc jej buzie. malo jej szczeka nie wypadnie z zawiasow. lekarz stuka we wszystkie zabki po kolei a ja zaczynam sie pocic. ktorys zabek moze zabolec. ale nic sie nie dzieje. w koncu tam gdzie sie spodziewalam jest dziurka.
– reperujemy te dziurke? – pyta lekarz. malina mruga oczkami na znak zgody. po angielsku wypytuje czy bedzie bolalo i dowiaduje sie, ze nie. odwieczne klamstwo dentystow. poca mi sie rece. pan zaczyna borowac a pani odkurzaczem zbiera wode z buzi. malinie oczy robia sie wielkie jak gwiazdy i tylko zezuje nimi raz na lekarza, raz na pielegniarke. kilka razy kiwa paluszkami, wiec mysle, ze jednak boli i strasznie chce mi sie plakac, ale tylko sie usmiecham. na koniec oddycham z ulga, malina tez, kiedy lekarz pyta czy te dziurke z drugiej strony, maciupenka tez od razu zalatwic, malina znow mruga. ale kiwa raczka, zeby ja trzymac. okropne jest tak ja widziec, sztywna ze strachu, wyobrazajac sobie co czuje. usmiecham sie i nic nie mowie, bo jak bym cos powiedziala to bym sie rozplakala. przyrzekam sobie, ze zamiast do lozka pojdziemy do kina, ze kupie gdzies lodow, ze bedzie spala ze mna w lozku, ze jutro wezme wolne, ze juz nigdy nie zabronie jej cyrku… ufffff … koniec. pomagam jej zeskoczyc z fotela. malina wyciaga raczke do dentysty:
– danke schön.
pani pielegniarka zabiera ja do szafki i pozwala sobie wybrac jakas nagrode. malina wybiera kauczukowa pilke.
– jeszcze cos! – zacheca ja pani, ale malina kreci glowka. po namowach wybiera jeszcze rozowego zolwia i wychodzimy. na schodach malina oglada sie tesknie za neonowymi zebami:
– szkoda, ze juz idziemy. tam bylo tak fajnie.
malo nie spadam ze schodow. szukamy drogi w ciemnosci, zapomnailam zapalic swiatla a zza drzewa wychodzi mezczyzna. odruchowo sciskam malinie raczke a ona smieje sie na caly glos:
– myslalas, ze to duch?!!!
– tak! – wolam i smieje sie nerwowo.
– ale nie masz sie czego bac! przeciez jestem tu! no i mam latarke! und diese dame war sehr nett, oder? – dodaje malina podziwiajac pielegniarke – dala mi dwa prezenty, choc powinna dac tylko jeden. bardzo mila! bardzo!
w lozku na dobranoc malina kaze sobie wkladac palce do buzi i sprawdzac czy te nowe zeby fajne sa.
– troche jak z papieru, co? mamusiu co ty sie tak na mnie pchasz?
nawet nie zauwazylam ze sciskam maline zewszystkich sil, caluje i malo nie udusze.
kary.
w tamtym roku na krancu naszej ulicy, czyli niemal za rogiem, na wielkiej polanie rozbil sie wielki cyrkowy namiot. malina byla na przedstawieniu z sasiedeczka i jej tata i praktycznie od roku czeka na powrot tego cyrku. czekala, czekala az tu tydzien temu: prosze bardzo! wielka czerwono-biala kopula cyrkowa z roznymi flagami. te flagi zdezorientowaly maline, bo rok temu byla tylko jedna – niemiecka flaga. malina rozumiala te flage jednoznacznie: ten cyrk jest z niemiec i …wygral! bo niemiecka flaga kojarzy jej sie jedynie z mistrzostwami pilki noznej. a teraz?
– no to skad oni sa, mamusiu?
caly tydzien malina szykowala sie do cyrku. miala isc z siasiadeczka, tatusiem sasiadeczki i wlasnym tatusiem. szykowala sie i nie mogla nacieszyc na niedziele. w piatek wrocila z przedszkola w kiepskim humorze. jakos nam sie udalo wspolnymi silami go przepedzic, ale zaraz sobota znow byla marudna. wytlumaczylismy sobie to wrazeniami z polskiego przedszkola. popoludniu wybralismy sie na targ garnkow i welny, gdzie bylo tez stoisko z przedszkola maliny, pokaz strzyzenia owiec, rozne pysznosci i fajna atmosfera. wszystko bylo ok, ale malina chciala byc noszona. humor poprawil jej troszke czasie jazdy na koniku ale tez nie za bardzo. ciagle cos chciala, ale jakos tak bez radosci. "chce" zamiast: "poprosze". zaraz potem buchnela placzem, krzykiem tak okropnym, ze myslalam, ze cos sie stalo. a chodzilo tylko o powrot do domu. malina wieszala sie na latarni, siadala na chodniku – jakis diabel w nia wstapil. totalny bunt z krzykiem. my spokojnie, raz prosba raz grozba az w koncu palnelam, ze jak sie nie uspokoi to z cyrku w niedziele nici. wsciekla bylam na siebie juz w czasie wypowiadania tej grozby ale jeszcze liczylam, ze podziala. ja naiwna! malina wybuchnela takim placzem, ze ktos moglby pomyslec, ze oblewam ja wrzatkiem, lamie reke albo co. pozostalo nam tylko obojetne pojscie do samochodu, malina szurala nozkami i darla sie wnieboglosy. w samochodzie plakala cala droge. w domu tez. ze zmeczenia zjadla niewiele i poszla spac. ulozylismy plan jak wybrnac z tej grozby, zeby zachowac twarz. starsznei anm jej bylo szkoda. czekala przeciez caly rok. ale w niedziele malina wstaje i na moja prosbe o sprzatniecie ksiazek tupie nozka, wola: "nieeee"!!! i rzuca ksiazkami o podloge.
– pamietasz co bylo wczoraj? myslalam, ze dzis jakos to odkrecimy, ale skoro tak sie zachowujesz to tylko moge powtorzyc, ze za kare nie pojdziesz do cyrku. malina poplakala troche i zaczela zachowywac sie lepiej, zeby moze cos jeszcze naprawic. zamknelismy sie z mezem w kibelku na narade. postanowilismy byc konsekwentni i obiecac, ze jak jej ta faza przejdzie to moze znajdziemy jakis inny cyrk za dwa lub trzy tygodnie. zaprosilismy maline na rozmowe i bardzo spokojnie jej to wytlumaczylismy, czujac, ze wlasnie marnujemy sobie cala niedziele. ale ku naszemu zdziwieniu malina pochlipala tylko troszeczke, usmiechnela sie przez lzy wycalowala tatusia a potem mnie i byla jak nowo narodzona, mila, usmiechnieta , zrelaksowana jakby ktos jej zjal kamien z serca. spedzilismy cudowny dzien, piekny wieczor i wesoly poranek. teraz sie zastanawiamy: czy dziecko potrzebuje kar?
to dopiero poczatek moich rozwazan, bo mama sasiadeczki opowiedziala nam o systemie punktow, nagrod i kar…
malinowy humor.
od tygodnia malina czeka na poniedzialek. i to juz dzis! wieczorem idziemy do dentysty.
– obejrzy mi zabki? – upewnia sie malina w samochodzie.
– tak. powiem mu zeby dobrze zbadal gorne zabki, bo mi sie wydaje, ze masz tam dziurke.
– tak. moze mam. – przyznaje malina i zamysla sie. jedziemy, jedziemy, jedziemy.
– ale jak nie mam dziurki, to potem idziemy do okulisty. – mowi nagle.
– tak? dlaczego? – dziwie sie.
– bo jak nie mam dziurki to ty masz chore oczy i zle widzialas!
mama z polotem moze, ale nielotna.
malina nie ma duzo zabawek. kupuje jej tylko to, czego ona sobie bardzo zyczy, a tego jest niewiele. ale ksiazki kupujemy namietnie i z pasja i bez opamietania. malinowa biblioteczka siega wiec pod sufit, a czesc ulubionych ksiazek zajmuje polowe kuchennego regalu. ogromny wybor. wieczorem, po myciu zabkow, w pizamce, malina kuca albo wspina sie na paluszki, albo na taboret i wybiera bajke na dobranoc. jak z mamusia to szuka polskiej, jak z tatusiem – niemieckiej ksiazeczki. wczoraj malina medytuje i medytuje wpatrzona w regal. na dole, na gorze, posrodku. nie moze sie zdecydowac. kucam obok i oferuje pomoc:
– moze ja ci cos polece? – pytam.
malinie rozjasnia sie twarz w podziwie i radosci:
– polecisz? i przyniesiesz mi nowa bajeczke?
mozna sie porzygac.
z niektorych politykow sie smieje, za kilku wstydze. uwazam, ze polityka paraja sie ludzie zadni poklasku, slawy ale zabraklo im talentu w innych branzach. na szczescie niektorzy walcza o sluszne sprawy i im wybaczam troche. al gore niech bedzie tu przykladem. dobrze wykorzystuje swoja slawe, aparycje, sile przekonywania. dla dobrej sprawy angazuje sprawny marketing i jesli choc troche zdziala to dobrze. ale jak czytam cos takiego jak wczoraj i dzis o panu korwinie-mikke to boli mnie brzuch i jest mi niedobrze z bezsilnosci.
inspiracja malinowa.
z rozesmianych od ucha do ucha motylkow malina przechodzi w abstrakcje. zamiast krolewny, ktorej najwazniejszym elementem sa bufki, malina smaruje jakies esy floresy. czarny okrag z kijem, jakies koleczka. bierze kartke podchodzi do kuchni i… chyba porownuje.
– a co ty robisz? – dziwie sie.
– narysowalam nasza patelnie jakbym ja widziala z sufita.
– sufitu… – poprawiam i nie moge nic wiecej dodac, bo wlasnie do mnie dociera, ze te esy floresy to nasz kosz na owoce z pozakrecanego drutu a w nim winogrona i jablka, obok kuchenka z palnikami a na nich patelnia. no ja nigdy nie mialam pomyslu zeby namalowac kuchnie z lotu ptaka. ale prawdziwy artysta znajduje inspiracje wszedzie.
eva herman
czytam o evie herman na wszystkich prasowych portalach. rozne cytaty,
rozne opinie i za nic nie moge sobie wyrobic wlasnego zdania. mam
wrazenie, ze to palenie czarownicy a nie obiektywny osad. pewnie za
malo wiem. ale to strasznie ciekawe jak te sama osobe mozna przedstawic
w mediach. przyklad na, ktorym studenci beda sie mogli uczyc o
manipulacji medialnej.
tak naprawde chodzi juz tylko o to: "Der
Eklat bescherte der Sendung laut Media Control die höchste
Einschaltquote des Jahres: 2,65 Millionen Zuschauer ab drei Jahren
sahen die Talk-Show, die damit auf einen Marktanteil von 18,1 Prozent
kam." (www.wuv.de)