jestem psychicznie zmeczona tak, ze nie ciesza mnie sukcesy. fascynujace projekty, szanse. nie moge sie opedzic od mysli o skoku w bok. zawodowym skoku. mam kilka roznych pomyslow a kazdy ryzykowny. i zaden az tak dobry, zeby moc rzucic sie w wir planowania szczegolow, realizowania marzen. drzy mi powieka i wydaje mi sie, ze wszyscy to widza. ale w rzeczywistosci wszyscy widza tylko jak sie smieje. ciagle sie smieje, choc glownie trafia mnie szlag. a moj szef podziwia mnie za chlodny umysl i zdrowy dystans do problemow. drugi uwaza, ze przesadzam, wszystko biore do serca i podchodze do wszystkeigo zbyt emocjonalnie. to co oni wiedza? nic. a juz najbardziej nie lubie testowania na mnie nowych metod postepownia ze swoimi pracownikami. moi szefowie zapominaja, ze jestem im prawie rowna wiekiem, z niejednego pieca itp, byly narzeczony psycholog, maz sam jest szefem, wiec nie ze mna te numery. i pracuje dla nich a nie na wlasny rachunek, bo jest malina. amen. chce sie pozbyc tego drgania w powiece. radykalnie.
a potem ide z malina po dynie. ona pcha wozeczek dla lalek zeby transportowac tego pomaranczowego olbrzyma do domu. male koleczka turkaja po trotuarze tak glosno, ze malina, zeby uslyszec co do niej mowie musi sie zatrzymac. machaja nam z okien sasiedzi, usmiechaja sie przechodnie i mysle: o co ci chodzi? forsa jest? jest? czas jest? jest. to o co ci chodzi?
o przepraszam!
po blätterteig latam do aldiego. nigdzie indziej nie ma tak pysznego ciasta francuskiego chyba, ze w migros w szwajcarii. rozgladam sie po ofertach. kupuje malinei kurtke w szoku, ze taka tania. dopiero w domu pukam sie w glowe: biala kurtka do przedszkola. jestem idiotka. trudno, przepadlo. fajny zestaw do klejenia latarenek na st.martin, koldra za trzy grosze. o! ksiazeczki dla przedszkolakow. moj ulubiony janosz i bob der baumeister. malina cieszy sie z janosza, krytycznie przyglada sie bob, baumeistrowi:
– to dla mnie? – pyta.
– no tak. – odpowiadam i przywoluje w pamieci te momenty kiedy malina lata po ogrodzie i wydziera sie na caly regulator: "Bob der Meister! Könn wir das schaffen?!!!!!!" myslam, ze lubi te figure i zna ja od innych dzieci. malina kreci glowka:
– ciesze sie, ze chcesz mi ja kupic, ale to jest ksiazka dla mezczyzn.
to jeden z tych momentow, kiedy nie wiem co madrego odpowiedziec.m kiedys przez to strace moj autorytet do reszty.
sprzatnie.
trzy razy dzis skads przychodzilysmy w trzech roznych porach dnia i temperaturach i w ciaglym pospiechu. kiedy wiec przed pojsciem spac przechodzimy przez korytarz, naszym oczom ukazuje sie obraz nedzy i rozpaczy i to po wojnie. na podlodze lezy mnostwo roznych butow, kurtek, swetrow, szalikow i czapek. pobojowisko. podnosze moj szal. reszta nalezy do maliny. dysponuje wiec szybko:
– posprzataj swoje rzeczy a ja ide ci przygotowac lozeczko.
– ok! – wola malina, zamiast zwyklego ociagania i marudzenia, ze jest mala i ze to dla niej za duzo. ostatnio wytlumaczyla mi, ze jak jest tak duzo do ukladania to… ona staje sie trzyletnia i sama nie wie dlaczego. postanowilam sie nie dziwic tylko z usmiechem poszlam na gore.
– fertig! – slysze triumfalna maline. schodze i zastanawiam sie jak zareagowac. nie chce psuc tym glupim incydentem takiego fajnego, harmonijnego wieczoru. a spodziewam sie, ze wszystko bedzie wepchniete po szafe, tak jak ostatnio pod lozko. no i wtedy bede musiala cos powiedziec. ale co? co? no nie wiem co! jestem zaskoczona i brak mi slow. kurtki wisza na wieszaczkach. buty stoja jak pod sznureczek. czapki w szufladzie, szaliki w koszyku. nie wiem co robic. a malina stoi rumiana z wysilku i dumy. radosc ja rozpiera kiedy z niedowierzaniem mowie:
– o matko. jak pieknie posprzatalas! no naprawde pieknie!!!
o jezu, dziecko peknie zaraz z tego samozadowolenia. malina kiwa glowka i wola:
– na dann!… dann kann ich jetz eine katze haben, oder was?!
az usiadlam na schodach ze smiechu. a malina wskoczyna na mnie i ryczala ze smiechu az jej wnetrze zoladka bylo widac.
– kochaneczko – smieje sie – zeby dostac kota, to ty musisz az do twoich urodzin tak sprzatac!
ale sie smiejemy. pomysl ze sprzataniem wpadl mi do glowy na promie z sardynii, kiedy malina nagle zaczela marzyc o wlasnym kocie. i temat zaraz umarl. az tu niespodziewanie dzis. kto wie co tam sie w tej glowce klebi, burzy i co i raz wyskakuje na zewnatrz.
to nie ja bylam…
wlasnie nasz najwazniejszy klient przyslal pozdrowienia i podziekowania za cudowna zabawe na oktoberfest. mail opatrzyl jednym zdjeciem: on i ja z kuflem piwa. przysiegam: to nie ja. to niemozliwe.
z rana.
– myj raczki, prosze.
– …
– malina, myj raczki.
– …
– malina. myj. raczki.
– …
– czy ty nie rozumiesz co ja mowie? MYJ. RACZKI.
– nie rozumiem co powiedzialas. ja od dzis mowie tylko po angielsku.
– …? … wash your hands, please.
– ok.
oktoberfest.
musilam przezyc prawie 40 lat i kupic bawarski dirndl zeby kogos tak bardzo zachwycic moim wygladem. wlasnie konczylam zaplatanie warkoczy, kiedy tatus przywiozl maline z przedszkola. biegne do nich po schodach w dol. w garsci podtrzymuje fartuch do ziemii. malina zaniemowila. zaszklily jej sie oczy. zaparlo jej dech. po czym wyszeptala w szczerym oszolomieniu:
– jaka jestes piekna…
jeszcze nigdy, nikomu sie tak nie spodobalam. malina wtulila sie w ten fartuch i suta spodnice. i malo nie zostalabym w domu ze wzruszenia. maz i malina zawiezli mnie na teresienwiese. malina zobaczyla diabelski mlyn i wybuchnela placzem:
– obiecaj, ze nie bedziesz sie beze mnie kreciiiiiilaaaaaaaaaa!!!!!! ja tez chce byc taka krolewna jak tyyyyyyyyyyyyyy!!!! mamusiuuuuuuuuuuu!!!!!!!!!!
a mnie zrobilo sie najglupiej na swiecie. 10 lat nabijalam sie z niemcow w trachten, ze przebieraja sie jak dzieci na bal w karnawale, ze to jest zabawa dla dzieci – sama mialam goralski stroj i korale jako dziecko. a tu? sama stoje wystrojona jak w teatrze a moje dziecko jedzie do domu. wycalowalam jej lezki i obiecalam, ze tez dostanie dirndl. jutro po przedszkolu pojedziemy i znajdziemy cos fajnego. w koncu malina jest jedyna prawdziwa bawarka w tej rodzinie! potem polecialam do namiotu hacker pschorr. wszyscy byli juz w srodku, na zewnatrz czekal na mnie szef, za co bardzo mu bylam wdzieczna. duzo latwiej poruszac sie z dekolten do pasa w tym pijackim tlumie kroczac za ponad dwumetrowym bawarczykiem. szef nie wierzyl wlasnym oczom: dirndl? i obsypal mnie komplementami. jezusie, ile ja sie komplementow nasluchalam. moj dekolt zostal obfotografowany ze wszystkich stron, ale po pierwszym wypitym litrze bylo mi egal. po drugim litrze skakalismy na lawkach w rytm shakiry i williamsa w wykonaniu orkiestry bawarskiej. moi niesmiali, introwertyczni klienci stukajacy sie kuflami – u nas rozbily sie trzy kufle. nawet nasza kelnerka zonglujaca 12 kuflami (=12 kilo) nie mogla wyjsc z podziwu: cicha woda brzegi rwie – wykrzykiwala. przy czwartym litrze zrobilo sie u nas naprawde wesolo. jeden klient wlewal drugiemu piwo za spodnie, zona mojego szefa tanczyla kankana, wszyscy krzyczelismy i klaskalismy do rytmu, nie rezygnujac z "rozmowy", wiec dzis w biurze wszyscy byli raczej milczacy. o 23 na szczescie zamykaj namioty, bo inaczej ludzie zapiliby sie na smierc. ruszylismy wiec przed siebie wsrod ryku karuzel, achterbahn, kabaretow, gabinetow smiechu, strachu czy cyrku 300 bialych myszek. klient zaprosil nas na gruszkowego sznapsa, ktory normalnie jest ostanim gwozdziem do trumny, ale przezylismy i poszlismy jezdzic na samochodzikach i rozbijalismy sie tak, ze nie wiem jak nadal jestem posiadaczka wszystkich wlasnych zebow. moze po pijaku czlowiek staje sie bardziej spontaniczny i gumowy? moj kierowca – b. wazny klient po wiedzial, ze jestem najodwazniejsza kobieta jak w zyciu spotkal. zeby jedna tej odwagi wiecej nie testowac postanowila zwinac sie do domu tym bardziej ze towarzystwo zaczelo planowac schreiner halle i nastepne rozrywki. taksowka na oktoberfest to rarytas i pan zabral mnie bo wygladalam na taka co mu nie zarzyga samochodu. w sumie czulam sie ok i nawet pozalowalam, ze nie mam swojego samochodu. umysl mialam swiezy, szlam na dwoch nogach pewnie to i samochod bym porowadzila, nie? ale taksowka byla ok. w domu maz wlozym mnie do goracej wanny a potem do lozka i koniec. rano zdziwila mnie w kuchni obecnosc szklanki z gruszeczka. maz powiedzial, ze z trudem mi ja zabral. podobno sciskalam ja w dloni jak skarb. moze dlatego tak mi sie pewnie szlo, ze sie tej szklanki tak trzymalam?
w pracy cisza i obolale glowy. omowilismy z mezem sprawe drindl dla maliny. pewnie zapomniala i dobzre, bo nie mam sily na zakupy. na nic nie mam sily. odbieram maline z przedszkola. juz na podworku spotykam jej mala kolezanke:
– jedziecie kupis dirndl? i na oktoberfest?
potem pani z drugiej grupy:
– pieknie, ze kupujecie dzis dirndl. to taka piekna tradycja.
malina na moj widok galopuje z krzykiem:
– mamusiuuuuu! jedziemy po dirndl!!!!!!
no to co mialam robic? pojechalysmy do tego samego sklepu. myslalam, ze beda trzy. wybiore jeden i juz. a tam? jezu! ze 20 modeli. jak zobaczylam liliowo-rozowy to nie mialam watpliwosci. co do wyboru a obiecalam sobie, ze malina wybierze sama. ale malina zakochala sie w najtradycyjniejszy ze wszystkim i niestety najdrozszym. spodnica granatowa w kwiatki i listki, gora w czerwona kratke z granatowymi lamowkami, fartuch karminowy w listki. bluzka biala z bufkami i falbankami ale skromna. pani poinformowala nas, ze to jest ich najpiekniejszy model, czesto kupowany na tradycjne sluby dla dzieczynek – druchenek albo na kolacje wigilijna. kiecka do ziemii i malina nie pozwolila jej sobie zdjac. pani zawolala jakies kolezanki z zaplecza jak placilysmy zeby zobaczyly co to za cukiereczek. no to jest licz jak beret, ale stasznie w tym malinie do twarzy. my obie takie prasne jestesmy i bufli jak dla nas. w domu wskoczylam w swoj dirndl, zaplotlam nam warkocze, wyciagnelysmy tatusia i pojechalismy na kaczke z knedlami, piwo i mlynskie kolo. malina drzala ze szczecia, chodzila na paluszkach i poniewaz obiecala, ze nie bedzie marudzila i ze pojdziemy tylko na jedno (po pozno) urzadzenie to… obiecalismy jej, ze jutro po polskim przedszkolu idziemy na wiecej. dzis bylo juz pozno i za zimno.
cala rodzina sie z nas smieje. i my tez sie smiejemy z siebie. ale bawimy sie przy tym znakomicie. az mi wstyd.
dirndl
jezu, kupilam. przymierzylam 50 roznych wybralam brazowo turkusowy. maz kaze mi szybko wracac, bo mu sie marzy milosc po bawarsku. a ja wygladam jak idiotka z bufkami i piersiami jakbym dwojaczki karmila!!!!
trachten.
klienci przyleca z zurichu, berlina, paryza, hamburga. od wczoraj mysle czy kupic dirndl. jutro oktoberfest.
summa summarum
urodziny tatusia byly piekne. i tort i swieczki i sto lat i w koleczku utworzonym z moich tesciow, maliny i mnie a tatus w srodku: viel glück und viel segen auf all deinen wegen, gesundheit und frohsinn… szczescie maliny tak nas wzruszylo, ze zrobilo sie naprawde cieplo. i terminy we frankfurcie byly ok. spotkanie z bleir w wiesbaden perfekcyjne: i zakupy i plotki i kawa, wszystko w odpowiednich proporcjach. rozdanie nagrod a potem wielkie casino party we frankfurcie bardzo mile i bezstresowe. tesciowie natomiast cieszyli sie posiadaniem maliny i swojego syna na ten jeden wieczor tylko dla siebie. po polozeniu maliny do lozka zebralo im sie na na wspominki i filozofowanie. powiedzieli mezowi, ze fajnie sie z nami spedza czas, bo tacy jestesmy szczesliwi, ze widac, ze bardzo sie o siebie i o maline staramy i ze nas podziwiaja. bardzo mnie to zaskoczylo, szczegolnie, ze akurat o tym myslalam po rozterkach avenki z zeszlego tygodnia: ze tesciowie nie bardzo mnei lubia i nie widza jak sie nam dobrze zyje. jeszcze tylko pojechalismy do winnicy zarzyjaznionej z tesciami, kupilismy dwi skrzynki renskiego wina i do domu. malina cala droge malowala obrazki a wszystko podwojnie: dla mamusi krolewne, dla tatusia krolewne, dla mamusi jamnika, dla tatusia… grzecznie poszla spac a kiedy kolo 11 poszlam ja porzadnie zawinac kolderka cos tam mruczala i usmiechala sie przez sen, az jej bylo widac zabki. spacery z dziadkiem i psem, siedzenie przy stole w kregu rodziny wiekszej niz my troje, partyzantka nocna i wslizgiwanie sie do naszego lozka – mam najbardziej zadowolone dziecko na swiecie. to byl piekna dlugi weekend.
vorbei.
dzwoni maz. jezu jaki pijaniutki.
– szukam taksowki.
– dobrze. jak sie czujesz?
– ja ja ja… das ist vorbei… das ist vorbei… – powtarza jak wyzwolony z okupacji, uratowany z pozaru, wylowiony z powodzi. pijany, ale gotow isc do domu na piechote w deszcz. najwazniejsze, ze nastepny raz dopiero za rok.