malinowy stoicyzm – jest jak jest.

– mamusiu, mirabell ma dwie omy i dwoch opa.
– tak.
– a ja mam jedna ome i jednego opa.
– tak. no i masz jedna babcie. – odpowiadam i spodziewam sie jekliwego: "a dlaczego? tez chcialbym miec dwoch opa" albo: "a dlaczego? dlaczego nie mam dwoch opa?" lub czegos podobnego. ale zamiast spodziewanego pytania dostaje od maliny obserwujacej przemykajace za oknem krajobrazy:
– so ist das leben. eben.

wieczor malinowy.

leje, wieje, zimno. a tatus z klientami musi na oktoberfest, ktorego tak jak ja nienawidzi. pijacko-barbarzynskie party w wymiarze gigant XXXLLL. postanawiamy z malina uprzyjemnic mu przynajmniej droge i wieziemy smutnego tatusia do miasta. w ostatniej chwili uprzytamniamy sobie, ze to bedzie trudne dla maliny: zobaczyc gigantyczne karuzele, kolo mlynskie, achterbahn i nawet nie waysiasc z samochodu. za pozno. malina podskakuje na siedzonku: mama! mama! zobacz! spiesze wiec w wyjasnieniem:
 – kochaneczko, dzis leje deszcz i tam chodza tylko dorosli. jak w przyszlym tygodniu zaswieci slonko to tez tu przyjedziemy.
serce mi peka, bo z maliny uchodzi powietrze jak z balonika. dodaje wiec szybko:
 – wysadzimy tatusie i jak chcesz to zapraszam cie na kolacje. wybieraj restauracje.
 – japonska! – malina zozpromienia sie natychmiast. za to tatus pochmurnieje jeszcze bardziej:
 – ale wam dobrze… – mruczy i odchodzi w gwar, swiatla i nieopisany huk achterbahn. czym predzej zamykam zamki w samochodzie nim wpakuje mi sie ktos z tego falujacego, pijanego tlumu. jade powoli, zeby nikogo nie rozjechac. kompletnie nieprzytomni liudzie pchaja sie doslownie na samochod. ladujemy w moim ulubionym japonczyku. ku zdziwieniu maliny pan kelner na przywitanie wrecza mi moj sweter, ktory zostawilam tu niechcacy przedwczoraj po kolacji z rezyserem. malina wybiera stolik. zamysla sie:
 – a gdzie teraz jest tatus? – pyta.
 – no pracuje. – nawet nie musze klamac. maz jest z klientami. sluzbowo choc pijacko.
 – pracuje?
 – tak.
 – pracuje dzis na karuzeli? – malina niedowierza.
 – hmmmm… no pewnie tez.
 – teeeez??? to ja chce pracowac z tatusiem!
na szczescie zjawia sie nasz pan kenler i przynosi malinie widelczyk na wypadek, gdyby miala trudnosci z paleczkami. staram sie zachowac powage, kiedy malina zbyt oniesmielona by dac upust oburzeniu, lekko odsuwa widelec i szepce:
 – ja mam prawie 5 lat i bede jadla kijkami. umiem dobrze.
pan zabiera wiec widelec i zaraz wraca z pierwszymi daniami. dumna malina walczy z paleczkami i calkiem niezle sobie radzi:
 – mamusiu, zobacz jak dobrze umiem. tak sie je w japonskiej restauracji. i ja tam umiem.
 – tak potwierdzam.
 – tak jedza dzieci w indiach. – tlumaczy mi malina.
 – nie. w japonii.
 – w indiach. tatus tam byl i mi powiedzial.
w drodze powrotnej malina spiewa piosenki a przed snem pyta:
 – a gdzie jest tatus? jezscze pracuje? pewnie na karuzeli?
 – no moze tak. nie wiem dokladnie.
 – on ma lepsza prace niz ty.

rwacy potok

malina przechodzi jakis skok rozwojowy. jest wciaz lekko podekscytowana, wiecznie radosna, w swietnym humorze i mowi caly czas, bez przerwy. czy na rowerze, czy w wannie, czy w samochodzie – caly czas cos opowiada, smieje sie, pyta, potrzebuje ciaglej rozmowy. wczoraj przy kolacji umowilismy sie z nia, ze raz cos do buzi – gryzie – mowi – do buzi – gryzie – mowi… bo inaczej nic by nie zjadla, a byla glodna. nic nie moge jej czytac, bo ciagle przerywa, wypytuje, dodaje swoje dowcipy:
 – mamusiu, ale to by bylo jakby ta gruszka byla taka wielka jak dom! – i peka ze smiechu. doslownie zasmiewa sie do lez. jej euforia i dobry humor sa zarazliwe. nie wiem skad to sie bierze.

przygotowania.

poszlysmy kupowac tatusiowi prezent, bo w piatek obchodzimy jego urodziny. mial byc cudowny zegarek, ale, ze nie moge zdecydowac miedzy dwoma, postanowilam tradycyjnie, staromodnie i jak swiat swiatem stoi: koszula, krawat, zapach. zreszta to bardziej pasuje, bo w urodziny bedziemy u rodzicow meza, bo musze do frankfurtu. pojechalysmy do ulubionego sklepu. malina wpadla w wir zakupow. pokazalam jej numerek: 4 i 3 – takie cyferki musza byc na polce, to znaczy ze z tej polki koszule pasuja tatusiowi. malina wyciaga wiec: lylowa, lylowa w rozowe prazki, rozowa w blekitna kratke. podsuwam szara w bezowe prazki i biala, malina zgadza sie, ze tez ladne i bierze sie za wyszukiwanie krawatow: w lylowe kropki, w kropki rozowe, w paseczki we wszystkich odcieniach wrzosu. z mina znawczyni przyklada je do koszul:
 – mamusiu, pasuje dobrze, prawda?
o jezu. wytargowalam czarny we wrzosowe delikatne kwadraciki i brazowy w blekitne esy-floresy. jutro wybieramy zapach. juz widze maline z wachlarzykiem papierkow popsikanych roznymi perfumami. zakupy we dwie to prawdziwa radosc. malina ma swoj gust, ale latwo daje sie przekonac do opcji alternatywnych, jesli madrze argumentuje. tort tez juz wybrany: wielka biedronka. to beda wspaniale urodziny. tesciowa nie moze uwierzyc, ze po ok 30 latach ma szanse przezywac urodziny z synem – znow osobiscie.

dowod na inteligencje

szybkie zalapanie. czyli w wieku 4 lat. zalapanie, ze jekiem, histeria lub wrzaskiem osiaga sie niewiele. wystarczy jednak stanac oko w oko z ofiara, przeswidrowac ja blekitnymi oczkami – troche smutnymi, troche rozmarzonymi – i jakby nie wierzac powodzenie misji poprosic, zapytac i dostac wszystko a nawet wiecej.

matczyne poswiecenie.

telefonuje z kolezanka. wprawdzie konkurencja, ale sie lubimy i trudno. zaszla drugi raz w ciaze. pierwszy synek w wieku maliny.
 – i wiesz co? – mowi – teraz juz nie bede taka glupia, zeby od razu pracowac!
czuje jak mnie zazdrosc podgryza, ze ona taka madra, dorosla i wie co sie w zyciu liczy. slucham wiec w milczeniu, jak opowiada wzruszona:
 – tak! postanowilam byc egoistka! lubie swoja prace, ale jednak tym razem czuje, ze moja rodzina jest najwazniejsza. chce poswiecic wiecej czasu dzieciom.
zaczyna bolec mnie brzuch. boze, dlaczego ja nie potrafie tak wszystkiego rzucic w diably i jezdzic z malina w spokoju do przedszkola, zamiast w pospiechu rzucac jej drzwiami w glowe?
– rodze w polowie grudnia a potem zostane w domu az do kwietnia. i basta!
mysle, ze sie przeslyszalam. pytam czy do kwietnia 2009? nie, nie  – do 2008. po takim wstepie spodziewalam sie czegos wiecej niz 4 miesiace.
w mojej branzy najwiekczymi sukcesami ciesza sie ci, co opowiadaja glupoty i sami swiecie w nie wierza. a ja akurat jestem tym bardzo zmeczona.

glowa.

trzasnelam drzwiami samochodu nie widzac, ze malina stoi tam gdzie juz nie powinna czyli miedzy drzwiami a samochodem. uderzylam ja prosto w czolo az huknelo. plakala strasznie. przylozylam chusteczke z arnika. po 5 minutach, malina jakby nigdy nic zaczela sie bawic. chcialabym zbadac jej glowe, ale wszyscy lekarze kaza obserwowac i twierdza, ze jesli nie jest ospala i nie wymiotowala to nie bedzie zadnych rentgenow. szlag mnie trafia. skad oni moga widziec, ze nic sie nie stalo.

plany na jutro

malina juz sobie zamowila telefonicznie u tatusia na sniadanie herbatke malinowa i beze a dla mamusi kawe. maz wyladowal we frankfurcie, zabral auto i jedzie do nas. nie wiem czy doczekam, bo stoi w korku a ja spiaca. z irlandii wiezie mi "irland garden" – padlam na podloge ze smiechu. coz za romantyczny prezent! jutro malina ma polskie przedszkole i maz zaplanowal na ten czas siedzenie pod drzewem, picie kawy, gadanie, ogladanie w obrazkow w irland garden i ogolne "nicnierobienie". a ja myslalm, ze posprzatamy, pokosimy, zakupimy, odkurzymy itp. maz powiedzial, ze mam jakas dziwna wizje soboty i jego pomysly sa duzo lepsze! ide wiec spac, zeby miec sile na ich realizacje.

(zabral ze soba swojego nowego, mlodego asystenta. ktory w genialnym irlandzkim pubie z fantystyczna irladzka muzyka wesolo oswiadczyl irladzkiemu klientowi, ze fajne sa te brytyjskie puby. sic.)

stoicki spokoj.

jestesmy z wizyta u przyjaciolki mirabelki. popijamy z mama kasia jasminowa herbate, podgryzamy strucle serowa i patrzymy na trzy sliczne dziewczynki biegajace z taczkami, zbierajace zoledzie, skaczace po przewroconych pienkach. mirabelka i malina sa niemal dorosle: 4,5 i 6 a lukrecja ma trzy lata i biega za nimi jak ogonek i jest ze wszystkiego zadowolona. zjada po nich niechciane resztki deseru, bawi sie porzuconym kijem, niepotrzebnymi juz kasztanami, rzucona w kat chustka. ogrod kasi przechodzi z jednej strony w nieskonczone pole i podziwianie tam zachodu slonca to wydarzenie samo w sobie, z drugiej zas w park czy tez las – malowniczo, romantycznie, pieknie. tak sie delektujemy tym widokiem lekko gawedzac o szkole muzycznej i ogladaniu telewizji, kiedy dziewczynki podbiegaja do nas zeby zaprezentowac jakies znalezisko. ku naszemu obrzydzeniu kazda ma w reku kawalek… ptaka. jedna glowke i kazda po skrzydelku i garsc pior. kasia przynosi torbe foliowa, dziewczynki wrzucja tam wszystko i niewzruszone biegna umyc rece. a my asystujemy zywo dyskutujac o ptasiej grypie i innych plagach. a panienki ze stoicki spokojem mydla lapki jakby chodzilo o kwiatki albo patyki, zupelnie obojetnie zabieraja sie za kolejna zabawe.
– malina, bawimy sie w umieranie? teraz ty umierasz pierwsza!
– dobrze! ale potem ty umierasz pierwsza!
i dziewczynki padaja na podloge jak postrzelone seria z karabinu. staram sie zachowac spokoj:
– a co to za zabawa? nie mozecie sie pobawic w cos wesolego?
malina wstaje spokojnie i tlumaczy mirabel:
– musimy sie pobawic w cos innego, bo moja mamusia uwaza, ze to nudne.
i dziewczynki ida bawic sie w czarodziejki. lukrecja ma byc kotem, bo kazda czarodziejka musi miec czarnego kota.

drob.

przejezdzamy obok jakiegos sklepu pelnego kamiennych lawek, donic, sloni wszelakiej wielkosci, kamiennych skrzyn. nie mozemy sie zatrzymac, bo jedziemy z wizyta i juz jestesmy troche spoznione. mowie wiec tylko:
 – o jakie ldane rozne figurki z kamienia. moze kiedys tu wpadniemy i obejrzymy takie slonie? moze znajdziemy cos do ogrodu?
malina zgadza sie natychmiast:
 – no! slonie lubie. albo gesie. bo tam tez gesie widzialam.