nasza ameryka.

raz na kilka mniesiecy staram sie odkryc ameryke od nowa czyli kupic nowy fluid, lepszy od poprzedniego czyli jeszcze naturalniejszy, atlasowy sprawiajacy, ze wygladam o 20 lat mlodziej, swiezo, milo i niewinnie. stoje wlasnie w perfumerii i dyskutuje z mila pania, ktora namawia mnie na pewien kolor. po sprobowaniu tysiaca roznych odcieni, laduje u shiseido. juz prawie kupuje, ale pani przekonuje mnie do innego numeru, ktory ma byc dla mnei idealny. w koncu wyciagam komorke i dzwonie do domu.
– mozesz sprawdzic jaki ja numer uzywam?
maz, wyslany telefonicznie do lazienki, sprawdza. pani otwiera buzie ze zdziwienia.
– no wie pani co? moj maz to by sie zapytal gdzie jest lazienka! hahaha!
okazuje sie, ze polecany przez nia idealny numer to ten ktory uzywam od roku. no dobra. znow odkrylam ameryke.

powtorka z rozrywki

siedzimy przy poznym sniadaniu. tak poznym jak za dawnych przed-malinowych czasow. przypomina mi sie teoria malinowa na temat szczescia i chce zeby tatus tez sie nacieszyl malinowa madroscia:
 – pamietasz jak ostatnio czytalysmy o calineczce i powiedzialas kto to jest czlowiek szczesliwy?
 – tak!
 – powiedz jeszcze raz po niemeicku zeby tatus tez wiedzial.
 malina nie musi sie dlugo namyslac:
 – szczesliwy jest kto sie duzo smieje, ma dobry humor i sam sobie umie zrobic müsli.

bo malina od wczoraj wstaje o siodmej, myje zabki, ubiera sie, schodzi na dol, z narazeniem zycie wspina sie na swoje krzeselko, siega miseczke z aniolem z kuchennej polki, wyjmuje mleko z lodowki, wybiera müsli, siada do stolu i je takie wlasnie siadanie. potem zabiera sie za rysowanie a nieswiadomi rodzice spia i spia i sami nie wiedza jakie ich szczescie wlasnie spotyka. tylko z herbatka jakos nie wyszla, bo malina zalala torebke malinowej herbaty woda sodowa i niestety nie smakowalo tak jak powinno.

kim jestem dla mojego meza.

wracam z przedszkola. nie mam sluchawek do komorki pod reka, wiec wciskam numer taty i podaje telefon malinie:
 – powiedz tatusiowi, zeby zrobil mi kawy i ze juz prawie jestesmy w domu.
malina cieszy sie z misji, ale po drugiej stronie wlacza sie mailbox. malina z pelna powaga i wyraznie:
 – to ja. malina. i mamusia. juz jestesmy niedaleko domu i mamusia chcialaby kawe a ja herbatle malinowa z malinowym sokiem. niedlugo bedziemy w domu. to czesc. to bylam ja twoja coreczka malina i twoja ukochana mamusia.
pekam ze smiechu:
 – ale ja nie jestem mamusia tatusia!!!
malina zbita troche z tropu:
 – nie mamusia? a co?
 – no co? no kim ja jestem dla tatusia?
malina zastanawia sie chwilke i znow do telefonu jakby zapowiadala w radio:
 – to bylam ja twoja coreczka malina i twoja ukochana… truskawka.
wchodzimy do domu. aromat kawy. maz sie smieje: c zesc truskawko moja ukochana!

proste? proste.

malina ma kilka wydan calineczki. dzisiejsza dobranockowa wersja konczy sie slowami, ze mamusia calineczki bardzo sie cieszyla, bo rodzice zawsze chca tylko jednego: zeby ich dzieci byly szczesliwe. klap – zamykam ksiazeczke. przytulamy sie.
 – a ty? czy ty jestes szczesliwa? – pytam maline.
 – tak.
 – tak? a co to znaczy, ze jestes szczesliwa?
 – … no…ze sie sie usmiecham, ze mam dobry humor i ze kocham swiat.

lepszej definicji jeszcze w zyciu nie slyszalam.

kto mieczem wojuje ten od miecza zginie

zaspalysmy. jak zwykle ukladam malinie ubranka na kaloryferach zeby miala cieplutkie i biegne pod prysznic. jak wroce, ma byc ubrana. wracam. malina zagapila sie przez okno i nawet nie zdjela jeszcze pizamy. wbrew zasadom pomagam jej sciganc pizamke liczac, ze dalej to juz z gorki i lece na dol robic sniadanko. spiesze sie jak umiem i pokrzykuje na gore. malina schodzi, ale w prawdziwym slow motion. zaczynam sie wkurzac, burczec, popedzac, popedzac, popedzac z miernym skutkiem. w koncu jestem porzadnie zla. mowie podniesionym tonem, poszarpuje maline bo jestem zla, ze musze jej pomagac jak malenkiemu dziecku, rece mi sie trzesa, mam wazny termin i musze byc punktualnie w biurze. szybciej, szybciej!!! jestem wlasnie bardzo nieprzyjemna, wkurzona matka. malina stracila humor i zaraz wybuchnie placzem. jakos nie umiem sie powstrzymac, wsciekla wykrzykuje, ze jak nam zamkna drzwi w przdszkolu to juz wymysle niezla kare! wrrrrr!!!! malina staje nagle i mowi calkiem spokojnie:
 – nawet nie wiesz.
 – czego nie wiem???!!!
 – nie wiesz jak cie kocham.
o jezu. prosto w serce. buch. kiedy ostatnio bylo mi tak glupio? no kiedy? powalila mnie, zbila z tropu i zawstydzila. zginelam pod ciezarem wlasnej glupoty. caluje ja w nos, przytulam. wypijamy herbatke na stojaco a potem malina ciagnie mnie za reke zebysmy biegly do samochodu. smiejemy sie zdyszane.

porzadki.

 – no ale zobacz tu jeszcze lezy cos! – malina pokazuje paluszkiem jakis skrawek papieru na dywanie.
zachmurzam sie:
 – wiesz co? ja to bym na twoim miejscu grzecznie podziekowala, ze ktos za mnie posprzatal, zamiast mowic ze cos tam jeszcze zostalo.
 – … tak. dziekuje, ze tak tu zaprzatnelas.

tak mi sie wlasnie przypomnialo.

wlasnie weszlam na strone z fotografiami nowego dzidziusia dziennikowego. kiedys bym sobie pomyslala, ze taki maluszek, slodkie dziecko ale dzis jakos mi sie serce scisnelo na widok tych zdjec. niewatpliwie kochajacy, szczesliwi rodzice, ale tatus latal zaraz po porodzie z aparatem fotograficznym z fleszem! sfotografowane jest dziecko na wadze. takie samotne, troche sine. strasznie samotne. ja bym chyba zwariowala gdyby moj maz tak dokumentowal zamiast od razu kochac. maz moj siedzial i mimo tragizmu naszego porodu od razu mruczal malinie komplementy, ale cichutko, bo mu sie strasznie glos lamal, wiec glownie mowil: o jeee, o jeee czy cos podobnego a potem zgodnie z moim przykazaniem przedporodowym chodzil krok w krok za polozna zeby maline w cieplej pieluszce trzymala na wadze i nigdzie zbyt jasnego swiatla nie wlaczyla. nie mamy zadnych zdjec z porodu ani zaraz po porodzie. ani z pierwszego dnia. ale nigdy nie zapomne tego mruczenia mezowskiego, tych oczu maliny na moim brzuchu i tego, ze nawet nie mruknela. przygladala nam sie w skupieniu. a my jej. nie wzielismy aparatu ale nawet gdybysmy mieli nie przyszloby nam do glowy, zeby straszyc ja fleszem, niszczyc magie tej chwili, tego spotkania, ktorego zadne z nas nie zapomni az do smierci.

uszuf?

 – nie bylo dzis lukrecji w przedszkolu? – pytam.
 – nie bylo. chora.
 – biedna.
 – tak. i wiesz co? ona ma to co ja. wiec to rozumiem.
 – tak? a co ma?
 – zapalenie usz.