malina ma ospe. troche goraczkuje. mowie o tym mojej mamie. mama sie na mnie obraza.
parami. parami.
pofarbowalysmy 4 jaja. nie mailam octu wiec wyszlo bardzo blado, pastelowo ale za to moznabylo je pokryc malunkami. malina ozdobila je glownie choinkami, mikolajami i niezapominajkami. to jej ulubione motywy. potem zdaje telefoniczna relacje babci:
– … tak. cztery jajka. do pary: dwa kobiety i dwa meze.
przedszkolne opowiesci
– co tam dzis bylo w przedszkolu.
– szukalismy oka luisa.
– oka?
– no! luis znowu zgubil oko. szukalismy i szukalismy. i nie moglismy znalezc. ale annika znalazla w domku dla lalek.
– no i…?
– pani umyla oko i probowala je wsadzic, ale jej sie nie udalo, wiec poszlismy do drugiej grupy i tamta pani wsadzila mu oko na miejsce.
luis ma szklane oko i zadne z dzieci nie widzi w tym nic nadzwyczajnego.
show
z powodow zawodowych, bo jestem w to troche zamieszana ogladam wlasnie znany, bardzo popularny show w niemieckiej telewizji. u nas nie oglada sie telewizji prawie wcale a talk showow, showow i mydlanych oper wcale. i wlasnie wiem dokladnie dlaczego. zalosc, zalosc, czysta zalosc. jak zgrzytanie piasku miedzy zebami. brrrrr…
malinowa tworczosc lazienkowa.
malina najchetniej rymuje w wannie. lazienkowe echo pozwala na natychmiastowe testowanie brzmienia gornolotnych wierszy:
– jak mieszkalam w pacanowie
to jezdzilam na krowie
kochalam mamem i tate
i jadlam salate!
podbili mi kopyta
taka to jest kita!
oczywiscie jest to tworczosc inspirowana koziolkiem matolkiem. tak mi sie przynajmniej wydaje.
tup, tup.
na zajecia famenco przyszla malina i jej kolezanka. monachium choruje. radio podaje, ze za dwa tygodnie co drugi monachijczyk bedzie chory. monserat stwierdzila, ze nie ma atmosfery, wyciagnela buty do flamenco, kiecke i zaprosila mnie do tanca. nie musiala mnie namawiac. stanelam kolo troche zdziwionej maliny, tupalam, krecilam swoimi tlustymi kiebaskami zapatrzona w wiotkie dlonie monserat, machalam spodnica a potem lylowym wachlarzem. wyciagalam szyje jak ges i dumnie krecilam glowa. smialysmy sie z malina do lustra od ucha do ucha. na koniec monserat pogrozila mi palcem: czemu nie mowilas, ze juz cwiczylas flamenco? bo nigdy nie cwiczylam. ale tanczylam troche. w innym zyciu, w innym miejscu, sto lat temu. umowilysmy sie na indywidualne zajecia. dla rozruszania ciala i duszy.
polamaniec
odbieram maline z zajec sportowych. poslizgnela sie i zlamala kawaleczek jedynki.
– plakala?
– nie.
badam dziecko ze wszystkich stron i przegladam jame ustna, ale nic nie widac a malina strasznie zadowolona:
– szkoda, ze caly sie nie ulamal. jak mi w koncu wszytkie sie polamia to bede mogla pojsc do szkoly.
malinowe jajka
starym, poganskim zwyczajem malina obwiesila ogrodowe krzaki jajkami i szklanymi kurami, pisklakami, kogutkami. zaraz potem przyleciala emma i potrzasnela ogrodem sila, dzieki ktorej niektore stacje uznaly, ze byla orkanem. malina przez dwa dni przeprowadzala remanent przez okno i opisywala mi straty:
– oj to jajeczko w owieczki spadlo. mamusiu, zolte jajko odfrunelo! lezy pod plotem! oooooooo to niebieskie w paseczki sie potluklo.
wczoraj malina pozbierala kolorowe wydmuszki, ktore mimo upadku nie pekly, stwierdzila, ze takie jest zycie: szklane kury jako ptaki zostaly na krzakach, ale miejsce jajek jest w gniazdach a nie na sznurkach. uwila kilka gniazdek z mchu i galazek, ulozyla jajeczka a przy kolacji marzyla jakie ptaszki sie z nich wykluja. w nocy gniazda sie rozsypaly a kolorowe jajeczka znow potoczyly w rozne ogrodowe zakamarki. malina wraca z przedszkola, zbiera jajka i wykopuje dla nich rzad dziurek. do kazdej dziurki wklada jedno jajo i marzy o kolorowych dzieciach jak u barbapapy i barbamamy. ich dzieci wykluly sie wlasnie z takich kolorowych jaj (fasolek?) zakopanych w ogrodku jak cebulki. a jak sie nie wykluja to juz pewnie malina cos wymysli.
zlota kaczka. bajka.
bajka o zlotej kaczce czytana na dobranoc trwa jakies 10 minut. wczoraj sie okazalo, ze malina zna ja na pamiec. czasem musze jej podrzucic jakie slowo. dzis zaprezetowalysmy to tatusiowi. oboje jestesmy w szoku.
szybka rybka.
od kilku tygodni jestem troche matka samotnie wychowujaca dziecko. niedlugo sie to zmieni, bo maz wraca do zdrowia. jestem zmeczona, bo akurat zbiega sie to ze zwariowana faza w pracy.
ale tez mam wrazenie, ze nasza symbioza stala sie idealna. funkcjonujemy z malina jak dwa trybiki w szwajcarskim zegarku. od kilku dni budzimy sie pol godziny wczesniej. tak sobie postanowilysmy, zeby rano miec dobry humor i zebym nie musiala maliny ciagle popedzac. myslalam, ze bedzie mi trudno ja obudzic, ale to jest chyba jakas lepsza faza na wstawanie, bo malina otwiera oczki, smieje sie, tulimy sie i calujemy porannie. siku, zabki, ja pod prysznic, malina sie ubiera.
ostatnio przeprowadzilysmy dyskusje na temat koncentracji. i… to dziala! malina od kilku dni robi jedna rzecz na raz a nie dwadziescia plus gapienie sie w okno. tyle, ze teraz malina ubiera sie tak szybko, ze ja nie zdazam z prysznicem. lece na dol, zeby malina przypadkiem obiadu nie ugotowala na sniadanie. malina nasypala juz chrupki i meczy sie z mlekiem. przerzucilam sie z kartonow na butelki i mleko demeter. malina probuje otworzyc butelke nozem. wchodze do kuchni. malina patrzy z wdziecznoscia:
– dobrze ze juz przyszlas. zobacz papier przecielam, ale dalej sie nie da.
z usmiechem wyjmuje jej noz z lapki, otwieram butelke i nastawiam wode na herbatke. czy powinnam zabezpieczyc kuchnie teraz, choc nie robilam tego jak malina byla pelzajacym dzidziusiem?
w samochodzie prawilysmy sobie komplementy jak to fajnie miec taki spokojny poranek, bez burczenia, popedzania i w usmiechach i w dodatku mozna zdazyc w przedszkolu na poranne motto.