zamykamy.

koniec kwartalu. chcialybym, zeby nadeszly zdrowsze czasy. od grudnia placze nam sie po domu jakas choroba. nie byle jaka tylko angina, zapalenie pluc, ucha wewnetrznego, ospa. wykapalam maline w krochmalu (dziekuje ebelin) i mam nadzieje, ze ten rytual zamknal ten smutny okres. amen.

lawina

problem kuchni polega na tym, ze jesli kuchnia to podloga w kuchni i sufit, jak sufit to sciany, jak podloga w kuchni to podloga w kortarzu i w lazience, ma byc bowiem taka sama. a kominek przed podloga a jak kominek to drzwi: kuchenne, piwniczne i lazienkowe. a jak podloga w kuchni to dechy w pokoju, bo jedno przechodzi w drugie a podloga w pokoju to najpierw drzwi tarasowe. a jak juz drzwi to i trzy nowe okna, wtedy jest taniej. i tak wymiana kuchni oznacza generalny remont calego dolu, bardzo generalny. czy ja mam na to sile?

szary odcien bieli.

kiedy zdecydowalismy sie na byle jaka chatke zamiast design klocka postanowilismy, ze wyremontujemy ja bez oszczedzania. zdecydowalismy sie sie na kuchniowego mercedesa i ruszylismy na poszukiwanie najlepszej oferty. albo genialna kuchnia i dobre sprzety, albo ladna kuchnia i genialne sprzety – a tu dzis sie okazalo, ze jesli nie bedziemy planowac kuchni w sercu monachium pod ratuszem tylko wyjedziemy 60 kilometrow w strone alp to… mozemy sie przesiasc z mercedesa w aston martin. czyli i genialna kuchnia i genialne sprzety. jestem w szoku. mysle, ze jak te kuchnie wstawimy w lipcu to potem bede sie stolowala tylko w restauracjach. nigdy w zyciu nie pozwole sobie na pobrudzenie tego kuchennego gucci, tej prady w bielach i szarosciach z cudownymi galkami, szufladami czytajacymi w moich myslach, parowym sercem bijacym w rytm mojego, indukcji madrzejszej niz wszystkie moje ksiazki, lodowka, ktora lepiej sie zna na salacie niz ja. bede sobie te kuchenke ogladala co rano ale kawe parzyla potem w biurze, zeby jakies brazowe plamy nie skazily tej golebicy szlachetnej, zeby jakiej okruszki bulkowe nie naruszyly perfekcyjnej harmonii. amen.

kraina czarow

w zeszlym tygodniu ze stanow przyleciala modelka, z ktora krecimy nowy spot bielizniany. szok. na tej dziewczynie mozna uczyc sie anatomii. kosciotrupek. dzieki dlugim wlosom mozna sie zorientowac, ze to kobieta. nie wolno za blisko podchodzic, zeby sie przez przypadek nie nadziac na wystajace obojczyki lub nabic sobie guza o lokiec. to bedzie reklama biustonosza? ostatnia chudzina zostala skrytykowana przez japonskiego klienta,(bo jej wisial tluszcz po bokach a ta dzoewczyna byla troche szersza niz piecioletnia malina) wiec teraz agencja dmucha na zimne. niechby jej tylko chrupotaly te kostki, ale jej biust to dwa piegi a jej cale cialo to… tysiac pieprzykow. rezyser zalamuje rece i grozi zerwaniem kontraktu. dlaczego nigdzie na kartach castingowych nie bylo widac, ze ta kobieta pokryta jest pieprzykami jakby ja ktos wlasnie zarazil ospa?!!! stres, stres, stres! co robic? make up – profi, stylistka – profi, operator swiatla – czarodziej, operator zdjec – cudotworca.
wlasnie widzialam pierwsza wersje filmu. jeszcze nie bardzo cgi obrobiona. w cieniach i polcieniach wygina sie elf. chlodna namietnosc, aksamit skory, miekkie rysy talii, wypuklosci slicznych piersi przywodza na mysl chrupkie jablka, jedwabista skora ramion, zielone, rozmarzone oczy. miekki, zwinny, rozleniwiony kot. pieknosc. prawdziwa pieknosc.

pracuje w krainie czarow.

glupia choroba

malinowa dusza cierpi. maluje jej buzie w biale kropki i staram sie rozsmieszyc, ze jest indianinem, biedronka, muchomorkiem. przy sniadaniu malinie turlaja sie po buzi wielkie okragle lzy:
 – mamusiu, jaka ja jestem brzydka…
 – eee tam. sliczna jestes. a jak uroslas przez te chorobe! do soboty bedzie po wszystkim i wykapiemy cie w krochmalu jak babcia przywiezie make.
 – o! dobrze! windpocken ist blöd! – wyrzuca z siebie malina i patrzy mi gleboko w oczy. nie pozwalam na nadaremne uzywanie slowa "blöd".
 – BLÖD! – kiwam glowa – windpocken sind fruchtbar blöd!!!
 – blööööööööd!!! – smieje sie malina przez lzy. – blöd!!!!

prawdziwa twarz.

wychodzilam za maz za faceta o – bardzo ogolnie rzecz ujmujac – dwoch wcieleniach. raz miotalam sie z nim po europie na motorze, bez pewnosci, ze znajdziemy nocleg a skoro go znajdziemy to czy bedzie ciepla woda. zycie w kurzu, cieple, mruku motoru, o wodzie, winie, serze i czeresniach.
a w domu pilam co rano kawe z eleganckim mezczyzna w dobrym garniturze, jedwabnym krawacie, sekunde zanim rzuci sie w wir spraw waznych, swiatowych, o blysku drogiego lakieru, pokrywajacego kilka silnych koni mechanicznych, bez skazy.
od dwoch miesiecy moj maz siedzi w domu. mimo choroby troche pracuje, ale w porownaniu z normalnym rytmem ma wrazenie, ze ma wakacje. przedwczoraj jedlismy wolowine w chrzanowym sosie, wczoraj lasagne a dzis? wchodze do domu a tu? dwiescie kopytek (gnocci?) wlasnej roboty czeka na skok we wrzatek. malina dumnie wywija widelcem i ozdabia kopytka dziurkami. maz w fartuszku w koziolki, pozyczonym od swojej piecioletniej corki. strasznie z siebie zadowoleni.
kobiety, nie dajcie sie oszukac. nawet facet, ktorego znacie 15 lat moze nagle pokazac nowa, nieznana twarz. prawdziwa?

ps: obiad – pycha. mniam. mniam.

wszystko w kropki.

maliny wlasciwie nie widac zza ospowej wysypki. strasznei ja zaatakowalo. podobno niektore dzieci przechodza to w postaci 10 krostek. mysle, ze malina ma ich kolo 300. naprawde. plakac mi sie chce jak ja widze. maz malowal ja dwa dni na bialo, teraz ja przejelam paleczke. niektore miejsca nie tylko ja swedza ale tez bola.
lekarze kaza nam sie trzymac od niej z daleka, bo oboje nie przechodzilismy ospy i nie jestesmy zaszczepieni. od cierpiacego dzecka nie mozna trzymac sie z daleka, wiec liczymy na szczescie. dzis w nocy malina obudzila sie z krzykiem, przyciskala raczki do klatki pirsiowej i panicznie plakal, ze boli ja serce. myslalam, ze oszaleje ze strachu. masowalam jej serduszko, potem tatus nosil ja po mieszkaniu az zasnela. dzis kupilam puder wysuszajacy jako czrodziejski pyl i malina jest biala po szyje. podarowlam jej tez czerwona sukienke w biale serduszka, bluzeczke w kropeczki i powiedzialam, ze teraz wszytsko ma w kropeczki. tak na poprawienie humoru. ale malina ma dzis swietny humorek i maluje jajka na wielkanoc.

pomieszanie.

z genialnym sushi, szampanem i wielkanocnymi zajacami jade do mojej klientki. mialysmy isc na kolacje w miescie, ale z braku opiekunki do dziecka zdecydowalysmy sie na kolacje u niej w domu. wieczor mily, ale czy bylybysmy takimi przyjaciolkami, gdyby nie byla moja klientka?
hamburg nie bawi mnie tym razem. jest meczacy. malina chora a ja gadam o jakichs idiotyzmach. licze godziny. jeszcze troche i lece do domu.