kiedy malina byla jeszcze klebkiem komorek pod moim sercem,
zastanawialismy sie co zrobimy jesli urodzi sie mezczyzna. chcialam,
zeby obrzezac chlopca zaraz na poczatku. nie ma to dla mnie zadnego
zwiazku z religia ani tradycja tylko higiena i estetyka. w ameryce sa
stany, w ktorych dokuje sie tego zabiegu automatycznie, chyba, ze
rodzice zastrzega przed porodem, ze chca inaczej. w niemczech wielu
znajomych nowo narodzonych chlopcow jest juz obrzezanych i bardzo mi
sie to podoba. moja mama jak uslyszala wtedy o naszych planach malo nie
dostala zawalu. potem urodzila sie malina i zapomnialam o tym az
ostatnio czytalam wpis, ktory mnie na to wspomnienie naprowadzil.
malinowe zycie towarzyskie
malina prowadzi bogate zycie towarzyskie. jest zapraszana i zaprasza. ja bylam dzieckiem podworkowym. chcialam do kolezanek, wychodzilam na podworko i kolo trzepaka zawsze jakas mialam do wyboru. zaraz wywijalysmy koziolki trzepakowe, gralysmy w krola skoczka albo ukladalysmy szklane sekrety z platkow cichcem wyrywanych kwiatkom sprzed figurki maryjnej na srodku podworka. to byl wyczyn wyrwac taki platek albo dwa, bo maryi w blekitnej szacie pilnowala przez okno dozorczyni.
malina i jej kolezanki odwiedzaja sie dzieki rodzicom – szoferom. jutro po przedszkolu wpadna blizniaki. dzieczynka jest ok, ale chlopak lobuz znany w przedszkolu i okolicy. ostatnio nawet udalo mi sie okielznac slynna katharine – ancymona z piekla rodem. jakiez bylo zdziwienie jej mamy, kiedy przyszla odebrac corke. przepraszajaca juz od drzwi mina ustapila minie zaskoczonej. malina i katharina bawily sie jak dwa anioly a ja musilam miec mine torreadora, ktory wyszedl zwyciesko z walki.
przed jutrem mam jednak troche stracha. blizniaki sa nielatwe. chlopak spuscil dzis we wszystkich toaletach przedszkolnych cale rolki toaletowe i zapchal kilka kibelkow. diabelek. maz obiecal byc juz o drugiej w domu. modle sie o slonce. kupilam nawet frytki. panie boze, to wszystko ze strachu.
everyday
dzien jak codzien. w szkole muzycznej malina nauczyla sie rysowac klucz WIKLINOWY, a na kolacje byla PANAMA szynka.
usmiech losu o po ranku czyli majtkowe perypetie w samym srodku tygodnia.
malina siusiu, ja wykladam jej ciuszki na dzis. malina sie ubiera, ja pod prysznic. ja wycieram wlasnie wlosy, malina z wyrzutem:
– ale dzis jest sroda!
– tak! – potwierdzam z lazienki, dumna, ze moje dziecko wyczuwa juz dni tygodnia dzieki powtarzajcemu sie planowi. dzis rytmika to dzis sroda.
– no to dalas mi zle majtki. bo tu jest napisane cos innego!
mysle, ze moge jeszcze poklamczuszyc, dopoki malina nie bedzie umiala czytac:
– skad wiesz, ze nie jest napisane mittwoch?
– bo tu nie ma zadnego M!
o kurcze. stoje mokra i zamurowana w lazience. moje dziecko literuje sobie wzorki na majtach. ratuje sie jak moge, bo nie chce mi sie szukac srodowych majtek:
– bo tam jest napisane po angielsku, wiesz?
tup, tup, tup. malina krokiem tupajaco-szuranym wkracza do lazienki w matkach i rajstopkach na wysokosci kolan.
– sama zobacz co jest napisane.
no dobra, przegralam. ale coz to! los sie do mnie usmiecha i ratuje moj autorytet matczyny! na trawiasto zielonych majtkach ze sniezka, kopciuszkiem czy innym czerwonym kapturkiem stoi jak wol: wednesday.
– no mowilam ci, ze to po angielsku! lensdej to sroda! – triumfuje.
malina zadowolona ubiera sie do konca i zjezdza na srodowo zamajtkowanej pupie po schodach na sniadanie.
cieple slowo.
cztery dni w berlinie. co taksowka to opowiesc. taksowkarze w monachium maja o sobie wysokie mniemanie, w düsseldorfie sa skupieni i jakby zajeci ciezka praca, zadumani i milczacy w hamburgu. w berlinie spotykam straszne gaduly, nasluchujace moich rozmow telefonicznych, udzielajacych mi bezplatnych informacji o swoim fascynujacym miescie, wkurzajacych sie na innych kierowcow, pokrzykujacych, glosnych i przejetych akcja "wioze te pania przez miasto". kiedys pomyslalam, ze to bylby niezly zbior krotkich opowiadan: taxi. podzielonych na miasta i na narodowsci. tym razem zapadl mi w pamiec pewien pers. wlasnie skonczylam rozmowe z malina po polsku i chcialam sie zastanowic nad planem mojego 30 minutowego postoju w hoteu: siusiu, wlosy od nowa, buty inne, kiecka ta sama, sprawdzic maile, zmienic torebke i nie zapomniec przelozyc do niej waznych rzeczy…
– czy pani wlasnie rozmawiala po polsku?
– tak.
– ja tez troche umiem. chcesz jajeczko na sniadanie?
– jajeczko!
opowiesc smetna o polce, ktora go omotala a potem bezdusznie zdradzila, ze az do dzis nie moze sie ze smutku pozbierac. motywy melancholijne, brutalne oraz sentymentalne.
– … i wie pani co? jest takie jedno slowo, ktore strasznie polubilem.
– jakie?
– ono znaczy cos zupelnie nierelatywnego, ale dla mnie brzmi jakos tak cieplo, przytulankowo (kuschelig) i miekko.
– jakie? – i domyslam sie jakichs misiow, jasiow, cycusiow i licho wie czego jeszcze.
– zelazko.
– z e l a z k o ???!!!
– zelazko.
kazda rybka spi w jeziorze.
– mamusiu, co bedzoe na kolacje?
– a co bys chciala?
– rybke.
– a jaka? – pytam maline, ktora dobrze zna sie na rybach i chetnie dyskutuje ze sprzedajacym w srody i piatki niemal juz zaprzyjaznionym sprzedawca owocow morza. mysle, ze temu panu zawdzieczam malinowe zainteresowanie rybami i wieczny na nie apetyt. ten pan ma na nia sposob. nie karmi jej gumowymi misiami jak w piekarni, ani kawalkami kielbaski jak u rzeznika, ani marchewka jak na targu, ani lizakami jak w mazynie napojow. ten pan ma zawsze cos do powiedzenia na temat stroju malinowego i niezmiennie nazywa maline ksiezniczka. a ksiezniczka wdziecznie pyta czy jest jeszcze tunczyk, bo losos to troche jej sie znudzil. no wiec pytam jaka rybke by chciala, absolutnie retorycznie, bo nie mama takiej opcji na kolacje. jest poniedzialek.
– kazda.
– kazda rybke? jak to?
– no mowilas w sklepie, ze ja lubie kazda rybke a ja nie wiem ktora to jest. to sprobuje.
lubie berlin.
kolejne adc w berlinie. kolacja w genialnej restauracji. ktorej nie znalam: grill royal. szyk, ktorego nie ma w monachium. w monachium jak drogo to sztywno. a my wparowalismy roboczo, bez wieczornych strojow i szef restauracji byl zaszokowany naszymi sportowymi butami i diesel’em. pamietajac porazke w cannes, gdzie do szykownego klubu nie wpuscili nas bo klientka nie miala odpowiedniegio obuwia, zawolalam do szefa sali, ze my z filmu i od razu poprosimy rozowy möet na dobry humor i zeby sie nie nudzic czekajac na reszte. w monachium by ten numer nie przeszedl. w berlinie owszem. i dlatego uwielbiam to miasto. szalelismy jedzeniowo i trunkowo. a potem pojechalismy na party stern’a w jakims cudownym muzeum. genialne coctaile, super muzyka, zachcialo mi sie tanczyc. jesli w tej branzy jest ktos, komu udalo sie w ameryce, czyli tam gdzie powinno sie udac, zeby mowic o miedzynarodowej karierze, kto jest kultowy, znany poza branza i ma jedno oko zielone a drugie brazowe i wszystkim trzesa sie nogi jak maja szanse z nim porozmawiac, to jest ralf. a traf chcial, ze stalam obok. znamy sie od lat. i jakos mnie naszlo:
– ralf, tanczysz?
– tancze. z toba.
– o jezu naprawde? jutro bede slawna.
– albo ja!
dolaczylismy do podrygujacego tlumu, ktory jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki … zniknal. nie zawsze mozan zobaczyc tego faceta w tancu. zostalismy we dwoje na srodku. na szczescie tanczyc akurat umiem, ze tak powiem z powodow zawodowych w przeszlosci, wiec machnelam sie z lekka i potruptalam do rytmu.
– du kannst ja tanzen. das wusste ich nicht. – rzuca ralf.
– ja. das kann ich. – kiwam glowa do rytmu.
nigdy wiecej!!!
w sobote tak zabalowalismy u sasiadow, ze wczoraj maz caly dzien ratowal mnie rumiankowa herbata, czarna herbata, a wieczorem chudziutkim rosolem. przyrzekam, ze dlugo nie tkne zadnego alkoholu. ani kropelki. caly dzien lezalam w lozku, czujac potrzebe pojscia do lazienki i oddania swiatu co wchlonelam na przyjeciu ale kazda proba wstania konczyla sie bezsilnym padnieciem na lozko. wieczorem dostalam skretu kiszek chyba, co przypominalo bole porodowe az maz chcial wzywac pogotowie. juz dawno sie tak nie nacierpialam. ale nie ma wspolczucia dla pijakow. amen.
teatr domowy.
wezwalam lekarza, bo moja mama nie mogla sie z bolu ruszac. nie mogla sie podniesc, przewrocic na drugi bok, miala trudnosci z mowieniem. spuchla jej twarz i bylam lekko zestrachana, ze to cos powaznego a nie zwykla hipochondryczna napasc. mama orzekla, ze ma miesaka, czyli raka, na ktorego umiera sie szybko i w takich wlasnie bolach. alarmujaca lampka zapalila mi sie na chwile, jak rzeczowym, nieznoszacym sprzeciwu tonem spytala czy przynioslam swiezy recznik dla lekarza. zaraz potem padla niemal zemdlona na poduszki a kilka minut potem lezala bez ruchu tak, ze serce mi stanelo kolkiem z przerazenia. lekarz orzekl bronchitis i na wszelki wypadek podal trzydniowy antybiotyk, gdyby w opuchnietym gardle zebraly sie bakterie. nakazal spokoj i zabronil podrozy do polski, zeby zapalenie oskrzeli nie przerodzilo sie w zapalenie pluc. rano pomagalam mamie pojsc do lazienki. nie mowi, tylko steka, dyszy i sapie. pod nasza dzienna nieobecnosc umyla wlosy, uprala i uprasowala dwie pralki, ale jak wrocilam znow byla na skraju przepasci. na prosbe mamy dzwonie do sasiadki, ktora opiekuje sie jej mieszkaniem, zeby sie nie martwila pozniejszym powrotem, mama ma bronchit i lekarz zabronil podrozy z powodu grozby zapalenia pluc. jeszcze nie skonczylam telefonowac, kiedy kolo mnie stala mama wsciekla jak burza gradowa:
– bronchitis? b r o n c h i t i s?!!! to jest w polsce katar, rozumiesz???!!! a ja mam ciezka grype! cos ty jej powiedziala! na grype umiera wiecej ludzi niz w wypadkach samochodowych!!!
probowalam wytlumaczyc, ze kazdy na swiecie, wie czym jest bronchitis, ze jest to choroba ciezka i sasiadka byla szczerze przerazona i zmartwiona. niestety mama wyglosila monolog na temat mojej glupoty, ktora mozna bylo u mnie rozpoznac juz w dziecinstwie i niestety nic sie nie zmienilo po tylu latach. obiecalam, ze jutro zadzwonie do sasiadki i powiem, ze mama umiera na miesaka. to bedzie brzmialo wystarczajaco groznie. i zeszlam na dol. mialam gotowac rosolek na wzmocnienie, ale odechciewa mi sie wlasnie zyc.
nie wiem co to jest.
czekam na pogotowie. moja mama lezy bez sil w lozku, ma goraczke i spuchla jak chomik. cale cialo obolale, jeczy z bolu. a swinke przechodzila w dziecinstwie.