jestem dorosla.

jesli nie zadzwonie do mojej mamy, ona tego nie zrobi. to taki jej prywatny sposob na dawanie do zrozumienia: jestem szczesliwa, a wy wszystcy nie jestescie mi do niczego potrzebni. czasami sie wkurzam i nie dzwonie – jak tym razem – ponad miesiac. i wiem, ze gdybym nie wykrecila warszawskiegio numeru, moze nie rozmawialybysmy rok, moze dwa. wczoraj znow postanowilam byc madrzejsza. dzwonie i jak zwykle rozmowa zaczyna od sie od tekstu, ktory znam na pamiec:
 – to nie do pomyslenia, zeby nie zadzwonic do wlasnej matki przez miesiac.
 – wiesz, ze za dwa miesiace skoncze 40 lat? czy mozesz z okazji moich urodzin zmienic ten tekst? i rozmawiac ze mna jak z doroslym czlowiekiem?
potem jak zawsze wysluchalam nowinek: kto umarl, kto choruje i ktora z moich kolezanek ma wlasnie genialna sesje zdjeciowa (slicznie wyglada, prawdziwa gwiazda, wiesz?) w poczytnym magazynie a ktory z bylych narzeczonych zeni sie z pompa i cala polska o tym gada. ostatnio uslyszalam, ze poza fizyczna istnieje przemoc psychiczna. takie psychiczne wyzywanie sie na kims za wlasne niepowodzenia i frustracje. przez pol godziny mruczalam w sluchawke: mhm, tak, mhm, tak. po czym wypilam piwo i poszlam spac.

szczera odpowiedz.

– jak wyszlam z twojego brzuszka?
– normalnie. – na trudne pytania mozna czasem odpowiedziec trywialnie i czesto tak sie ze sprawy wywinac. nie zawsze dziala:
– normalnie? przez buzie czy tam gdzie wychodzi buleczka?
– niedaleko tam gdzie buleczka.

mlodsza przyjaciolka.

wszystkie ulubione malinowe przyjaciolki sa przynajmniej o rok starsze. malina jak sosna wysoka jest i gibka, wiec fizycznie nie widac roznicy. takze rozumek bystrej, dwujezcznej, piecioletniej dziewczynki niezle nadaza za umyslem kolezanek, ktore juz chodza do szkoly. tylko z uczuciami nie daje sobie malina rady, z zazdroscia, presja konkurencji, szerokimi horyzontami i wiedza tajemna (jak na przyklad fakt, ze jak kogos zamknac w jaskini pod ziemia to z ciemnosci, zimna i z glodu zblakany w koncu umrze i nikt go nie znajdzie. na to malina nie wie co odpowiedziec, bo tak daleko jej mysli jeszcze nie docieraja). dlatego taka przyjaciolka jak marlene jest balsamem dla malinowej duszy. odpoczynkiem. radoscia sama. marlene jest mlodsza o rok, nature ma wesola i pogodna a wszystko co ma do powiedzenia o zyciu, malina juz wie i to wprawia maline w swietna humor. dziewczynki potrafia sie bawic trzy godziny w zgodnej harmonii jak akord do-mi-sol. malina husta marlene w ogrodzie i macha do mnie raczka:
– mamusiu, popatrz! teraz jestesmy prawdziwa rodzina: ja hustam moja mlodsza siostre a ty robisz sobie kawke!!!
bardzo przyjemne rozdanie rol. pol godziny pozniej marlene z panika w oczach leci do toalety. prozny pospiech – kawalek kupki laduje na podlodze, troche w majtkach reszta niezdarnie wycelowana pluska do kibelka. malina kwitnie! jest wniebowzieta i zachwcona:
– mamusiu! marlene zrobila buleczke!!! ja sie nia zajme! – trzaska mi przed nosem drzwiami od talety i slysze jak pociesza zalamana marlene:
– marlenchen, nie martw sie. kazdemu moze sie zdazyc. jak moja mamusia byla mala to nawet zrobila kupke w lozku! – kiedys przytoczylam malinie te historie na pocieszenie, ale czy musi rodzinne tajemnice z poprzedniego wieku tak publicznie obnazac? wkraczam do lazienki i myje, czyszcze i dezynfekuje co sie da: podloge, toalete, dziecko. malina przynosi swoje najladniejsze majty:
– o zobacz co tu dla ciebie znalazlam. sliczny dziewczecy roz. i kropeczki!!! – jakby marlene wiedziala co to znaczy: "kropeczki". potem wymyte, odswiezone i usmiechniete ida piec nastepne babki piaskowe. i ten dzien jest piekny.

tylko spokoj moze mnie uratowac.

lekarz powiedzial, ze jestem bomba streptokokowa, wiec od trzech dni leze w lozku i staram sie nie wybuchnac. malina przyniosla sobie do mojej izolatki krzeselko i od czasu do czasu przynosi wiesci ze swiata. siada i opowiada. tryska humorem, bo zycie w pojedynke z tatusiem to jest nieustanna jazda karuzela i wolnosc bez granic. tatus nie wyplatuje jej noca z czerwonej sukienki w biale kropki, ktora malina cichcem wciaga na pizame jak juz wszyscy spia, tatus nie krzywi sie na rastopki zalozone na lewa strone, pozwala oblizac palce po dzemie truskawkowym i zalozyc ulubiony plaszczyk do niepasujacach spodni, wpiac 8 roznych spinek we wlosy i tak isc po bulki. leze, nic nie mowie i staram sie zarazic jej radoscia a nie zarazic jej bakteriami, ktore we mnie grasuja, a ja grasuje po roznych dziennikach i sie wymadrzam zamiast przeczytac porzadna ksiazke.

skradzione zycia.

wszedzie wiadomosc o austrii. o mezczyznie, ktory ukradl zycie wielu ludziom, regularnie gwalcil swoja uwieziona corke w piwnicy. bardzo medialny przypadek, bo lepszy niz scenariusz kasowego trillera. o ilu takich tragediach nic nie wiadomo? nauczyciele, sasiedzi – wiedzieli albo wyczuwali cos. nie zrobili nic. a ja? czy bym cos zrobila? czy szukalabym rozwiazania dla moich watpliwosci?

wszystko ma swoj poczatek w glowie.

pamietam jak malina pierwszy raz wyprodukowala do pieluchy cos o stalej konsystencji. akurat przewijal ja tatus, ktory uradowany wpatrywal sie w to brazowawe cudo jakby malinie z pupy wypadl diament:
 – no zobacz! zobacz jaka sliczna buleczke upiekla!!! – nie mogl wyjsc z zachwytu.
odtad kupiszony nazywane sa u nas w domu buleczkami i tak to sie przyjelo, ze kolezanki w niemieckim przedszkolu robia buleczki i pani dopiero niedawno zapytala co to znaczy po polsku: buletschka machen. przez piec lat malina dzielnie i dumnie produkowala buleczki roznego koloru, wielkosci i chetnie opowiadala o swoich wyczynach: wielka taka jak dom! ojemini, mamusiu uciekajmy, bo smierdzi jak nie wiem!!! ani kolek, ani obstrukcji ani zadnych klopotow. na tematy toaletowe pozwalilismy malinie sie wypowiadac pod warunkiem, ze nie siedzimy przy stole. potem przyszla ospa i mimo bolesnych krostek, malina nie miala zadnych klopotow. potem ospa prawie przeszla ale przyjechala babcia i dwa razy dziennie wysylala maline do toalety. zmuszala ja, kazala jej siedziec na kibelku a wszelkie proby mojej interwencji konczyly sie klotniami, ktorych probuje przy malinie unikac. pomyslalam, ze babcia wyjedzie i bedzie ok. ale babcia zachorowala i byla u nas 3 tygognie. i malina przestala chodzic do toalety. nawet wspomnienie o lazience przyprawialo ja o lzy. nie musi, nie musi, nie musi. a brzuszek boli. ale nie musi.
nie musi? robi w majty. raz, drugi, trzeci a jak w toalecie to poci sie z bolu, skreca, wije i placze wnieboglosy. przebadalysmy wszytko. dziecko zdrowe jak ryba. pojechalysmy daleko do poleconej nam pani doktor-homeopatki. pani porozmawiala z malina, pomasowala jej brzuszek, opowiedziala, ze boli, bo je za duzo jabluszek i pije za duzo mleka, dala "czarodziejskie" lekarstwo. malina jak nowa. wszystko minelo jak zly sen. wszystko to bylo w glowie. wiekszosc chorob zaczyna sie w glowie, mowi pani doktor. to ta sama, ktora powiedziala, ze malinowe serduszko nie bije ale lopoce i zeby z nim ostroznie obchodzic. jestem jej wdzieczna. nawet nie umiem napisac jak bardzo.

pojde. pojde.

w poczekalni u lekarza wpadl mi do rak psychologiczny tekst. ponizej 13 punktow powinno sie zglosic do lekarza, poprosic o skierowanie na terapie lub od razu isc do psychologa. ponizej 13 punktow ma sie depresje. zebralam 5 punktow.