dzieki konspiracji telefonicznej wiem, ze malina w koncu znalazla prezent dla tatusia. zaaferowana wola do sluchawki:
– mamusiu! ich habe…
– malineczko, uwazaj, bo tatus slucha a to ma byc tajemnica!!! – smieje sie.
wiec malina poufnym szeptem:
– mamusiu… ich… habe…
– wiesz co? mow po polsku.
– mamusiuuuu, kupilam tatusiowi prezent.
– taaaak? a jaki?
– kupilam statka.
– statek? no to pieknie. piekny prezent.
– statka. tak. a sobie kupilam mala latarnie morska. z kamieni. rozowa.
– taaaaak? a dla mnie tez cos kupilas?
– ….hmmm… nie… mmmmmm, ale mozemy podzielic sie latarnia morska. jak chcesz to mozesz ja tez troche uzywac, wiesz?
swietowanie.
swieto. mialam dzis lezec na lezaku i czytac. ale wczoraj do do polnocy szukalam mojego rezysera i producenta po swiecie. dzis rano wyciagam ich telefonicznie z lozek i zmuszam do wzajemnej komunikacji zeby o 14 zagnac do walki o projekt. agencja siedzi w düsseldorfie i nie ma swieta, wiec nie widzi problemu. bezboznicy. dziwia sie czemu rezyser jeszcze nie przeczytal skryptu. no to po co podpisywalam umowe o tajemnicy? no zeby rezyser dowiedzial sie o co chodzi jak przyjdzie pozwolenie z agencji. mialo przyjsc w czwartek, przyszlo wczoraj wieczorem a juz godzine pozniej agencja dziwi sie… niech sie dziwi. niech sie zadziwia na smierc. czuje sie jak pasterz, ktory probuje zagonic owce do zagrody. a kazda owca opieszale, leniwie i bez sensu probuje pojsc w inna strone.
nie wiadomo.
– mamusiu, moge sobie kupic latawiec?
– nie tam. po co ci latawiec?
– do latania po wiatru!
– ale masz juz jeden.
– ale ten jest z krolewnami! jak chcesz to ci troche dam polatac.
tatus przejmuje sluchawke.
– tatusiu, moge sbie kupic latawiec.
– oczywiscie. jaki?
– kwadratowy.
dopiero po odlozeniu sluchawki okazalo sie, ze wersje sa odmienne. czyli albo malina kupi dwa latawce, albo latawiec kwadratowy w krolewny.
klejnoty.
– mamusiu, kupilam sobie piekny naszyjnik.
– tak? jaki?
– swiecajacy!
plan: przelozenie planu na pozniej.
mojito. i jeszcze jedno. platanie sie wieczorne po uliczkach monachium. i wino w ogrodzie. zajmowanie sie planem przekladam na wrzesien. najpierw wakacje. dzis oglosilam, ze przynajmniej na jeden tydzien wylacze komorke kompletnie. na dzwiek telefonu dostaje skurczu zoladka i nawet zmiana dzwonka nie pomogla. jestem zmeczona.
czekanie.
– bylam wlasnie w twoim pokoju. twoj misiek polarny bardzo teskni za toba.
– a amelion tez teskni?
– tez.
– a amelia?
– tez.
– jak jeszcze raz wyjade to zabiore amelie i ameliona.
i pokoj czeka odmalowany na bialo i jedna lylowa sciana i nowy regal i mamusia i tatus. caly weekend malowalismy, ustawialismy, wieszalismy, ukladalismy.
plan.
tydzien temu w berlinie przegadalam z przyjaciolka cala noc. omowilysmy plan sprzed dwoch lat, zmodyfikowalysmy go, odjelysmy troche ryzyka, dolozylysmy dwa lata doswiadczen. niestety nastepnego dnia, po otrzezwieniu nadal uwazalysmy, ze plan jest optymalny. dwa dni pozniej opowiedzialam o tym mezowi przy cudownej wloskiej kolacji. ku mojemu przerazeniu zamiast mnie wysmiac jak dwa lata temu, maz z blyskiem w oku pochwalil mnie za genialny plan, dolozyl dwa pomysly i przyznal, ze jest pod wrazeniem. dzis opowiedzialam o tym mojej klientce-przyjaciolce. ona jest za. totalnie za. upilysmy sie na to konto. i teraz to juz naprawde jestem w rozterce. tesknie za weekendem, zeby odpoczac od myslenia.
na lotnisku z rana.
jeszcze pol godziny do samolotu. ide sobie ogladac ksiazki. ktos podchodzi z tylu. strasznie blisko. dotyka moich ramion. setna sekundy przemyka mi mysle, ze to maz, ale maz daleko, wiec ktos chce mnie okrasc lub zabic. przestraszona odwracam sie gwaltownie, ksiazki malowniczo sfruwaja na ziemie. natychmiast zjawia sie ochrona lotniska. przede mna stoi moj szef i ma strasznie glupia mine. to mial byc zart a zrobila sie afera. musialam tlumaczyc ochronie, ze znam tego pana i ze nie chcial mnie mnie okrasc. po czym nasze drigi sie rozeszly: ja lece do hamburga, on do londynu. jestem obudzona, nawet nie potrzebuje drugiej kawy.
tesknota
– u pani karoliny ucze sie tancowac. – relacjonuje malina.
na helu goraco:
– skakam po falach, mamusiu!
poszly dzis kupic powrotny bilet. malina poplakala sie, bo myslala, ze juz wyjezdzaja. nazbieraly kamyczkow, zeby zobaczyla ile jeszcze dni zostana nad morzem. to ja uspokoilo. a co wieczor chce dzwonic, zeby mamusia przyjechala. i ciesze sie i smuce. za dwa tygodnie sardynia, olbrzymi prom, znow morze, ale cieplejsze, dzieci gadajace po wlosku. trzy tygodnie moze sobie malina skakc, latac robic co chce. ale pierwsze dwa dni musi ze mna siedziec i sie przytulac. czy chce czy nie. ja tu rzadze.
obiecanki cacanki.
skoro swit lece do hamburga. w piatek z hamburga na spotkanie do sztokholmu. tylko trzy godziny i zurück. lepiej bym skoczyla do maliny na hel. jestem strasznie zmeczona. makaron mi napisala, ze gdyby miala moja prace to zostalaby alkoholikiem, bo boi sie latania i bez picia nie poleci. za kazdym razem kiedy startuje samolot obiecuje sobie, ze juz niedlugo dam sobie spokoj, ze to nie jest zawod dla mnie. i tak juz sobie obiecuje kilka lat.