po dwoch godzinach w chlodzonym basenie usta maliny staja sie jagodowo – lylowe z tendencja do czerni. zeby dzwonia jak dzwony w kosciele. cale sine cialo drzy.
– malina! wylaz w koncu z wody!!!!
– juz?
– natychmiast!
– dopiero co sie rozkapalam i od razu musze wychodzic…
muszka.
– mamusiu, kobiety sa piekniejsze niz panowie.
– no nie zawsze. a tatus?
– tatus? no tak. jest tez ladny. tatus. tak. ale inni nie sa tacy ladni jak kobiety, prawda?
– no nie wiem. niektore kobiety sa piekne i niektorzy mezczyzni sa piekni.
– ale kobiety sa zawsze ladniejsze.
malina zamysla sie i po chwili dodaje jeszcze:
– no i jeszcze panowie sa ladni co sie zenia.
– co sie zenia? – pytam zaskoczona.
– tak. co sie zenia.
– a dlaczego?
– bo nosza tu takie kokardki – malina wskazuje pokazuje paluszkiem szyje.
++++++++++++
kilka dni pozniej w restauracji. kelnerzy w czyms w rodzaju smokingow z muszkami:
– o, zobacz ten pan jaki ladny. z kokardka!
brak gruntu pod nogami.
– mamusiu!!!!!
– widze!
– mamusiuuuuu!!!
– widze!
– mamusiuu!!!!!
– widze!!!!!
– plywam!!!
– widze!!!
– mamusiu! plywam!!!!
– widze!
– ale bez podlogi! widzisz?!!!!
wakacje.
calkiem niespodziewanie zwykla kolacja w ogrodzie zamienila sie w magiczny, pelen wzruszen wieczor. zrobilo sie ciemno, zapalilismy swiece, malina biegala po krzakach z latarka i szukala jeza. bez skutku. wino, cieply wiatr, tatus spozniony z powodu korkow i nastepne wino. wyciagnelam z piwnicy mini – fajerwerki a babcia z malina zaprezentowaly cala rymowana bajke o kopciuszku. dlugi wiersz pelen trudnych slow (stangret, splonione lica, pasuje jak ulal) z gestykulacja i intonacja. tatus malo nie zjadl tego dziecka na zakonczenie. moja malinka a jednoczesnie odrebny, interesujacy, piekny czlowiek.
dzis wieczorem zadnych recytacji i zabaw do polnocy. skladanie, pakowanie, upychanie i pewnie szukanie ostatnich drobiazgow a skoro swit wyruszamy w droge. najpierw noc na promie potem piekna podroz kretymi drozkami do celu: zagubione wsrod wzgorz miejsce na skraju morza. nieodkryta przez turystow kilometrowa plaza z piaskiem jak maka i druga pelna kamieni glaszczacych oblosciami dlonie. trzy tygodnie na sardynii. pewnie piersze kilka dni bede dusza w monachium ale potem dam sie poniesc rytmowi fal, wiatru, muzyce, smakowi wina. bedzie dobrze.
body shop
tak sie krecimy z mama i szukamy pewnej maseczki porzeczkowej. kupujemy maseczke miodowo-chmielowa z powodu genialnego zapachu, szczotke na cellulitis, bo najlepsza na swiecie, krew witaminowy, bo taki rozowy. no i tak sie jezcze rozgladamy. a za nami caly czas drepcze pani sprzedawczyni i ciagle mnie zapewnia:
– ale slodka dziewczynka! no jaka milutka! sliczne dziecko…
przechodzimy do czesci z kosmetykami do wlosow. a pani za nami i nie moze sie malinie nadziwic:
– ale ona fajna!
– no tez tak uwazam. – zgadzam sie uprzejmie.
zbieramy jeszcze kilka drobiazgow i i dziemy placic. pani odprowadza nas do kas y i orzy kasie zaczyna wymyslic czym by maline uszczesliwic. mydelko rumiankowe. kokosowy blyszczyk do ust.
– a jaki zapach lubisz najbardziej? waniliowy? truskawkowy? malinowy?
malina zastanawia sie krotko.
– malinowy, bo mamusia mowi do mnie malinka. ale po polsku. – dodaje jeszcze. pani nalewa jej wiec do buteleczki malinowy plyn do kapieli, do pudeleczka krem malinowy do ciala. w kolejce nikt sie nie niecierpliwi, bo dyskutuje z malina i wszyscy sie smieja. mowie:
– ojej o jak sie tak malinowo wykapiesz i nakremujesz to tatus cie nie pozna! pomysli moze, ze to jakas malinka lezy w lozeczku?
– taaak! – smieje sie moje dziecko rozowe, ale zaraz dodaje na powaznie: – ale powiesz mu, ze to ja?! tak?
w domu.
rozpakowujemy skarby znad morza. kamyki, muszelki, pocztowke z piaskiem. jakis dziwaczny zegarek.
– to jest od rubiku.
– od czego?
– od rubiku. bo chodzilam do rubiku
– do czego?
babcia podpowiada:
– na aerobik.
z namaszczeniem malina wrecza statka tatusiowi a tatus – ktory nienawidzi bibelotow – z namaszczeniem stawia sobie to cudo na biurku.
– a teraz – szepce przejeta malina – dla nas mamusiu. latarnia morska
i malina wyplatuje z bibulki malutka latarnie.
dostaje takze zielone kamienne serduszko po czym malina pada na sofe i zaczyna okropnie plakac. nie wiadomo o co chodzi. nic nie boli a dziecko az nie moze zlapac oddechu od placzu. nic nie pomaga. w koncu przytulam ja i mowie zeby mnie mocno przytulila. bardzo mocno. ze wszystkich sil. pomaga. stawiam na stol zupe dyniowa. malina kreci glowka:
– za malo…
dokladam. po kolacji dziecko pada i zasypia w trzy minuty.
z nowosci w przemalowanym pokoju z lylowa sciana, z nowym regalem, z nowa posciela najbardziej podoba jej sie papierowy listek z zakonczenia oprzedszkola sprzed miesiaca.
– no ciagle go szukalam! myslalam, ze zginal.
zu wege bringen
Kennst Du das Gedankenspiel mit 10 Minuten, 10 Tage, 10 Monate, 10 Jahre*?
Du stellst Dir eine Situation vor
– die, in der Du steckst
– oder die, für die Du Dich entscheiden könntest
und dann überlegst Du, wie es Dir geht in den verschiedenen Zeitabschnitten (*).
ich habe drei wege. alle sind gut.
malinowy powrot.
czuje sie jak kiedys przed gwiazdka. jutro o 2 wsiadaja w samolot i leca. przyleca wreszcie. jutro przed kolacja malina starym, rocznym juz zwyczajem powie: segne vater diese speise… i swiat wroci do swojego rytmu.
po slubie – dunska nominacja do oscara
wrzyna sie we wszytskie rany, leki, niepokoje. "po slubie" to film, ktory wyrezyserowala kobieta: susanne bier. juz dawno, dawno nie widzialam filmu, ktory tak by mnie poruszyl. pierwsze zadanie na jutro: odszukac te dunska rezyserke. wszystko mnie boli od tego filmu i jakas oczyszczona jestem. i plakac mi sie chce i smiac. i meza kocham i za malina tesknie i ciesze na jutrzejszy dzien, na prace, na ogrod, na niepogode. choc czuje, ze ten dzien jak wszystkie inne nie ma sensu. wszystko znaczy wszystko i jest niczym. uwazam, ze to powinien byl byc oskar za zagraniczny film. dla mnie jest.
ale sie smieje.
– tatusiu, mam dla ciebie prezent, ale ci nie powiem co bo… to jest ….prezent!
– niespodzianka? tak?
– tak!
– mamusiu?
– tak?
– a dla ciebie mam NIC!
– oj… to chyba jestem smutna….
– nie smucaj sie, bo wiesz, ze my mamy laternie morska. rozowa! nie placz co?
– nie placze!
– slysze, ze placzesz.
– nie! nie!
– nie plakaj. jak chcesz to ci dam ta latarnie. rozowa jest!