tak sie krecimy z mama i szukamy pewnej maseczki porzeczkowej. kupujemy maseczke miodowo-chmielowa z powodu genialnego zapachu, szczotke na cellulitis, bo najlepsza na swiecie, krew witaminowy, bo taki rozowy. no i tak sie jezcze rozgladamy. a za nami caly czas drepcze pani sprzedawczyni i ciagle mnie zapewnia:
– ale slodka dziewczynka! no jaka milutka! sliczne dziecko…
przechodzimy do czesci z kosmetykami do wlosow. a pani za nami i nie moze sie malinie nadziwic:
– ale ona fajna!
– no tez tak uwazam. – zgadzam sie uprzejmie.
zbieramy jeszcze kilka drobiazgow i i dziemy placic. pani odprowadza nas do kas y i orzy kasie zaczyna wymyslic czym by maline uszczesliwic. mydelko rumiankowe. kokosowy blyszczyk do ust.
– a jaki zapach lubisz najbardziej? waniliowy? truskawkowy? malinowy?
malina zastanawia sie krotko.
– malinowy, bo mamusia mowi do mnie malinka. ale po polsku. – dodaje jeszcze. pani nalewa jej wiec do buteleczki malinowy plyn do kapieli, do pudeleczka krem malinowy do ciala. w kolejce nikt sie nie niecierpliwi, bo dyskutuje z malina i wszyscy sie smieja. mowie:
– ojej o jak sie tak malinowo wykapiesz i nakremujesz to tatus cie nie pozna! pomysli moze, ze to jakas malinka lezy w lozeczku?
– taaak! – smieje sie moje dziecko rozowe, ale zaraz dodaje na powaznie: – ale powiesz mu, ze to ja?! tak?