dopiero sie zaczynaja. nasze swieta.

dopiero teraz bierzemy sie ze swietami za bary. malina po trzech dniach antybiotyku wciaz kaszle, ale juz smieje sie i dokazuje. w wigilie pila tylko wode, nie tknela nawet barszczyku, paczki pod choinka ja zachwycily, ale na rozpakowywanie nie miala sily. kilka otworzylysmy razem, ale w polowie ceremonii malina zapytala czy moze juz do lozeczka. ulozylismy ja jak krolewne na sofie kolo choinki i tak sobie jedlismy a malina podsypiala, zmeczona kaszlem. dzis rano wsadzilam w samolot do warszawy mame, wiec cisnienie spadlo. niestety jej naburmuszona, cierpietnicza mina i wymowki, do czego ja to biedne dziecko doprowadzilam oraz ostentacyjna ignoracja swiatecznych smakolykow poza jej wlasnymi pierogami sa zwyczajnie nie do zniesienia. dla wytchnienia bylam trzy razy w nowiutkim fitnessie, do ktorego zapisalismy sie w ramach nowrocznych postanowien. wyplywalam sie w basenie, wypocilam w saunie, podrzemalam na podgrzewanym lozu wodnym. odpoczelam. w ramach eksperymentu poszlam na kurs tanca brzucha (w programie obok jogi, kixboxingu i stepu). wprawdzie nie mam chusty z cekinami na biodra, ale najwazniejszy rekwizyt: brzuch. godzinne machanie pupa, oddzielnie bruchem a oddzielnie piersiami wcale nie jest latwe, ale maz wspiera mnie komplementami i namawia do kontynuacji:-) jutro jedziemy przebadac malinowe plucka i dowiedziec sie, czy mozemy pojechac na narty za tydzien czy nie. czeka na nas malownicza chata wysoko w alpach. dzis malina caly dzien lezala na dole w pierzynach a my cos tam gotowalismy, pilismy, czytalismy, gralismy w czarnego piotrusia. tak sobie zylismy jak przez caly rok marzymy. zadowoleni jak nie wiem co.

malina kandynska

w samym sercu monachium. stoi juz grupka rozesmianych dzieci, przemila pani rozdaje im czerwone czapki z daszkiem, znak przynaleznosci. kilkoro dzieci dezerteruje z placzem, bo nagle uswiadamiaja sobie, ze cala impreza jest bez rodzicow. o nie! co to to nie! a zdenerwowani rodzice nie bardzo wiedza, co zrobic w takim razie z trudno zdobytymi biletami. malina dyskutowala jeszcze w samochodzie: ten pan bedzie sam pokazywal swoje obrazki? nie. nie bedzie. to jest wystawa jego obrazow, ale on zyl dawno temu i to jest wlasnie to co po nim zostalo: piekne obrazy i mozna je teraz podziwiac w monachium.
 – ciekawe czy umial tak malowac krolewny jak ja.
 – no ciekawe. – wydaje mi sie ze kandinsky nie malowal krolewien, ale moze sie myle? moja domena jest muzyka, malarstwo wprowadza do naszego zycia malina. nowe tereny. maliny nie deprymuje fakt, ze w grupie sa glownie 10-latkowie. ruszaja. lapie za reke pierwszego sasiada, macha nam lapka i maszeruje do najpiekniejszego muzeum w monachium: lenbach haus. a my idziemy na piwo do park cafe, sluchamy jazzu i nerwowo spogladamy na zegarek a ja sie martwie: ona chyba za mala na takie cos. kurcze. kurcze. poltorej godziny mija szybko na szczescie. na omowionym miejscu jestesmy pierwsi, powoli schodza sie inni rodzice. wreszcie sa! malina usmiechnieta od ucha do ucha, macha swoim dzielem sztuki.
 – a co to jest?- pytam
 – no mosko!!!
 – mosko???
 – tam co sie urodzil kandinsky. mosko! – tlumaczy.
aha. moskwa. kartka pelna jest kolorowych papierkow. jedne naklejone dokladnie, inne wystaja co sprawia, ze salosc jest trojdymecjonalna i abstrakcyjnie balaganiarska. wsiadamy do samochodu. malina troche rozczarowana: do domu? myslalam, ze pojdziemy do restauracji? idziemy wiec na sushi. jemy pysznosci a w oczekiwaniu na kolejne smakolyki wypytujemy maline o wystawe i przegladamy katalog. nagle malina sie podnieca i pokazuje zdjecie obrazu "moskwa":
 – no! zobacz! prawie jak moj!
o kurcze. no prawie. prawie.

januszek

jeszcze cos tam ukladam w lazience, kiedy malina juz pachnaca i czystozebna buszuje w regale w poszukiwaniu wieczornej bajeczki. normalnie komentuje glosno swoje rozwazania oraz wybor a teraz jakos cicho wiec wolam:
 – wybralas juz?
 – tak.
 – a co?
 – o januszku!
o januszku nie znam. o julce i julku, o meli, o kubusiu, o glupim jasiu, o karolci, o lottcie ale o januszku nie! ide zaciekawiona a malina siedzi juz w lozeczku i sciska w rekach rymowana bajke o… janosiku.

malinowy lisek.

wiecziorem obszylam skorka lisia kapciuszki, opaske na wlosy z dwoma brazowymi uszami, na rozowym sznurku zamontowalam lisia kitke. dzis malina miala przedstawienie w szkole muzycznej i pani powiedziala podobno, ze ma byc liskiem, wiec moze by przygotowala jakies uszka albo ogonek. pomyslalam, ze jak w tamtym roku beda odgrywac instrumentami rozne zwierzaki. zdziwilo mnie wiec bardzo, ze w rozgoraczkowanej przed wystepem grupie byly same anioly. co sie mojemu dziecku pomylilo? no nic i tak za pozno, siedze na widowni, cholera mna ciska (ale o tym wpis osobny, bo nie chce tego wrzucac do jednego wora z tym milym wpisem) i troche sie martwie tym strojem. ale wszytsko jest wedle planu. najpierw dzieci choralnie wykonuja piesni bozonarodzeniowo – sniegowo – mikolajowe a potem odgrywaja spiewana scenke i … malina gra tam glowna role. stapa na paluszkach, kreci raczkami (choc wystep flamenco dopiero jutro ale jakos to do tego liska pasuje), znajduje niby to spiacego mikolaja, cos tam do niego mowi (nie wiem co bo ryczalam, ale nagralam na film, wiec potem zobacze) a potem prowadzi anioly do mikolaja i zacheca je do wspolnego tanca. oklaski, uklony, mikolaj rozdaje cukierki. malina prosi o dodatkowy cukierek dla przyciolki, specjalnego goscia, ktory wystrojony siedzi obok mnie. w podskokach przybiega i pozwala przyjaciolce wybrac cukierek. leticja wybiera gwiazdke z promykami, malina sie natychmiast obraza, wiec leticja oddaje jej cukierek i tak sie tym cukierkiem obdarowuja caly wieczor az ten slodki przedmiot pozadania gdzies sie zawierusza.

jutro malina przedstawia flamenco, zaproszony jest jej maz i huczy juz o tym cale przedszkole.

sobota.

ostatni dzien polskiej szkoly. nie wiadomo czy w przyszlym roku zajecia nadal beda sie odbywaly. ministerstwo edukacji oplaca hojnie wybrane placowki. inne traktuje po macoszemu. na szkole w monachium daje malo pieniedzy. w berlinie, dokad zawsze pokazowo podrozuje prezydent i premier, oplacane sa nawet ksiazki i cwiczenia dla uczniow. jesli rodzice doloza prywatne pieniadze, ministerium przestanie dotowac te szkole, bo wtedy bedzie to szkola prywatna. z drugiej strony rodzice nie moga przejac pelnych kosztow szkoly, bo niemiecka polonia jest generalnie biedna. nie ma sie co ludzic. jak sie zle ulozy to malina jako corka marnotrwna bedzie musiala wrocic do poprzedniej szkolki przykoscielnej, bo nie bede jezdzila 160 km do norymbergii.

wieczorem pojechalismy na weihnachtsmarkt. monachium w pelnej krasie, opera, ratusz, zapach grzanca i piernikow, zadowoleni ludzie i ja wniebowzieta na poczatku a potem coraz bardziej sfrustrowana z mezem, ktorego takie tlumy ludzi zawsze wkurzaja i wprawiaja w zly humor i corka, ktora cos z taty odziedziczyla. malina laskawie zjadla gofra z bita smietana:
 – mamusiu, jak chcesz to mi kup!
kupilam kurcze bo to najlepsze gofry na swiecie. potem troche pogapila sie na genialne ozdoby choinkowe, lalki, gwiazdy (ta lylowa mamusiu, fajna, co?) i dopiero przy drewnianej szopce, przy ktorej siedzial rzezbiarz i strugal kolejne baranki i pasterz z lekka sie ozywila.
 – jestem zmeczona. bola mnie nozki i chce do domu. – oznajmila po kwadransie.
az sie humor mojemu mezowi poprawil! wlasnie stalismy pod ratuszem i bylo naprawde przepieknie. dobrze. postawilam warunek ze jeszcze dojdziemy 50 metrow do szopek i wracamy do domu. tam jednak malina zobaczyla wielka fontanne zabudowana na zime spadzistym dachem z drewna. nagle przestaly ja bolec nozki, biegla na szczyt i z rozbiegu – rzucajac sie malowniczo na kolana! – prula w dol, na co pozwalal sobie tylko jeszcze jakis nastolatek. inne dzieci grzecznie, powolutku slizgaly sie w dol na nozkach. stalam tak zachwycona wigorem malinowym i wiatrakiem z szopka. maz wciskal mi w dlon goracy kubek grzanca z zoltkiem i tak pocieszylam sie z weihnachtsmarkt przez dobre pol godziny. po powrocie do domu powiesilam spodnie (nowe) na kaloryfery wcale nie sprawdzajac kolan. pewnie i tak ich nie ma, ale co mam sie denerwowac? wystarczy, ze moja mama nie moze sie zdecydowac czy przyleci do nas na wigilie. miesiac temu samoloty byly calkiem tanie a teraz kosztuja z dnia na dzien coraz wiecej. ale granie na nerwach wlasnej corki jest bezcenne przeciez.

maz przeprosil mnie wlasnie za glupia mine i poprosil i druga szanse:
 – jutro pojdziemy, bezdiemy jesc kielbasy z grila i bede sie caly czas smial. slowo.
ale czy ja chce go tak terroryzowac?

(tak:-)

rozmowy o dziurkach.

wczoraj pani poradzila nam zeby poprostu zapomniec o sprawie i tylko cieszyc sie jaka mamy madra corke. wczoraj troche wzielam maline dyplomatycznie na spytki:
 – czy ty mi opowiadasz tylko przyjemne rzecz z przedzskola czy nieprzyjemne tez?
 – tylko przyjemne! – odpowiada malina bo jej sie wydaje, ze to jest to co chce uslyszec.
 – ale wiesz co? mozesz mi tez opowiadac nieprzyjemne sprawy, bo czasem jak sie je opowie to przestaja byc nieprzyjemne.
 – dobrze.
 – co na przyklad jest nieprzyjemne?
 – no… – malina sie zastanawia a ja wywijam uszami – no na przyklad moritz zabral mi dzis moj patyk, ale sie poplakalam, wiec mi oddal. ale to bylo nieoprzyjemne! – zacietrzewia sie malina i az lapie pod boczki. daje wiec spokoj pomna rad pani przedszkolanki.
ale dzis przy kapieli tak sobie rozmawiamy o roznych rzeczach. myje malinowy nosek i niby nic mowie:
 – pamietasz jak kiedys rozmawialysmy zeby nic nie wkladac do noska? juz nie wiem czy ci wtedy mowilam, ze nigdzie nic nie mozna wkladac. ani do noska, ani do uszek, ani do dupki. do zadnej dziurki. male dzieci to nawet nic do buzi nie moga wkladac, bo moglyby polknac. nie wolno zeby nie wiem co, bo potem trzeba jechac do lekarza zeby to wyciagnal. juz sama nie wiem, mowilam ci to czy nie?
 – mowilas, a wiesz co?… – i tu malina opowiedziala cala przedszkolna przygode ze wszytkimi aktorami rol glownych i pobocznych i szczegolami oraz fakt, ze ona nie chciala sie bawic, chociaz powiedzieli, ze jest glupia. i to bylo okropne, ze tak powiedzieli, wiec sobie poszla.
 – dobrze zrobilas. pomysl co by bylo gdybys musiala jechac do lekarza przez taka niemadra zabawe.
malina przeszla na temat plasteliny jakby temat przedszkolny byl jednym z typowych tematow jak "co dzis bylo na obiad".

i jednak mysle, ze lepiej gadac niz nie gadac. przemilczanie to jednak nie jest moj sposob na zycie, zeby nie wiem pani przedszkolanka uwazala inaczej.

rozmowa o malinie.

nie lubie jej i juz chyba nie polubie. raz na trzy-cztery miesiace spotykamy sie na indywidulana rozmowe o malinie. te spotkania sa wazne, bo w przeciwienstwie do zebran rodzicielskich mozna porozmawiac z przedszkolanka tylko o wlasnym dziecku.
oboje stawilismy sie punktualnie w pelnym rynsztunku zeby… wysluchac niesamowitej litanii pochwal, zachwytow, podziwu, komplementow i wszelakich superlatyw o malinie. o jej malowaniu, o jej opiece nad mlodszymi dziecmi, o jej pogodzie ducha, o manierach przy stole a takze o zachowaniu w sytuacji, o ktorej nie mialam zielonego pojecia. otoz pewnego dnia kilkoro dzieci "grzecznie bawilo sie" w jednym z domkow i korzystajac z zamieszania zaczelo badac sobie gole pupy i probowac cos tam wsadzic. wszystko dzialo sie tak krotko, ze na szczescie nie doszlo do zadnych ekscesow, ale malina jako jedyna wkurzona powiedziala "nie!" i opuscila domek. nie dala sie podpuscic starszym "przywodcom" grupy. pani powidziala, ze to jeden z wielu, choc najbardziej ektremalny, przyklad na zdrowa pewnosc siebie maliny.
na styczen umowilismy sie z pania na omawianie rysunkow maliny, ktore pelne sa symboli, odniesien, obrazow z jej zycia codziennego i z tego co jej w duszy gra. waldorf przywiazuje duza wage do rysunku jako zwierciadla rozwoju dziecka a pani dodatkowo zajmowala sie tym na studiach. az jej sie oczy smieja jak opowiada o malinie, ktora maluje jak dziesieciolatka. juz sie ciesze na to spotkanie. na koniec dostalo nam sie jeszcze bardzo przyjemnie jako rodzicom, bo jako jedyni przychodzimy zawsze we dwoje na spotkania, odwozimy maline na zmiane do przedzkola i po malinie widac jaka jestesmy szczesliwa rodzina. pani bardzo mnie tym zaskoczyla, bo zawsze wydaje mi sie, ze w przedszkolu panie patrza na mnie – zawsze w pospiechu, zawsze na ostatnia chwile, nigdy nie biore udzialu we wspolnym filcowaniu, malowaniu toreb, owieczki dziergam w samotnosci:-) – bardzo krytycznie. a tu prosze, jaka zyczliwa ocena.
oczywiscie nie lubie pani nadal, ale musze przyznac, ze sie na nas poznala:-).

szczesliwy maz.

nic  u nas nie stoi. staram sie zeby bylo pusto. biale komody. w srodku ksiazki i biale naczynia a na nich a to swiecznik a to jakas samotna swieca albo samotny kurczak blaszany. jest tak pusto jak tylko moze byc zeby mimo wszystko bylo przytulnie. na tydzien przyjechala babcia. i teraz wszedzie rozpycha sie jakas kartonowa choinka z szopka z jezuskiem, domek baby jagi, anioly czekoladowe, inne bzdury. polozylismy splakana, za babcia steskniona maline spac. maz nalal mi winka, rozejrzal sie po naszej mieszkalnej przestrzeni, ktora nagle jest strasznie kolorowa i powiedzial:
 – no tyle tu tego, ze teraz to wszystkop jedno. – i… polecial do piwnicy. a ja pilam winko pelna najgorszych przeczuc, ktore zaraz sie sprawdzily. maz przytachal adapter. potem zaraz plyty pod swoimi dlugachnymi ramionami. przypial ten wielgachny atrybut poprzedniego wieku do wzmacniacza, rozrzucil plyty po podlodze i delikatnie zdjal oslony z kolumn. jesli cos mamy wartosciowego to te kolumny, ktorych wyprodukowano tylko 2000 sztuk i jak on zdjal te oslony to az westchnal a ja niemal poczulam uklucie zazdrosci. dobrze, ze one sa kanciaste i bez piersi. siedzi teraz i puszcza swoja pierwsza plyte, ktora kupil w usa jak mial 15 lat i deep purple, pink floyd i sie cieszy. jezu jak on sie cieszy. ja sopbie pacuje, czatuje, skypuje a on sie cieszy. razem i osobno, ale jakos strasznie milo.

wyksztalceni rodzice malinowi.

odwozimy babcie na lotnisko. malina prosi grzecznie:
 – babciu, opowiedz mi jakas piekna bajeczke bo jak wyjedzeisz to juz mi nikt nie bedzie opowiadal.
 – jak to – dziwi sie babcia – przeciez rodzice ci opowiadaja bajeczki.
– nie. oni umieja czytac, wiesz? oni mi czytaja.