jak sie 6 lat temu okazalo, ze ni z gruszki ni z pietruszki jestem w ciazy to pierwsza mysl jaka mi przyszla do glowy byla, ze dam spokoj mezowi i nareszcie moze bede miala kompana do nart. maz niby udawal, ze chce sie dla mnie nauczyc, zebysmy razem smigali po gorkach, ale na wszelki wypadek zaraz zlamal palec stojac na stoku. nawet sie nie ruszal przy tym. wiec w sumie nie robie sobie juz wiekszych nadziei. ale po co sobie urodzilam corke? no zeby ktos ze mna zachwycal sie gorami w sloncu i diamentowym sniegiem.
rok temu malina zrobila 4 dniowy kurs i myslalam, ze w tym roku bedzie jezdzic po moich sladach i tak sie nauczy. jak tylko plucko wyzdrowialo (cud. prawdziwy cud albo lekarka czarownica. gdybym nie byla juz zakochana w mezu, to bym sie w niej niechybnie zakochala) zabralam maline w w alpy za rogiem. slonce, snieg, mroz, cudowny humor, ktory zniknal w ciagu sekundy, kiedy okazalo sie, ze ja mam kijki a malina nie.
– popatrz, wszystkie male dzieci jezdza bez kijkow.
– male dzieci tak! ale ja jestem szesc!!!
po dluzszej dyskusji wyruszylysmy na osla laczke ale malina co i raz teatralnie padala na snieg, narty jej sie krzyzowaly albo rozjezdzaly w szpagat. no kurcze, no ty kobieto moja szescioletnia, nie bede tu sobie matczynego autorytetu szargala oraz nerwow. podjechalam do szkolki, znalazlam nauczyciela i nasze problemy jak reka odjal. trzy dni malina smigala po gorce jak fryga. czwartego dnia ruszylysmy na podboj brauneck we dwie. malina miala jechac po moich sladach, katem oka sprawdzam czy nadaza, bo sie lekko rozpedzilam. w tym samym momecie moje dziecko – trzy centymetry za mna – wola:
– mamusiu ja tak nie moge!!! ja chce szybkooooooo!!!!
no dobra, to szybko.
mam kolezanke na narty. mysle, ze jeszcze kilka razy i nie bede za nia nadazala.