malinowy czyscioszek.

mama jakiegos chlopczyka z grupy promyki sloneczne (malina jest w grupie tecza) podziekowala mi dzis za ten wspanialy pomysl na mycie raczek.
 – mycie raczek? – zdziwilam sie. najwyrazniej pomylila mnie za jakas inna mama.
 – no to puszczanie baniek na palcach, ktore malina pokazala dzieciom w przedszkolu. super. echt super! – pani usmiecha sie z wdziecznoscia.

powoli rozumiem o co chodzi. ostatnio pokazalam malinie, ze jak namydlic dobrze raczki i potem kciukiem i wskazujacym zrobic "O" to tworzy sie mydlana blonka. trzeba w nia lekko dmuchac i banki mydlane (ogromne!) gotowe.
moda na porzadne mycie raczek ogarnela grupe teczy i powoli przenosi sie na promyki sloneczne ku uciesze przedszkolanek i mam.

malinowa wiara.

od kilku dni wiem, ze umarla nam sasiadka. od kilku miesiecy slabo juz widziala i malina musiala do niej wolac: tu jestem, zeby wiedziala w ktora strone machac. wlasnie przyszla smutna kartka, zawiadomienie o pogrzebie. lzy kreca mi sie w oczach.
 – czemu placzesz mamusiu?
 – bo wiesz… umarla nasza sasiadka. ta babcia, co zawsze do ciebie machala przez okno…
 – ahaaa… ale to czemu placzesz? ona teraz moze pojsc do nieba i byc aniolem!!! ide namalowac dla niej motyla, zeby miala z kim latac.

malo nie wydlubalam dziecku oka.

jedziemy wyciagiem orczykowym. dopiero na gorze widze, ze zapiecie od mojej rekawicy wlazi malinie w oko, wiec malina jedzie z zamknietym okiem.
 – o boze! przepraszam! czemu nie mowisz nic? przeciez to ciebie musi bolec!
 – nie boli. poprostu zamknela oko! nie chcialam ci sprawiac przykrosci i mowic, ze mnie tak klujesz. – odpowiada dumnie dziecko.

czy te oczy moga klamac?

w malinowym przedszkolu byla jakas delegacja cudzoziemcow. za nic nie moge rozszyfrowac po co i skad. malina wie tylko, ze mowili w jezyku, ktorego nigdy nie slyszala i troche po niemiecku. a jak wygladali?
 – jedni mieli oczy krotkie, inni wyciagniete. moze z japonii? albo z chin!

i niebio i pieklo. na raz!

na dole krajobraz wojenny. rozwalone sciany, wybite drzwi, ceglany pyl wszedzie, nawet w moich zebach. pyl delikatny jak najrozszy puder sypki dior, wkreca sie wszedzie, w kazda szczelinke, osiada na scianach mimo, ze wszytko osloniete folia. tatus pojechal po pizze i zjedlismy ja u maliny w pokoju. malina wniebowzieta jako gospodyni, z wrazenia zjadla wiecej niz my oboje. maz wytaskal z piwnicy moje ulubione winko i pijemy ze szklanek przy sekretarzyku w sypialni. i fajnie jest i okropnie. i peka mi glowa i ciesze sie na ten kominek. i martwie sie tym pylem i mysle, ze jak potem wyczyszcze sobie wszystko a jak wywale polowe domu do smieci to mi sie lzej zrobi na duszy.

malina na deskach

jak sie 6 lat temu okazalo, ze ni z gruszki ni z pietruszki jestem w ciazy to pierwsza mysl jaka mi przyszla do glowy byla, ze dam spokoj mezowi i nareszcie moze bede miala kompana do nart. maz niby udawal, ze chce sie dla mnie nauczyc, zebysmy razem smigali po gorkach, ale na wszelki wypadek zaraz zlamal palec stojac na stoku. nawet sie nie ruszal przy tym. wiec w sumie nie robie sobie juz wiekszych nadziei. ale po co sobie urodzilam corke? no zeby ktos ze mna zachwycal sie gorami w sloncu i diamentowym sniegiem.
rok temu malina zrobila 4 dniowy kurs i myslalam, ze w tym roku bedzie jezdzic po moich sladach i tak sie nauczy. jak tylko plucko wyzdrowialo (cud. prawdziwy cud albo lekarka czarownica. gdybym nie byla juz zakochana w mezu, to bym sie w niej niechybnie zakochala) zabralam maline w w alpy za rogiem. slonce, snieg, mroz, cudowny humor, ktory zniknal w ciagu sekundy, kiedy okazalo sie, ze ja mam kijki a malina nie.
 – popatrz, wszystkie male dzieci jezdza bez kijkow.
 – male dzieci tak! ale ja jestem szesc!!!
po dluzszej dyskusji wyruszylysmy na osla laczke ale malina co i raz teatralnie padala na snieg, narty jej sie krzyzowaly albo rozjezdzaly w szpagat. no kurcze, no ty kobieto moja szescioletnia, nie bede tu sobie matczynego autorytetu szargala oraz nerwow. podjechalam do szkolki, znalazlam nauczyciela i nasze problemy jak reka odjal. trzy dni malina  smigala po gorce jak fryga. czwartego dnia ruszylysmy na podboj brauneck we dwie. malina miala jechac po moich sladach, katem oka sprawdzam czy nadaza, bo sie lekko rozpedzilam. w tym samym momecie moje dziecko – trzy centymetry za mna – wola:
 – mamusiu ja tak nie moge!!! ja chce szybkooooooo!!!!
no dobra, to szybko.
mam kolezanke na narty. mysle, ze jeszcze kilka razy i nie bede za nia nadazala.

co w sobie kochamy – quiz florki.

florka pisze co w sobie kocha i pyta co w sobie kochaja trzy blogowiczki a wsrod nich ja. najbardziej mnie zadziwilo, ze spontanicznie brak mi jakiejkowlwiek odpowiedzi. dzien spedzilam na nartach i mialam czas sprawe doglebnie przemyslec na wyciagach. otoz:
zewnetrznie: szyje i dekolt
posrodkowo: glos
srodkowo: intuicje

milowe (malinowe) kroki do doroslosci.

kilka tygodni niecierpliwych i nerwowych. nareszcie: malina przestala byc pieciolatkiem, co jej juz naprawde niezle doskwieralo. urodziny skromne jak na rekonwalescentke przystalo. nastepnego ranka malina przylatuje przejeta i wyrywa mnie ze snu:
 – mamusiu, mamusiu!!!!
 – … co sie stalo?
 – zobacz jakiem mam grube piersi!!! – uradowana malina niby rejtan rozdziera koszuline w pszczolki a tam jak zawsze moja chudzinka boza jak patyczek) – ale to chyba normalne jak teraz jestem szesc, co?!!!