usmiech losu w odpowiednim momencie.

kupilam malinie cudne kwiaty do wlosow na flamenco. dlatego pewnie nie mogla sie doczekac na zajecia. po okropnym dniu w pracy pedze samochodem jakby to byla formula 1 ale juz wiem: nie zdaze odebrac maliny tak zebysmy zdazyly na flamenco. "bede cierpliwa, bede cierliwa" – powtarzam jak mantre, bo wiem, ze malina najpier sie polaplacze a potem obrazi i bedzie marudzic a ja jestem jeszcze naladowana adreanlina z biura i moge niezle wybuchnac. malina wskakuje mi na kolana w przebieralni zanim w ogole zdolam zac zac cos wyjasniac i patrzy mi gleboko w oczy:
 – mamusiu… nie chce isc dzis na flamenco.
dziekuje losowi za ten blogoslawiony usmiech. pozwalam malinie odsniezyc pol ogrodka i jedziemy zakupowe glupoty do ikei. pozawalam malinie zasnac na sofie na dole. warunek: zasnie w 5 minut. malina oszolomiona takim odstepstwem od reguly kladzie sie, zamyka oczy i zasypia. w trzy minuty. normalnie cud.

jeszcze nie wielkanoc, ale temat ze skorupka ze tak sie wyraze.

jestem slomiana wdowa z dzieckiem przy kolacji. jemy pomidorowe z wolowina, smietana i chrupiacymi kuleczkami. tak sobie rozmawiamy na rozne tematy i czy jutro flameco czy nie. a malina mi znienacka:
 –  a wiesz, ze chlopcy maja jaja?
 –  wiem. – no co mam powiedziec ze nie wiem???!!! ale juz mam stracha przed rozwojem dyskusji.
 – maja. maja, a skad ty wiesz malineczko? – usmiecham sie niepewnie a pomidorowa skapuje mi z lyzki, ktora nie dotarla do ust.
dowiaduje sie, ze liam i moritz postanowili skopac luisa w jaja a malina przytomnie spytala: w jaja??? co to znaczy?
i koledzy ja uswiadomili:
 – w jaja. na gorze jest birne. glowa. a tu –  malina pokazuje gdzie – sa jaja, wiesz? no tu , mamusiu, przed pupa. – tlumaczy moje dziecko spokojnie.
a ja usmiecham sie i ZUPELNIE nie wiem co powiedziec, wiec mowie:
 – to wszytko prawda, ale nikogo nie wolno kopac. zeby nie wiem co. nie wolno.
malina zmienia temat jakby chodzilo o pogode.

westalka

teraz, kiedy mamy prawdziwe ognisko domowe. bez zadnych metafor, przenosni i myslnikow. ognisko domowe, czyli ogien na srodku domu. no moglabym  byc teraz taka prawdziwa westalka. nic nie robic tylko troszczyc sie o ogien, zeby byl piekny, nie wygasal, zeby bylo cieplo, zeby skakaly iskierki. ale nie moge. no nie moge. bo:
1. ilekroc ja wrzuce drewno do kominka to wszytko sie robi czarne i trzeba czyscic.
2. ilekroc otworze klape, popiol wyfruwa na caly przedpokoj.
3. westalki byly dziewicami. po 15 latach malzestwa, jest towarunek trudny do spelnienia.
4. nawet gdybym byla jakims swietym wyjatkiem od biologicznej reguly i jednak byla dziewica, moj maz  natychmiast zmienilby ten stan rzeczy. ogien w domu wyzwala w nim jakas magiczna energie. mam nadzieje, ze to wplynie dobrze na moja linie:-)

zostaje wiec normalna lylowa, nie-westalka. trudno.

tesciowa ( niemalinowa:-)

jak wychodzilam za maz za mojego meza, to kilka kolezanek zartowalo: fajny maz, ale tesc to dopiero hoho!!! bardzo przystojny facet i jak widze zdjecia tesciowej z mlodosci to tez byla calkiem, calkiem ale po drugim dziecku sie roztyla i tak juz jej zostalo. jedyne co naprawde chciala robic w zyciu to zajmowac sie domem i dziecmi. tesc pracowal od zawsze bez konca a ona wychowywala mojego meza i mlodsza o dwa lata coreczke. poswiecila im rowne 20 lat. oboje nie chodzili do przedszkola, mieli zapewnione jedzonko, wyksztalcenie i aprobate siebie takimi jakimi sa. nie przepadamy za soba – ja i tesciowa – a w niektorych momentach nawet nie lubimy. zawsze jest bardzo kulturalnie i z usmiechem, ale bez szczerej symopatii. mimo wszytko jednak musze szczerze powiedziec, ze totalna akceptacja i milosc, ktora nakarmila swoje dzieci jest ich (meza i jego siostry) kapitalem na zycie. mojemu mezowi wolno bylo nawet palic papierosy jak mial 11 lat, ale… na balkonie. moze dlatego potem jako jedyny w dyskotekowej fazie swojego zycia… nie palil. chcial sie uczyc? bylo super. nie chcial? trudno. i tak byl najwspanialszy na swiecie. moja tesciowa wie jak kochac swoje dzieci. bezwarunkowo. pisze to szczerze i z podziwem. po niemiecku jednak odciela pepowine kiedy jej oboje dzieci osiagnelo 20 lat i poswiecila sie juz tylko mezowi. moj tesc – wiecznie w podrozach – nie zapakowal nigdy nawet jednej skarpetki do walizki, nie uprasowal jenej koszuli, nie ugotowal herbaty. on zarabial forse ona dbala o dom. ale jak! jest swietna kucharka, codzienne obiady to prawdziwe swiatowe menu, swieze obrusy, swieze kwiaty, ozdobki, srupki, kupki i co roku choinka w innej tonacji kolorystycznej. swojej tuszy i niecheci do ruchu tesciowa zawdziecza chore stawy. raz sztuczne biodro i krotsza noga, dwa sztuczne biodro i wyrownanie nog. druga operacja i rehabilitacja to bylo 8 dlugich tygodni w szpitalu a potem w sanatorium. tesciowa przygotowala na kazdy dzien obiad, ponumerowala datami, ale oczywiscie nie dala rady przygotowac dan na 8 tygodni! tesc oznajmil, ze kupi sobie mikrofalowke i zeby ona sie niczym nie martwila. ona malo zawalu serca nie dostala. zadnej mikrofalowki w jej kuchni! w jej krolestwie! po jej trupie! o nie! wiec tesc kupil mikrofalowke w tajemnicy i potem miala ja dostac moja szwagierka. boze co sie z tego faceta zrobilo! schudl, zmeznial, odmlodnial, kipial humorem i energia, normalnie druga mlodosc. po powrocie teciowej do domu zawalczyl o swoje prawa w domu. przeszedl wlasnie na emeryture i to byl absolutny szok dla kogos, kto latal do usa na kilkugodzinne spotkania. jego swiat z dnia na dzien stracil tempo. jego kolega w podobnej sytuacji dostal zawalu i umarl. tesciowa przyjrzala sie sytuacji na spokojnie. ustalili, ze dwa dni w tygodniu domem zajmuje sie tesc. robi jakies dania odmrazane, komponuje müsli na sniadanie. kupili psa (tesciowa nie przepadala za psami). zyja fajnie. ani przez chwile nie chcielibysmy zyc tak jak oni. ale musimy szczerze przyznac: daja sobie rade. nie wiem czy po 50 latach to jest milosc. ale szacunek. wielki i odwzajemniony szacunek.

sredniowieczne wymierzanie kary.

tej zimy malina nie dostala zadnej nowej sukienki, spodniczki, zadnych firdygalkow. zainwestowalam w roznego rodzaju okrycia chroniace przed zimnem, wigocia, mrozem i blotem. jakies membrany, welna owcza z jedwabiem, gumy, skory, kurtki z firmy, ktora kiedys zajmowala sie ubraniami marnarzy. no nie ma szans zeby sie zamoczyc. ale dla maliny nie ma granic. raz na tydzien odbieram maline tak, ze normalnie nie zmieniam jej butow, bo gumowo-pancerne-nieprzemakalne-filcowe najdrozsze zimowe buty jakie znalazlam sa do cna mokre. nie zakladam jej sniegowych spodni, bo mozna z nich wyzac wode. podobnie jest z czapka. owijam malione swoja kurtka i wrzucam do samochodu rzucajac blyskawicami jednoznacznych spojrzen na moje ulubione panie przedszkolanki. przeprowadzilam z malina kilka powaznych rozmow, ze jesli ona sama po siebie nie zadba to nikt inny w przedszkolu tego nie zriobi, bo panie sa zajete malymi dziecmi a takie duze szesc to juz musi samo o sobie myslec. przecwiczylysmy porzadne ubieranei: czapka na czolko, kurtka pod szyjke, butki zaciniete a spodnie sniegowe wylozone porzadnie na buty. i to jakos dziala. 4 dni w tygodniu, ale jeden dzien jest zawsze pechowy i jakas kaluza tak czaruje maline i wola do mojego biegnego dziecka: sprobuj, sprobuj czy w kaluzy mozna zrobic orla jak w swiezym sniegu. albo bloto wola: wygladam jak bloto, ale jestem sniegiem, mozna ze mnie zrobic igloo. i malina zwiedziona pada w te kaluze i plynie albo buduje zamek w blocie przy 2+ stopniach jakby to byl mokry piach nad morzem. raz miala bloto nawet w majtach. i normalnie to sie wkurzam i przemawiam do malinowego rozsadku, ale dzis to normalnie stracilam cierpliwosc. juz w samochodzie poweidzialam dzioecku, ze czeka je ciezka kara!!! i szybnko myslalm co tu zrobic, bo  w wymyslaniu kar nie jestem zbyt kreatywna. malina zalala sie lzami a ja wycedzilam niby macocha do kopciuszka:
 – do piatku zadnych deserow a jak bedziemy w domu 10 razy ubierzesz sie tak trzeba na dwor, zebym widziala, ze umiesz sie ubrac. bo z tego co widze, to jednak nie umiesz!!!
malina w milczeniu przyjela swoj los. w domu bardzo szybko wrocil jej humorek. 10 razy sie ubrala i rozebrala i smiala sie przy tym wnieboglosy, bo starala sie to robic szybko a ja jej nie powstrzymywalam. zamiast kary miala wiec niezla zabawe. niezupelnie wiec tak jak zaplanowalam. nastepnym razem karze jej wybierac groch z popiolu!!! jak kopciuszkowi. komin i popiol juz mamy.

dwie persperktywy

dzis na sport leticje odprowadzil tata. pytam jak tam rozmowa klasyfikacyjna zony w ostatnia srode? udalo sie? wiem, ze strasznie jej zalezalo na pracy w rathaus. usmiechnal sie:
 – rozmowa byla dobra, ale pracy nie dostala. – maz nie smuci sie zbytnio i dodaje wesolo – ale to dobrze. w sumie cieszymy sie.
 – dobrze? – dziwie sie.
 – bardzo dobrze! przeciez ona ma dwoje dzieci. zapracowalaby sie na smierc!
tak mnie oszolomil ta troskliwoscia, ze zapomnialam napomknac, ze on jest ojcem tych dzieci! zreszta chyba wie to sam, bo szczegolowo wymienia: no leticja idzie w tym roku do szkoly a hansi tez teraz bedzie chodzil na sport i do klubu pilkarskiego.
 – no! ale klub pilkarski to juz twoja dzialka co? – wracam do formy, bo pamietam, ze mama leticji nie znosi pilki noznej a maz kaze jej zapisac synka do klubu sasiedniej dzielnicy, nie naszej, wiec bedzie mnostwo jezdzenia. tata usmiecha sie niepewnie i kiwa reka: no lece juz bo sie spiesze. poszedl.

ze sportu odbiera leticje mama. smutna jak zaloba.
 – nie dostalam tej pracy, wiesz?
 – wiem. gadalam z twoim mezem.
 – od srody to tylko placze…
leticja glaszcze mame po dloni:
 – biedna, biedna mama.

czy mozna dzielic lozko, stol, miec wspolnie dwoje dzieci i na podstawowe sprawy w zyciu diametralnie inne spojrzenie? mozna.

natchniona rozmowa z habalem o kubkach.

moja znajoma mieszka w najpiekniejszej czesci monachium, tuz przy ogrodzie angielskim. stary dom. odnowila fasady, pomalowala je na blady wrzos ku zachwycie maliny ale oburzeniu sasiadow. w sadzie musiala dochodzc swoich praw do tego koloru, ale okazalo sie, ze kilka ulic dalej tez stoi lila willa, wiec gmina przegrala sprawe a kolezanka obasdzila dom krwisto czerwonymi rozami zamieszkala jak w bajce. w przedpokoju polozyla ciemnoczerwone linoleum, ktore prowadzi do kuchni i jakby nigdy nic lezy w tej kuchni i sprawia, ze jej parter wyglada genialnie. gdybym ja sobie polozyla linoleum w kuchni to by byla ostania wies i bym sie musiala wyprowadzic! a u niej cudo. sufit w pokoju czarny, meble design, ale to wszytko trawie jakos. nieodmiennie jednak doznaje szoku w kuchni, kiedy na pytanie: chcesz herbaty? odpowiadam: tak. i wtedy znajoma owiera drzwi szafki a tam: 4 biale kubki, 4 gladkie szklanki
dwie piuekne puszki herbaty i… koniec!!! jak ja otwieram szafke w kuchni to tam: wypada mi stos kubkow kazdy inny i kazdego po dwa, kazdy w innym kolorze, kazdej szklanki po trzy i w roznych formatach, rozne puszki, torebeczki herbaty. teraz po remoncie kominkowam postanowilam zrobic z tym porzadek. poszlam z siekiera do kuchni (czyli foliowym workiem na szklo), otworzylam szafke i… zamknelam. no nie moge. no! a moglabym miec tak pieknie. moze musi sie powtorzyc lipcowy numer mojej mamy, ktora po ogrodowym przyjeciu weszla w ciemnosci do kuchni, nie chciala zapalac swiatla, zeby nie wpuscic jakichs much czy pajakow a tylko wziac cos ze stolu. staly tam wszystkie szklanki po piwie i kieliszki po winie i czekaly na sprzatniecie. rpwniutko jak wojsku. jednym machnieciem reki mama stracila wszytko na podloge. nie uratowala sie ani jedna sztuka.

dla pewnej tajemniczej znajomej, ktora nie zaglada do zuzi. wpis tymczasowy:-)

25 x swiatlo. (czyli migawki?)

1. wyszlam za maz bez zastanowienia. i tak mi zostalo do tej pory.

2. zostalam mama przez przypadek. bycie mama jest moim ulubionym zajeciem, poza byciem zona.

3. raz sie zaprzyjaznilam naprawde. i tak juz zostalo. moj maz jest
prawdziwym przyjaciem, moze dlatego jedna przyjaciolka wydaje mi sie
luksusowym zbytkiem.

4. kazdemu zazdroszcze czegos. kreconych wlosow, basenu, zegarka,
wladania wloskim, smuklych ud, lepszej pracy, mozliwosci niepracowania,
fajnych wyjazdow, siedzenia w domu, tym ktorzy sie pieknie starzeja,
tym ktorzy jakby sie nigdy nie starzeli, tym co zostali w polsce, tym
co wyjechali gdzei indziej niz ja.

5. podziwiam ludzi, ktorzy niczego nikomu nie zazdroszcza.

6. podziwiam ludzi, ktorzy w zyciu robia co chca, szczegolnie jesli jest to sztuka.

7. mam tysiac fantastycznych pomyslow i ani troche sily na ich
realizacje. stad wyladowalam zawodowo tam gdzie wyladowalam. slomiany
ogien, chinska malpa. podsuwam pomysly innym i niech sie inni tym
mecza.

8. moglabym zyc w kolorze bialym i wrzosowym, niestety w zyciu
zawodowym uzywam glownie czerni, czerwieni, pomaranczu, zeby pokazac
jaka jestem silna, i zdecydowana, mloda, niezlomna i nie ma ze mna
zartow.

9. podziwiam ludzi, ktorzy jasno wyrazaja swoje mysli, szczegolnie jesli maja cos madrego do powiedzenia.

10. marzy mi sie swiat, w ktorym chlopcy nie beda strzelac z luku a dziewczynki gotowac zup dla lalek.

11. marzy mi sie zeby swiat zamiast inwestowac w bomby i rakiety
zainwestowal w medycyne zebym w wieku 40 lat nie musiala sie smucic, ze
polowa juz za mna.

12. w lato pije piwo. zawsze pije wino. co rano kawe. popoludniem herbate.

13. nie mam sposobu na wychowanie dziecka. wierze jedynie w dobry przyklad i celebrowanie wspolnych posilkow.

14. nie mam sposobu na malzenstwo. wierze w rozmowy, szacunek i
niezmienna gotowosc zycia w pojedynke. nie wierze w oczyszczenie przez
klotnie. przez 15 lat nie udalo mi sie poklocic z mezem a nigdy nie
jest nam nudno. nie wierze w udane malzenstwo bez dobergo seksu. nie
wierze, ze mezczyzna zeby byc sexy musi byc troche macho. macho to dla
mnie chora pomylka, maska slabosci i strachu – zupelnie NIEsexy.

15. nie mam sposobu na dobry uklad z wlasna matke i boje sie, ze juz nigdy tego sposobu nie znajde.

16. niezmiennie dziwie sie asynchronizacji rozwoju mojej duszy i
ciala. dusza mloda a cialo okreca sie jakims niepasujacym tluszczykiem,
pokrywa niemodnymi zmarszczkami, dlonie bez kremu traca rozana
swiezosc. moja dusza stoi wciaz u progu. moje cialo zatacza luk.

17. boje sie smierci. swojej, moich ukochanych. zupelnie nie wiem
co z tym zrobic, bo w nic nie moge uwierzyc a reinkarnacja mnie
smieszy.

18. nie lubie obcych w domu. dlatego nie ma u mnie miejca na
nianie, baby sitter, sprzataczki, kucharki, ogrodnikow. wszelkie
podjete proby zmiany tego stanu koncza sie niepowodzeniem.

19. gdybym miala czas pisalabym bez przerwy. wlasciwie ciagle cos
pisze w glowie. glownie kiedy jade samochodem lub uprawiam sport. (no
chyba ze to sa narty z moim dzieckiem, to wtedy skupiam sie zeby
nadazyc!!!)

20. ze wszytkich rzeczy jakie umiem najlepiej wychodzi mi
spiewanie. moja pierwsza wielka zyciowa inwestycja to dzialka pod
warszawa, ktora kupilam za pierwsze spiewanie. wtedy warta miesieczna
pensje, dzis majatek. posag dla maliny.

21. nie ufam malym mezczyznom. brzydkim, niezadbanym kobietom.
kotom. koniom. kierowcom w kapeluszach. prognozom pogody. nonszalanckim
kelnerom. specjalnym ofertom. kosciolowi. szkole waldorf. dzieciecym
lekarzom. swojej silnej woli.

22.lubie podrozowac z mezem. nocowac w ekskluzywnych hotelach lub
na campingach z zimna woda. wszytko jedno, ale razem. i w europie.
fruwac samolotem nie lubie, lubie czuc opdleglosc i przejechac ja
motorem lub – od kiedy jest malina – samochodem. najpiekniejsze miejsce
wakacyjne: wyspy eolskie. najromatyczniejsze sevilla. najdalej
przejechalismy motorem z monachium do poludniowej portugalii. potem
odpadla mi pupa. ( ale niestety juz odrosla z nawiazka)

23. mam swoj blog, ktory daje mi spokojna swiadomosc, ze gdzies
chwytam te wazne momenty zycia, ktorych nie wolno zapomniec, a ktore
niezapisane umykaja jak poranna mgla. usmiechy maliny. madre i niemadre
mysli. maz cierpliwie przypsluchuje sie mojemu stukaniu w klawature, bo
obiecalam, ze jak przejdziemy na emeryture to bede mu wszytko po kolei
tlumaczyla na niemiecki.

24. uwielbiam zime za ogien w kominku i narty z malina. i lato za
roze w ogrodzie i winko z mezem pod lipa. warszawianka z ochoty na
prowincji w niemczech.

25. u zuzi mam opinie szpiega czy podgladacza chyba. pisze tylko
jak naprawde ma cos do powiedzenia. czesto przelatuje tu i na roznych
blogach wpisy w trakcie nudnych telefonicznych konferecji, kiedy
godzinami rozwazane sa kwestie szarosci skarpetek glownego bohatera,
kiedy wiadomo, ze bohater filmowany bedzie close up czyli sama twarz.
wielu osob juz nie znam. swoje wpisy robie na moim blogu wrzosowym,
gdzie komentuje mnie kilka zaprzyjaznionych osob, ale statystyki
pokazujas dziennie kolo setki odwiedzajacych a czasem znacznie wiecej.
uwazam, ze otwarte forum i blogi po to sa otwarte zeby kazdy je czytal
kiedy chce i jak chce. nie uwazam tego za podgladanie. kto ma
tajemnice, zamyka je na kluczyk. chetnie sobie buszuje wiec u zuzi i w
dts, sporadycznie komentujac. chetnie widze u siebie gosci. nawet
anonimowych. to co nie jest przeznaczone dla ich oczu zachowuje dla
siebie. a co pisze na otwartym blogu niech sobie czyta kazdy kto ma na
to czas i cierpliwosc.

pozdrawiam serdecznie kazdego kto dobrnal do konca tej wymeczonej listy, wcale nielatwej do napisania.

malina piracka

o jezu. niemieckie dzieci nie moga sie normalnie spotkac przy torcie ze swieczkami powyglupiac sie, wyskakac, wykrzyczec i pojsc do domu. nie. tu musi byc party tematyczne. ostatnio bylo party rycerskie. waldorf, wiec zmajstrowalam ,malinie kartonowy miecz, rekojesc okleilam czyms co przypomina aksamit i kamykami udajacymi diamenty i perly, rubiny. sasiad pozyczyl rycerska oponcze. malina poszla jako rycerz a wiekszosc kolezanek przyszla jako krolewny i to kupione w c&a czy jakims innym aldim. ja mam szczescie, ze malina nie jest drobiazgowa i i tak sie dobrze bawila. w piatek jest zaproszona na party pirackie. postanowilam nic nie produkowac wlasnorecznie tylko kupic dziecku prawdziwy plastikowy miecz ( o przepraszam szable!!!) z pozlacana rekojescia. mam gdzies waldorf eko. znalazlysmy szable a do niej w komplecie kompas, lunete, klapke z trupia czaszka. za 5 euro tyle dobrego!!! mojr dziecko z wrazenia nie moze spac i wciaz od nowa zachwyca sie roznica miedz mieczem rycerskim a piracka szpada.
nie zapominajmy, ze w tym sezonie karnawalowym malina jest tez indianka z fajka pokoju i naszyjnikiem wysadzanym turkusami. marzyla o tym caly rok, ale jak tylko jej przyjacioleczka oznajmila, ze w tym roku jest krolewna, malinie brodka wygiela sie w podkowke i kosztowalo mnie duzo tlumaczenia i szukania madrych argumentow, ze indianki sa cool a krolewny out, szczegolnie, ze w zeszlym roku bylo sie krolewna – wrozka. krolewna to jest temat dla tych co maja piec a nie dla takich duzych co sa szesc. eh.