malinowy terminator.

leksykon ksiezniczek na dobranoc, lyk wody i calusy:
 – spij dobrze bambola. niech ci sie cos pieknego przysni. jutro sobota. mozemy sie wyspac za wszystkie czasy… – przytulam zjmeczona maline mocno. jest pozno.
malina sennie odwzajemnia uscisk:
 – hasta la vista, baby.

jak kukulka

podrzucam jutro maline na dwie godziny do sasiadki, ktora ja uwielbia. zawsze sobie stoja pod plotem i malina zwierza jej sie z roznych tajemnic. jutro jest waskie gardlo, korek, sytuacja bez wyjscia, pistolet u skroni: i maz i ja musimy byc rano w biurach a malina chora i nie moze do przedszkola. zaraz po spotkaniu pedze do domu i ja odbieram, ale malina tak to oprzezywa, ze nie moze spac. cieszy sie jak nie wiem. narysowala mnostwo obrazkow, ktore chce jutro zabrac w prezencie i co raz rzuca mi sie na szyje: mamusiu, jak ja sie ciesze!!! dzwoni oma. malina przejeta  w sluchawke:
 – jutro mamusia do pracy, tatus do pracy a ja? a  j a  d o  s a s i a d k i!!! ktorej? no do tej co mi zawsze macha reka… tam co mieszka ta co macha reka, ta co mowi po polsku i ta co wlasnie umarla.
wtracam sie delikatnie i tlumacze, ze ta co umarla to jej tam nie ma.
 – jak to nie ma? – niecierpliwi sie malina moja glupota – jest. tylko jej nie widac.

sluchalam dzis po drodze do domu.

If you were falling, then I would catch you.
You need a light, I’d find a match.

Cuz I love the way you say good morning.
And you take me the way I am.

If you are chilly, here take my sweater.
Your head is aching, I’ll make it better.

Cuz I love the way you call me baby.
And you take me the way I am.

I’d buy you Regaine when you start losing all your hair.
Sew on patches to all you tear.

Cuz I love you more than I could ever promise.
And you take me the way I am.
You take me the way I am.
You take me the way I am.

to o nas.

malinowa dewocja

malinowa wiara w nadrzyrodzone sily tatusia wzrusza mnie niezmiennie. malina zachowuje nawet w najwiekszym stresie zimna krew i kiedy ja wlasnie mam peknac, wykipiec czy zwariowac zupelnie spokojnie podpowiada: zadzwon do tatusia. i zawsze mnie tym rozbraja.
w sobote bylysmy w filharmonii. polaczenie filharmonii z podziemnym garazem zaprojektowal kucharz albo piosenkarka. no  w zadnym razie nie byl to architekt! jeszcze nigdy nie znalazlam dojscia do automatu a potem do samochodu za pierwszym razem. i tym razem nie bylo inaczej. winda dojezdza do pewnego pietra pod ziemie, ale nie tego, ktorego szukamy (poziom d jak…), wybieram schody z wieloma drzwiami, probujemy roznych drzwi. na prozno. rozne pietra ale nie nasze. wkurzam sie, ze malina mi sie zapoci, zdejmuje je kurtke, czapke, szal, rekawiczki. biegamy po schodach i o cudzie znajdujemy w koncu kase. wkladam karte parkingowa, uprzejmy automat informuje mnie, ze trzy godziny w filharmonii kosztuja nas 10 euro. wybieram monetki. mam 9 euro. zakladam malinie kurtke, czapke, szal, rekawiczki, bo zug taki w tym podziemnym garazu ze nie wiem. wsuwam w odpowiednia dziurke karte kredytowa. automat postanawia nie przesadzac z uprzejmoscia: nie akceptuje karty ale sugeruje probe z banknotem. mam w portmonetce 50 tke, automat bierze tylko 10tki i 20stki. biore maline za lapiszona, szukamy odpowiednich drzwi, odpowiednich schodow i z niemalym trudem odnajdujemy kase. pani jest znudzona, zniesmaczona i stara mi sie przekazac te uczucia i gestem i spojrzeniem wymownym. powinnam wiedziec, ze ona jest tu od sztuki a nie od rozmieniania pieniedzy. ale rozmienia. lecimy z malina znana juz drozka. wiele schodow, ale malina lubi skakanie z piatego schodka, wiec nawet jest w sumie zabawnie, nie? nie. automat stwierdza, ze zaoferowany banknot jest zbyt zniszczony. pozostale 10tki i 20stka tez. chce mi sie plakac. biore maline za lapiszona i idziemy do kasy. znudzona pani ironicznie: tak, ten automat to nie akceptuje banknotow. tak juz ma. o jezu, to po co mi kobieto dalas bankoty? daj mi monety teraz albo zaczne krzyczec. chyba cos bylo w moich oczach, bo pani nam milo i serdecznie rozmienila 10tke na monety. i znow wybieramy sie w dluga droge do garazu i automatu. kompletnie spocona malina czuje napiecie. sciska mi reke i pociesza:
 – jak sie teraz sie znow nie uda, to zadzwonimy do tatusia! – usmiecha sie.
 – tak? i co mu powiemy?
 – no zeby nas stad zabral!

(automat za kare kaze zaplacic 13 euro, po cierpliwych poszukiwaniach znajdujemy samochod i szybko sie ewakuujemy. nastepnym razem pojedziemy trawajem.)

stosunki miedzyludzkie na malinowo.

 – mamusiu, co ja mam robic jak ktos sie ze mnie smieje?
 – czy ja wiem? wzruszyc ramionami albo zapytac z czego sie smieje. jak ktos sie z ciebie smieje, to znaczy ze nie wie co powiedziec.
 – a jak mi wtedy powie cos niemilego? ze jestem na przyklad arschloch*?
 – a jestes?
 – nie jestem!
 – no to sie smiej i powiedz zgodnie z prawda, ze nie jestes!
 

*arsehole (vulg.)

szelki.

ubieramy sie na narty. moje spodnie na szelki, malinowe spodnie na szelki. malina przyglada mi sie krytycznie:
 – musisz sobie kupic nowe spodnie.
 – tak?! dlaczego?
 – bo w tych chyba bola cie piersi, co?

obrzydliwy wpis. BRADZO!!! bardzo obrzydliwy.

zadne malinowe kupiszony, katary, wietrzna ospa, czarne paznokcie,
brudne uszy, starte kolana, nadgryzione ciastka – nic mnie malinowego
nie brzydzi. chyba jestem taka typowa matka. co nie znaczy, ze dopijam
po niej oranzade siorbana przez pol godziny i przegryzana preclem. nie
dojadam wylizanych herbatnikow i nie czyszcze w pospiechu brudnego
policzka posliniona chusteczka. niestety jednak u innych dzieci brzydzi
mnie prawie wszystko. nawet buzia brudna od marmolady.  a juz
ciemieniucha u niemowlakow przyprawia mnie o odruch wymiotny. nic na
to nie poradze, zebym sie starala nie wiem jak. malina miala zaczatki
tej choroby, ale od razu zadzialalam oliwka a do ludzi
zakladalam dziecku bawelniana czapeczke, ktora zreszta po dwoch dniach
stala sie zbedna. niemiecki lekarz nie kazal nic robic. polski lekarz
powiedzial, ze to choroba brudu i zebym pracowala mieciutka
szczoteczka. moze dlatego malina miala zawsze aksamitne wloski albo w
piatym miesiacu lysinke jak franciszkanin.
a tu dzis do biura przyszla nasza byla asystenka z pieciomiesiecznym
niemowlakiem. normalnie mna rzucilo, bo wlasnie konsumowalam precla z
kawa. glowa dziecka pokryta skorupka niemal pod moim nosem. o kurcze!
wywinelam sie rozmowa w drugim koncu biura i ucieklam. wplynelo to
dobrze na moja linie, bo precla nie zjadlam. a potem mielismy obiad,
same smakolyki a ona juz prawie, niemal wrzuca mi to dziecie w ramiona bo musi
do lazienki a ja przeciez taka doswiadczona matka.
 – ja doswiadczona matka? – wolam w panice – ja z moim dzieckiem jezdze na
nartach. ja nie odwazylabym sie takiego malenstwa wziac na rece!!! ja juz nie wiem jak to jest. no i jestem przeziebiona –
wykrztusilam probujac nie zwrocic obiadu akurat w obecnosci klientow. moja ciezarna asystentka, z ktora ostatnio przerabialam ten temat umarla ze smiechu. nie dojadlam obiadu, zwialam z biura. no niestety. niestety. no sorry.

poranek we dwie.

mrozny poranek. bialy, odswietny swiat nic sobie nie robi z tego, ze wlasnie minal weekend. drzewa otulone diamentowym pylem lsnia w porannym sloncu. malina tez nic sobie z poniedzialku nie robi. na jej liscik wrzucony do pocztowej skrzynki przed snem, wrozka odpowiedziala czekoladowa kulka, wiec malinowa rzeczywistosc jest piekna i radosna. poddaje sie temu nastrojowi. jeszcze na pizame narzucam kurtke, buciory i lece po sniegu do szopy zeby przytaskac drewno. wrzucam kilka szczapek do kominka i lece pod prysznic. malina sie ubiera, ja robie kawe. ogien skwierczy i pachnie. jest cieplo. potem zaplatam malinowe warkoczyki, smaruje malinowa buzie na mroz a przy okazju zabki, bo jak tu nasmarowac buzie, ktora sie nie zamyka ani na chwile tylko papla jakby byla w stachu, ze nie zdazy wszytkiego opowiedziec? rano jest tyle waznych spraw do omowienia. wychodzimy z domu, pod nogami chrupie snieg. jestem szczesliwa.