dzisiejsza noc udowodnila, ze z szerokimi biodrami i prawdziwymi piersiami, zblizajac sie do 40-stki tez mozna odniesc sukces.
dziekuje kate winslet.
malinowy terminator.
leksykon ksiezniczek na dobranoc, lyk wody i calusy:
– spij dobrze bambola. niech ci sie cos pieknego przysni. jutro sobota. mozemy sie wyspac za wszystkie czasy… – przytulam zjmeczona maline mocno. jest pozno.
malina sennie odwzajemnia uscisk:
– hasta la vista, baby.
i co ja teraz zrobie.
malina chce sie przeprowadzic do sasiadki. moge ja odwiedzac kiedy chce.
jak kukulka
podrzucam jutro maline na dwie godziny do sasiadki, ktora ja uwielbia. zawsze sobie stoja pod plotem i malina zwierza jej sie z roznych tajemnic. jutro jest waskie gardlo, korek, sytuacja bez wyjscia, pistolet u skroni: i maz i ja musimy byc rano w biurach a malina chora i nie moze do przedszkola. zaraz po spotkaniu pedze do domu i ja odbieram, ale malina tak to oprzezywa, ze nie moze spac. cieszy sie jak nie wiem. narysowala mnostwo obrazkow, ktore chce jutro zabrac w prezencie i co raz rzuca mi sie na szyje: mamusiu, jak ja sie ciesze!!! dzwoni oma. malina przejeta w sluchawke:
– jutro mamusia do pracy, tatus do pracy a ja? a j a d o s a s i a d k i!!! ktorej? no do tej co mi zawsze macha reka… tam co mieszka ta co macha reka, ta co mowi po polsku i ta co wlasnie umarla.
wtracam sie delikatnie i tlumacze, ze ta co umarla to jej tam nie ma.
– jak to nie ma? – niecierpliwi sie malina moja glupota – jest. tylko jej nie widac.
sluchalam dzis po drodze do domu.
If you were falling, then I would catch you.
You need a light, I’d find a match.
Cuz I love the way you say good morning.
And you take me the way I am.
If you are chilly, here take my sweater.
Your head is aching, I’ll make it better.
Cuz I love the way you call me baby.
And you take me the way I am.
I’d buy you Regaine when you start losing all your hair.
Sew on patches to all you tear.
Cuz I love you more than I could ever promise.
And you take me the way I am.
You take me the way I am.
You take me the way I am.
to o nas.
malinowa dewocja
malinowa wiara w nadrzyrodzone sily tatusia wzrusza mnie niezmiennie. malina zachowuje nawet w najwiekszym stresie zimna krew i kiedy ja wlasnie mam peknac, wykipiec czy zwariowac zupelnie spokojnie podpowiada: zadzwon do tatusia. i zawsze mnie tym rozbraja.
w sobote bylysmy w filharmonii. polaczenie filharmonii z podziemnym garazem zaprojektowal kucharz albo piosenkarka. no w zadnym razie nie byl to architekt! jeszcze nigdy nie znalazlam dojscia do automatu a potem do samochodu za pierwszym razem. i tym razem nie bylo inaczej. winda dojezdza do pewnego pietra pod ziemie, ale nie tego, ktorego szukamy (poziom d jak…), wybieram schody z wieloma drzwiami, probujemy roznych drzwi. na prozno. rozne pietra ale nie nasze. wkurzam sie, ze malina mi sie zapoci, zdejmuje je kurtke, czapke, szal, rekawiczki. biegamy po schodach i o cudzie znajdujemy w koncu kase. wkladam karte parkingowa, uprzejmy automat informuje mnie, ze trzy godziny w filharmonii kosztuja nas 10 euro. wybieram monetki. mam 9 euro. zakladam malinie kurtke, czapke, szal, rekawiczki, bo zug taki w tym podziemnym garazu ze nie wiem. wsuwam w odpowiednia dziurke karte kredytowa. automat postanawia nie przesadzac z uprzejmoscia: nie akceptuje karty ale sugeruje probe z banknotem. mam w portmonetce 50 tke, automat bierze tylko 10tki i 20stki. biore maline za lapiszona, szukamy odpowiednich drzwi, odpowiednich schodow i z niemalym trudem odnajdujemy kase. pani jest znudzona, zniesmaczona i stara mi sie przekazac te uczucia i gestem i spojrzeniem wymownym. powinnam wiedziec, ze ona jest tu od sztuki a nie od rozmieniania pieniedzy. ale rozmienia. lecimy z malina znana juz drozka. wiele schodow, ale malina lubi skakanie z piatego schodka, wiec nawet jest w sumie zabawnie, nie? nie. automat stwierdza, ze zaoferowany banknot jest zbyt zniszczony. pozostale 10tki i 20stka tez. chce mi sie plakac. biore maline za lapiszona i idziemy do kasy. znudzona pani ironicznie: tak, ten automat to nie akceptuje banknotow. tak juz ma. o jezu, to po co mi kobieto dalas bankoty? daj mi monety teraz albo zaczne krzyczec. chyba cos bylo w moich oczach, bo pani nam milo i serdecznie rozmienila 10tke na monety. i znow wybieramy sie w dluga droge do garazu i automatu. kompletnie spocona malina czuje napiecie. sciska mi reke i pociesza:
– jak sie teraz sie znow nie uda, to zadzwonimy do tatusia! – usmiecha sie.
– tak? i co mu powiemy?
– no zeby nas stad zabral!
(automat za kare kaze zaplacic 13 euro, po cierpliwych poszukiwaniach znajdujemy samochod i szybko sie ewakuujemy. nastepnym razem pojedziemy trawajem.)
stosunki miedzyludzkie na malinowo.
– mamusiu, co ja mam robic jak ktos sie ze mnie smieje?
– czy ja wiem? wzruszyc ramionami albo zapytac z czego sie smieje. jak ktos sie z ciebie smieje, to znaczy ze nie wie co powiedziec.
– a jak mi wtedy powie cos niemilego? ze jestem na przyklad arschloch*?
– a jestes?
– nie jestem!
– no to sie smiej i powiedz zgodnie z prawda, ze nie jestes!
*arsehole (vulg.)
szelki.
ubieramy sie na narty. moje spodnie na szelki, malinowe spodnie na szelki. malina przyglada mi sie krytycznie:
– musisz sobie kupic nowe spodnie.
– tak?! dlaczego?
– bo w tych chyba bola cie piersi, co?
obrzydliwy wpis. BRADZO!!! bardzo obrzydliwy.
zadne malinowe kupiszony, katary, wietrzna ospa, czarne paznokcie,
brudne uszy, starte kolana, nadgryzione ciastka – nic mnie malinowego
nie brzydzi. chyba jestem taka typowa matka. co nie znaczy, ze dopijam
po niej oranzade siorbana przez pol godziny i przegryzana preclem. nie
dojadam wylizanych herbatnikow i nie czyszcze w pospiechu brudnego
policzka posliniona chusteczka. niestety jednak u innych dzieci brzydzi
mnie prawie wszystko. nawet buzia brudna od marmolady. a juz
ciemieniucha u niemowlakow przyprawia mnie o odruch wymiotny. nic na
to nie poradze, zebym sie starala nie wiem jak. malina miala zaczatki
tej choroby, ale od razu zadzialalam oliwka a do ludzi
zakladalam dziecku bawelniana czapeczke, ktora zreszta po dwoch dniach
stala sie zbedna. niemiecki lekarz nie kazal nic robic. polski lekarz
powiedzial, ze to choroba brudu i zebym pracowala mieciutka
szczoteczka. moze dlatego malina miala zawsze aksamitne wloski albo w
piatym miesiacu lysinke jak franciszkanin.
a tu dzis do biura przyszla nasza byla asystenka z pieciomiesiecznym
niemowlakiem. normalnie mna rzucilo, bo wlasnie konsumowalam precla z
kawa. glowa dziecka pokryta skorupka niemal pod moim nosem. o kurcze!
wywinelam sie rozmowa w drugim koncu biura i ucieklam. wplynelo to
dobrze na moja linie, bo precla nie zjadlam. a potem mielismy obiad,
same smakolyki a ona juz prawie, niemal wrzuca mi to dziecie w ramiona bo musi
do lazienki a ja przeciez taka doswiadczona matka.
– ja doswiadczona matka? – wolam w panice – ja z moim dzieckiem jezdze na
nartach. ja nie odwazylabym sie takiego malenstwa wziac na rece!!! ja juz nie wiem jak to jest. no i jestem przeziebiona –
wykrztusilam probujac nie zwrocic obiadu akurat w obecnosci klientow. moja ciezarna asystentka, z ktora ostatnio przerabialam ten temat umarla ze smiechu. nie dojadlam obiadu, zwialam z biura. no niestety. niestety. no sorry.
poranek we dwie.
mrozny poranek. bialy, odswietny swiat nic sobie nie robi z tego, ze wlasnie minal weekend. drzewa otulone diamentowym pylem lsnia w porannym sloncu. malina tez nic sobie z poniedzialku nie robi. na jej liscik wrzucony do pocztowej skrzynki przed snem, wrozka odpowiedziala czekoladowa kulka, wiec malinowa rzeczywistosc jest piekna i radosna. poddaje sie temu nastrojowi. jeszcze na pizame narzucam kurtke, buciory i lece po sniegu do szopy zeby przytaskac drewno. wrzucam kilka szczapek do kominka i lece pod prysznic. malina sie ubiera, ja robie kawe. ogien skwierczy i pachnie. jest cieplo. potem zaplatam malinowe warkoczyki, smaruje malinowa buzie na mroz a przy okazju zabki, bo jak tu nasmarowac buzie, ktora sie nie zamyka ani na chwile tylko papla jakby byla w stachu, ze nie zdazy wszytkiego opowiedziec? rano jest tyle waznych spraw do omowienia. wychodzimy z domu, pod nogami chrupie snieg. jestem szczesliwa.