malinowa anatomia.

gdybym zawsze chciala spojrzec na maline, kiedy mowi:
 – mamusiu! popatrz!
to nie moglabym nic robic. malina bez przerwy cos demonstruje i prezentuje a buzia jej przy tym nie zamyka. przygotowuje kolacje a malina opowiada przedszkolne nowinki, zabawy. nie zawsze jestem ciekawa szczegolow, bo czesto sa to historie mrozace krew w zylach i gdybym sie w nie wczuwala nie poslalabym maliny juz nigdy do przedszkola. tak jak dzis:
 – lukas wzial taki kamien, ze nie mogl go prawie uniesc. i rzucil w paula. prawie mu zlamal ten scheibenklopfer.
 – scheibenklopfer? a co to jest? – dziwie sie, myslac, ze mowa o jakiejs zabawce a spojrzec nie moge, bo wlasnie odlewam makaron.
 – no scheibenklopfer. co sie nim stuka w szybe.
 – ale po co sie stuka w szybe?
 – no jak sie chce zapukac w okno. – malina tlumaczy cierpliwie.
 – i lukas to zlamal?
 – tak… no nie. p r a w i e zlamal. pani przykleila mu plasterek.
 – gdzie mu przykleila plasterek? – dopytuje sie.
 – na ten scheibenklopfer! – malinowa cierpliwosc tez ma swoje granice.
 – malina. co to jest scheibenklopfer?! – odwracam sie do dziecka.
 – no do stukania w s z y b e! inaczej to nazywa sie tez kolano palcowe. – malina prezentuje zgiecie palca – o tu!!!

juz padalam na nos ze zmeczenia, ale taki mnie szlag trafil, ze przestalam byc spiaca.

juz po raz drugi odkad jestem w tej firmie zdarza sie taka historia. trudny projekt, trudna agencja, kryzys, za maly budzet, stresujacy klient. zmeczony, wkurzony producent, ktory traci nerwy i puszcza pare wentylem mailowym. wyzywa sie na przyglupiej agencji (jedna z najkreatywniejszych w niemczech, super wazny klient) i wysyla mail do obu szefow, do mnie i… do agencji. czytam ten mail juz po raz 10-ty i za kazdym razem mam wrazenie jakby ktos mnie kopnal w brzuch. dziekuje bogu, ze w mailu pominal na szczescie fakt, ze kontakt z agencji jest pedalem i co on na ten temat mysli, bo mogloby sie skonczyc w sadzie. a tak. tracimy pewnie waznego klienta. producent wlasnie zauwazyl blad. wyslal mi wiadomosc skypem: no to jutro trace prace. dobranoc.
nie wiem co mu powiedziec. sto razy blagalam na poniedzialkowych spotkaniach: ludzie, jak was agencja wkurza to idzcie na tajski masaz, pokrzyczcie w kiblu albo wyzalcie sie przy papierosie na balkonie. mamy najwiekszy dachowy balkon w monachium. ale nigdy. NIGDY pisemnie. nigdy.

cos sie jej pokrecilo.

malina pokazuje mi – stosunkowo nowe – rekawiczki. niestety dziurawe. dziecko oburzone:
 – no popatrz. takie nowe rekawiczki! ile ja je nosze? dopiero dwa miesiace czy dwanascie lat czy juz sama nie wiem jak czesto a one juz maja dziury!

jak to z tymi uszami bylo.

mecze sie: zostawic to tak? czy nie zostawic? nie umiem zostawic. zawsze wierce dziure w brzuchu. rano jedziemy do przedszkola:
 – malina, czy ktos cie kiedys pociagnal za ucho? – pytam, bo moze panie w przedszkolu maja jakies nowoczesne metody wychowania?
 – nie.
 – to czemu wczoraj myslalas, ze moglabym to zrobic?
 – bo tak jest w ksiazeczce. niektore mamy nie klepia w pupe tylko ciagna za uszy.
 – ale ja ja cie nie klepie i nie ciagne. przeciez wiesz. dlaczego myslisz, ze moglabym to zrobic?
 – pomyslalam, ze moze tez znasz te ksiazeczke i przeczytalas moze, ze tak sie robi.
 – tak sie nie robi. nikogo nie wolno ciagnac za uszy. to jest wstretne.
 – ok.

wieczorem:
 – malina, ktora to ksiazeczka, gdzie mamusia ciagnie dziecko za ucho?
 – nie pamietam.

nie rozumiem.

zezloscilam sie dzis na maline jak nie wiem co. stoje w kuchni i pokazuje jej palcem drzwi:
 – wyjdz stad i przemysl to! jak przemyslisz to porozmawiamy!
a malina wpada w histerie, ryczy wnieboglosy, lapie sie za uszy i placze:
 – ale nie ciagnij mnie znowu za uszy!!!!

nigdy w zyciu nie pociagnelam jej za uszy. nomalnie zatkalo mnie.

wstretny dzien

nic nie wychodzi. branza zachowuje sie jak kobieta trzy dni przed okresem. wie, ze wolno, ze naukowo wytlumaczalne, wiec wywala z siebie cala zolc. kryzys jest usprawiedliwieniem na wszystko.
jeden z naszych producentow wywiesil sobie haslo kolo biurka: "kocham moich klientow. oni splacaja moj kredyt mieszkaniowy" i gapi sie w to haslo w trakcie nieprzyjemnych rozmow telefonicznych.

malinowe glücksmomente.

malina przysluchuje sie mojej rozmowie telefonicznej. rozmawiam z rezyserem o nowym projekcie:
 – … no wiesz, takie mgnienia radosci, sekundy szczescia, uchwycone migawki, obrazki, scenki…
koncze rozmowe. malina ciekawie:
 – co to sa mgnienia radosci?
 – no takie momenty w ktorych czujesz, ze jestes szczesliwa. wiesz o co chodzi? masz takie momenty, ze czujes sie bardzo szczesliwa?
malina zastanawia sie chwilke:
 – tak. jak jestem z toba.

o boze, chyba gdzies w tajemnicy malina studiuje poradnik domowy pt. "jak wzruszyc mamusie do lez. 10 najprostszych sposobow."

malinowe tajemnice i obiecanki.

po kominkowym remoncie zostalo kilka pstryczkow elektyczkow, ktore nie wlaczaja zadnej lampy. malina pstryka takim jednym i nic.
 – a od czego jest ten kontakt?
 – uuuuuuu!!! to wielka tajemnica! – drocze sie
 – tajemnica?! powiedzialas, ze w rodzinie nie ma tajemnic. – malina kiwa paluszkiem
 – ale to jest wieeeeeelka tajemnica. moge ci ja wyjawic jak tez mi wyjawisz jakas wielka tajemnice…
 – dobrze. – zgadza sie malina bez zastanowienia. tlumacze wiec, ze tym pstrykiem bedzie sie wlaczalo druga lape w przepokoju, ktorej teraz jeszcze nie ma. teraz kolej na maline. no ciekawe, ciekawe. malina nie zastanawia sie dlugo:
 – powiem ci w wielkiej tajemnicy, ze obiecalam wszystkim, ktorzy przyjda na moje imieniny, ze im kupisz indianskie kostiumy.

to musi troche bolec.

na srode popielcowa obiecalam sobie, ze zawiesze na jakis czas konsumpcje alkoholu. nie wiem, moze to byla zbyt pochopna decyzja?

juz mi troche smutno.

no ale powstrzymanie sie na przyklad od palenia paierosow nie ma sensu, bo nie pale…

nie wybralam jeszcze dnia koncowego. zastanawiam sie jeszcze.

przyznanie sie do zdrady.

na obu forach dziennikowych toczyly sie wczoraj i dzis dyskusje na temat zdrady w aspekcie przyznania sie do winy. a to zartobliwie a to powaznie jak na pogrzebie. wydawalo mi sie, ze sprawa jest jednoznaczna. ale nie jest. wiele osob uwaza, ze przyznanie sie do winy jest obarczeniem partnera problemem. normalnie czytalam te komenty po dwa razy, bo nie moglam uwierzyc w ich logike: kobieta zdradza i automatycznie staje sie opiekunka ogniska domowego, nie chce zmartwic meza i sama katuje sie problemem, nosi w sobie ten grzech samotnie. sierpi. wiele osob woli dla swietego spokoju przemilczec, zapomniec, klamac. zyc we wlasnych sikach normalnie. czytam i czytam i nie wierze wlasnym oczom.