www.dresdnerstollen.de

to byl weekend pod kazdym wzgledem znakomity. w niedziele troche zaspalismy na sniadanie, ale nikt z tego nie robil problemu. siedzielismy przy tarasie z widokiem na doline, po tarasie przechadzaly sie sarenki a obok nas przy wielkim stole sniadaniowala wielopokoleniowa rodzina. wszyscy gadali niezmiennie smiesznym szwabskim dialektem a niektorzy amerykanska angielszczyzna ale wszyscy nalezeli do jednej, bardzo zadowolonej ze wspolnego sniadania rodziny. po podlodze dla pelnego obrazka przewracala sie slodka 2 letnia blondyneczka, ktora chyba urodzila sie zeby sie usmiechac. pelna sielanka.
dziadek – glowa rodu chyba – postanowil sniadaniowo sprawic wszystkim stylowa niespodzianke. zapytal kelnerke czy moga kupic stolle, bo chcialby tak adventowo zadowolic rodzine. uuuu no tu sie kelnerka stroskala, ze musi zadzwonic do wlascicielki, stolle sa tu pieczone przez gwiazdkowego kucharza, dokladnie wyliczone i ona tej trudnej decyzji nie moze podjac samodzielnie. pol godziny biegal personel kuchenny na zmiane z personelem hotelowym w poszukiwaniu wlascicielki. w koncu znalezli ja telefonicznie ale polaczenie bylo kiepawe i tak dobry kwadrans omawiali czy mozna te stolle kupic, zapakowac, ile i za ile. w koncu doszli do porozumienia. po dobrym kwadranscie dwie mlode kelnerki wkroczyly z kartonami wypelnionymi 8 stolle(nami?), ulozyly je jeden na drugim na lawie a wtedy sliczne dziecie blond stracilo ochote na usmiechy i zaczelo robic zle miny, odpychac kazdego, kto chcial ja pocieszyc, z gburowatej miny dziewuszka przeszla w placz az do tonu syreny. w koncu glowa rodziny, szlachetny dziadek postanowil zajac sie wnuczka i przemowic jej do rozsadku (prawnuczka?). kucnal i zaczal przemawiac, glaskac i uspokajac. tak sie wczul w role, ze stracil rownowage i zeby nie upasc na podloge resztka sil przesunal sie do tylu i padl calym swoim jestestwem na… lawe i kartony pelne ciasta, ktore nagle stracily cala swoja dostojnosc i zrobily sie calkiem plaskie.
a ja umarlam ze smiechu. i zmartwychwstalam duzo pozniej. amen.

mikolaje malinowe.

co durgi dzien jakis mikolaj. w sportowej trzy godziny "pomagania" mikolajowi: wspinaczka po drabinie do komina, sturlanie sie pod dachu, ciagniecie san z prezentami, skakanie do komina. w szkole muzycznej za tydzien przedstawienie, w ktorym malina gra lisa. we flamenco przedstawienie a potem goracy punch i pierniki. w polskiej szkole wesoly mikolaj z cukierkami. w sobote mikolaj wrzucil troche slodyczy, owocow i szczoteczke do zebow do wystawionych butow. a dzis w przedszkolu, dopiero wieczorem, w ciemnosciach przychodzi "prawdziwy" mikolaj w granatowym plaszczu. przynosi tylko kilka ciasteczek, ale rozmawia z dziecmi, spiewa wspolne piosenki i kazdemu dziecku dokladnie opowiada co, za co i dlaczego. w tamtym roku wszystkie dzieci dokladnie wiedzialy co komu mikolaj powiedzial a malina od tej pory maluje mikolaja na niebiesko, wbrew wszelkim wysilkom marketingowym coca coli.
kiedy tak patrzylam jak panie w przedszkolu serdecznie witaja sie z kazdym dzieckiem, to pomyslalam, ze bedzie nam brakowalo waldorf. z wielu powodow bedzie.

za rogiem.

ani miedzynarodowa szkola, ani waldorf, ani zakonna dziewczeca, ani najdrozsza prywatna w centrum monachium.

malina pojdzie do szkoly tu za rogiem.

na piechote okolo 5 min.

to jest nasza wiara w jej inteligencje, urok i talenty.

ogladam wiadomosci i placze. taj mal hal palast zostal ostrzelany przez terrorystiow w indiach. moj maz powinien tam wlasnie byc jak rok temu o tej porze. przesunal wyjazd, bo kryzys trzyma go w ryzach stresujacych spotkan na szczycie tu w monachium.

swietych obcowanie

jak bylam taka mala jak malina to nikt nie mial w glowie przewrocone pedagogika waldorf, wiec moglam u babci ogladac telewizje do woli. ze skakanka, ktora awansowala do rangi mikrofonu wtorowalam sipinskiej, jantar i grechucie w sopocie i opolu, machalam chustkami w chorku z kabarecikiem olgi lipinskiej, jak bylam grzeczna to moglam nawet obejrzec bajke dla doroslych z kobuszewskim ale tak naprawde to kochalam sie glownie w swietym (http://pl.wikipedia.org/wiki/Simon_Templar).
pewnie dlatego jak przyszlo co do czego to wyszlam za maz za swietego czlowieka. zamiast budowac jakis kominek powinnam mu postawic pomnik w centrum monachium. za cierpliwosc, wyrozumialosc, wyczucie chwili, niezlomnosc, umiejetnosc zaciskania zebow, niepoprawny optymizm, silna wole, za to ze mnie zabiera na romantyczny weekend za tydzien i ze nasza corka mowi o swoim mezu:
 – teraz on musi wstawac raniutko i robic mi kawusie. a jak bedziemy miec dzieci to tez malinowa herbatke.
prawdziwi mezczyzni tacy sa. swieci.

proznia doskonala.

pamietam taki egzamin na studiach na ktory zupelnie sie nie przygotowalam. przepytywala mnie straszna pila, ktorej sie strasznie balismy. widzialam tylko swoje buty i te buty tak mnie jakos zajely (z brazowego materialu, znam do dzis dokladnie kazdy szczegol), ze zapomnialam jakie bylo pytanie. siedzialam tak, gapilam sie na swoje stopy i z jednej strony  wstyd mi bylo poprosic o powtorzenie pytania, z drugiej bylam wsciekla, ze zaraz zalicze w indeksie dwoje ale ogolnie cala sytuacja smieszy mnie, jest absurdalna i musze sie dobrze trzymac zeby sie nie rozesmiac. z wysilku i wzruszenia nad wlasna beznadziejnoscia wilgotnieja mi oczy a pani profesor sadziac, ze mam jakis problem odsyla mnie do domu z pustym indeksem i daje nastepny termin.

dzis przezylam dokladnie taka sama sytuacje. 20 lat pozniej. inne rekwizyty, inna sceneria, zamiast butow rysa na scianie budynku widocznego z okna naszego biura. pytanie o plan, o idee, o sposob. sama nie wiem o co dokladnie. nie odpowiedzialam nic. zamiast drugiego terminu dostalam zapewnienia, ze jestem swietna, swietna, swietna. a ja jestem pusta, wypalona i nie moge sie zebrac w sobie.

malinowe noce.

rozmawiamy sobie przy winku, swieczki sie pala. szkole waldorf i inne aspekty zycia rodzicielskiego rozkladamy na czynniki pierwsze i nawet nie zauwazamy ze juz prawie polnoc. cichy szelest w kuchni i nagle malina staje obok stolu. tak nagle i niepostrzezenie, ze serce staje mi z przerazenia, wydzieram sie ze strachu jak idiotka przez co przyprawiam meza o niemal zawal serca a dziecko o lzy. no taka strachliwa jestem niestety juz od zawsze. opanowuje sie szybko, uspokajam maline, wacalowujemy sie wszyscy do utraty tchu, biore maline za lapke i idziemy na gore. po drodze tlumacze, ze w nocy sie spi, zeby odpoczac, rosnac i snic cos ladnego:
 – nie moge spac jak jest tak cicho. myslalam, ze was nie ma.
 – ale przeciez my jestesmy zawsze.
 – ale was nie slyszalam.
 – ale przeceiz jest noc. w nocy ma sie oczki zamkniete i nic sie slyszy, bo sie spi. w nocy nigdy nas nie slyszysz.
 – zawsze was slysze. slysze jak chrapiecie.

cenna zona.

jestem pania po 40-stce. pomyslalam w perfumerii, ze juz niewiele lat mi zostalo na wydawanie pieniedzy na upiekszajace kosmetyki. za kilka lat pewnie bedzie wszytko jedno. tak zainspirowana dolozylam do tradycyjnego zestawu shiseido kilka dodatkowych ekskluzywnych wariactw. zachwycona sprzedawczyni wrzucila mi do torby dwa kilo roznych probek, perfum, blyszczyk kokosowy do ust dla maliny, jakies kule do kapania i pyl na wlosy ( ze niby kosmiczny:-)
maz podziwia piekne butelki w lazience (benefiance tonik wyglada jakby sie upil, swietny design) i komentuje:
 – czy to zeby moja piekna zona byla jeszcze piekniejsza?
 – nie. zeby byla biedniejsza… ale pomyslalam sobie, ze jestem tego warta, ze tak rzuce haslem z mojej branzy…
na to maz – moze czytal poradnik: jak zadowolic starzejaca sie zone?:
 – co? ty jestes wiecej warta niz cala perfumieria. niz kilka perfumerii!!!
no taki romantyk mi sie trafil. i zaraz mysle o lesmianie, ktorego pewnie nigdy nie przetlumacze na niemiecki:

Dusza twoja śmie marzyć, ze w gwiezdne zamiecie
Wdumana, bedzie trwała raz jeszcze i jeszcze,
Lecz ciało? Któz pomyśli o nim we wszechświecie,
Prócz mnie, co tak w nie wierzę i kocham i pieszczę?
I gdy ty, szepcząc słowa, w ust zrodzone znoju,
Dajesz pieszczotom ujście w tym szepcie, co pała,
Ja, zamilkły wargami u piersi twych zdroju,

Modlę sie o twojego nieśmiertelność ciała.