sobota.

ostatni dzien polskiej szkoly. nie wiadomo czy w przyszlym roku zajecia nadal beda sie odbywaly. ministerstwo edukacji oplaca hojnie wybrane placowki. inne traktuje po macoszemu. na szkole w monachium daje malo pieniedzy. w berlinie, dokad zawsze pokazowo podrozuje prezydent i premier, oplacane sa nawet ksiazki i cwiczenia dla uczniow. jesli rodzice doloza prywatne pieniadze, ministerium przestanie dotowac te szkole, bo wtedy bedzie to szkola prywatna. z drugiej strony rodzice nie moga przejac pelnych kosztow szkoly, bo niemiecka polonia jest generalnie biedna. nie ma sie co ludzic. jak sie zle ulozy to malina jako corka marnotrwna bedzie musiala wrocic do poprzedniej szkolki przykoscielnej, bo nie bede jezdzila 160 km do norymbergii.

wieczorem pojechalismy na weihnachtsmarkt. monachium w pelnej krasie, opera, ratusz, zapach grzanca i piernikow, zadowoleni ludzie i ja wniebowzieta na poczatku a potem coraz bardziej sfrustrowana z mezem, ktorego takie tlumy ludzi zawsze wkurzaja i wprawiaja w zly humor i corka, ktora cos z taty odziedziczyla. malina laskawie zjadla gofra z bita smietana:
 – mamusiu, jak chcesz to mi kup!
kupilam kurcze bo to najlepsze gofry na swiecie. potem troche pogapila sie na genialne ozdoby choinkowe, lalki, gwiazdy (ta lylowa mamusiu, fajna, co?) i dopiero przy drewnianej szopce, przy ktorej siedzial rzezbiarz i strugal kolejne baranki i pasterz z lekka sie ozywila.
 – jestem zmeczona. bola mnie nozki i chce do domu. – oznajmila po kwadransie.
az sie humor mojemu mezowi poprawil! wlasnie stalismy pod ratuszem i bylo naprawde przepieknie. dobrze. postawilam warunek ze jeszcze dojdziemy 50 metrow do szopek i wracamy do domu. tam jednak malina zobaczyla wielka fontanne zabudowana na zime spadzistym dachem z drewna. nagle przestaly ja bolec nozki, biegla na szczyt i z rozbiegu – rzucajac sie malowniczo na kolana! – prula w dol, na co pozwalal sobie tylko jeszcze jakis nastolatek. inne dzieci grzecznie, powolutku slizgaly sie w dol na nozkach. stalam tak zachwycona wigorem malinowym i wiatrakiem z szopka. maz wciskal mi w dlon goracy kubek grzanca z zoltkiem i tak pocieszylam sie z weihnachtsmarkt przez dobre pol godziny. po powrocie do domu powiesilam spodnie (nowe) na kaloryfery wcale nie sprawdzajac kolan. pewnie i tak ich nie ma, ale co mam sie denerwowac? wystarczy, ze moja mama nie moze sie zdecydowac czy przyleci do nas na wigilie. miesiac temu samoloty byly calkiem tanie a teraz kosztuja z dnia na dzien coraz wiecej. ale granie na nerwach wlasnej corki jest bezcenne przeciez.

maz przeprosil mnie wlasnie za glupia mine i poprosil i druga szanse:
 – jutro pojdziemy, bezdiemy jesc kielbasy z grila i bede sie caly czas smial. slowo.
ale czy ja chce go tak terroryzowac?

(tak:-)

Dodaj komentarz