cele sa wzniosle. realne. jasno okreslone. ludzkie. nie mozna isc do
walki wyborczej o glosy z elitarnymi ideami dla wybranych. nie da sie
populistycznych igrzysk wygrac wysublimowanymi argumentami. znow placi
sie olbrzymie pieniadze na przygotowanie wyborow "negatywnych" czyli
wiadomo, kto ma przegrac, ale wymarzonego zwyciezcy nie ma. bierna
postawa obserwatora, ktory na koncu powie tylko: a nie mowilem?
strasznie szkoda pieniedzy na te wybory.
wpis wielce trywialny.
w lodowce mam zawsze duzo roznych serow. kilka prawdziwych smierdziuchow. zeby mi po lodowce nie lataly kupilam specjalne pojemniki, podzielilam na grupki i zamknelam. wlasnie otworzylam jeden. i normalnie mnie o sciane rzucilo. pudelko bylo zamkniete tylko jedna dobe a stalo sie eteryczna bomba szerokiego razenia. otworzylam wszystkie okna.
zakupy
zanim dotrzemy do dzialu dzieciecego ogladam sobie spinki, gumki, szaliki i czapki w dziale doroslym. jestesmy w h&m. malina co i raz przynosi imitacje diamentowych kolczykow, kapiace zlotem naszyjniki, perlowe spinki. kilka rozbawionych pan przyglada sie nam zyczliwie. malina przy niczym sie nie upiera i grzecznie odwiesza te blyskotki na miejsce. przynosi jeszcze czapke przetykana zlota nitka zebym kupila jesli nie dla niej to chociaz dla tatusia! moja odmowe przyjmuje ze stoickim spokojem. pozlacana czapka wraca na miejsce a malina dzierzy w lapkach kolejne odkrycie: malinowy beret.
– te czapeczke bym chciala. – oznajmia.
– no to jest dorosly beret, malina, duzo za duzy na ciebie! – spodziewam sie kolejnego, latwego zwyciestwa ale tym razem malina idzie do lustra i przymierza wielki beret. wyglada stylowo, genialnie, takie dziecko o poranku w nowym jorku. zywa reklama pieknego dziecka w pieknej czapce. cool. waham sie, bo w sumie to jest beret dla doroslych. stojaca obok pani nie wytrzymuje i smieje sie:
– jak jej pani nie kupi to sama jej kupie!
smieja sie wszystkie panie w dziale czapek i szali i po raz pierwszy od kilku dni smieje sie tez ja.
******
idziemy do dzialu dzieciecego. malina cos sie lapie za pupe.
– chcesz isc do toalety? – pytam po polsku, na co moje dziecko wola po niemiecku:
– nie. trzymam sie za dupe, zeby nikt nie widzial, ze puscilam baka.
umieram ze wstydu, place szybko i wychodze.
trzeba sie zastanowic.
jako dziecko uwielbialam kiedy mama zabierala mnie na obiad w miescie. tak mi sie to dzis przypomnialo. siedzimy na wysokich, barowych stolkach i jemy crepes z serem i pomidorami. troche maline poganiam, bo wszystko robi sie zimne a malina zuje i zuje. strasznie powoli.
– jedz szybciej prosze, bo ci wszystko wystygnie.
malina odklada sztucce. i tlumaczy troche zamyslona:
– nie mozna tak szybko jesc. trzeba czasem zrobic przerwe. zastanowic sie. popatrzec na ludzi… na rowery…
niestety nie przychodzi mi zadna pedagogiczna odpowiedz do glowy, wobec czego wszystko stygnie, ale nawet na zimno zostaje zjedzone. na deser panacota z malinami.
ta coreczka jest moja.
malina slucha najpierw co mam jej do powiedzenia, po czym kiwa lapka i oznajmia:
– teraz ja ci chce cos powidziec.
slucham wiec.
– mamusiu, jak chcesz mi kupic te cieple rajstopki to idz i kup a ja tu sobie poczekam. – i malina wskazuje sklep lego, w ktorym zamierza na mnie poczekac. natychmiast oponuje:
– no co ty! nie zostawilabym cie tu samej. jeszcze by ktos przyszedl i cie zabral!
kiedys to skutkowalo, dzis malina odpowiada spokojnie:
– no co ty! przeciez wszyscy by widzieli, ze nie jestem tego ktos coreczka!
tomas lis i jego ortografia
Witamy z Polski. Oto dramatyczny moment w historii naszego kraju. Już za miesiąc zdecyduje się jego przyszłość. Tak ważnych wyborów nie mieliśmy podobno od 1989 roku. Chwila jest dramatyczna, to i kampania fascynująca. Tyle się dzieje. Wyżynają się właśnie jedynki. Na listach wyborczych się wyżynają. W Krakowie się wyżynają. I w Katowicach się wyżynają. Nie wiadomo kiedy przyjdzie czas na kolejne ząbki. Może jeszcze przed wyborami.
http://sondaz.wp.pl/kat,60874,wid,9220933,
wiadomosc.html?rfbawp=1190298148.300
– normalnie lubie pisanie lisa. ma pioro lekkie, dowcip inteligentny, retoryke wielowartswowa. ale co z ortografia?
walka na smierc i zycie.
pisze maila. maz w irlandii, malina spi na gorze. czuje, ze jednak nie jestem w tym pokoju sama. w ogrodzie to bym przynajmniej sie opanowala nauczona doswiadczeniem z jezem, ale w pokoju? jest mi dziwnie. patrze na monitor, ale katem oka widze, ze cos sie rusza. cien chyba, bo na zwierze za ciche, na muche za duze. nieprzyjemnie. rzucam okiem raz. boze! patrze jeszcze raz i sama nie wierze w to co widze. widok jak z jakigos trzeciorzednego horroru jeszcze na czarno-bialo i bez dzwieku. nieme kino, ale dreszcz przebiega mi po plecach, bo po podlodze idzie pajak. wielki jak moja dlon. w zyciu czegos tak obrzydliwego nie widzialam. chce zabic natychmiast, ale sie brzydze i boje. serce lopoce mi w przelyku, skroniach, brzuchu. zdejmuje but i rzucam w to czarnidlo. trafiam w dwie nogi, reszta pajaka zaczyna sie rzucac, szamotac az wydostaje sie spod buta i niesmowitym pedem galopuje pod fotel. dzialam szybko i zdecydowanie, choc glownie chce mi sie wymiotowac. ciskam fotelem – nielekkim zreszta – we wszystkie strony. podbite filcem nozki ulatwiaja mi akcje. jest! ze wszystkich sil rzucam drugim butem. "ciap" – rozlega sie miekkie i przyprawia mnie o mdlosci. pierwszy odruch: zadzwonie do meza. gdzie idiotko! maz siedzi w samolocie i peknie ze smiechu jak mu zostawisz wiadomosc na sekretarce. drugi odruch: wyjsc na dwor. lepsze! wychodze. marzne. rozdygotana ide wiec do piwnicy po wino. przenosze sie na drugi koniec pokoju i z daleka, popijajac ulubiony trunek, obserwuje but. lezy na srodku pokoju i sie nie rusza na szczescie. musze sie upic, zeby to wyrzucic. (razem z butem?) gdyby maz wracal jutro to bym poczekala, ale do piatku musze sie jednak jakos pozbyc tego trupa.
dobrze, ze nikt nie widzial mnie przez okno. gdyby mama sasiadeczki zobaczyla moj nagly zryw i szamotanie sie i fotelem po pokoju, moze zabronilaby dziecku zadawac sie z malina. bo jak mama wariatka, to kto wie…
ale sie zadyszalam normalnie.
moje plany
sa trywialne jak wszystko co dzieje sie akurat w moim zyciu. wylaczyc nalezy tu: maline, meza i roze. i nie moge dojsc ze soba do ladu: skoro to wszystko nie jest tym o czym zawsze marzylam ("bo to wszystko nie to, nie to, nie tak!…") to czemu nie moge tego ot tak, lekka reka rzucic w diably? nie pracowac, zajac sie malina, mezem, domem i w spokoju zmajstorwac jakis nowy sposob na zycie?
boje sie, ze nic nie wymysle. tak. powstrzymuje mnie strach. uczucie, ktorego do tej pory nie znalam.
w szkole muzycznej.
szkola muzyczna. malina czeka na srode przez caly tydzien podobnie jak na polskie przedszkole w soboty. dzis pojechalysmy na rowerach. malina szczesliwa przeskakuje schody, wesolo zmienia buty, wiesza rowerowy kask na wieszaku. obok nas dziewczynka ze lzami w oczach. o rok starsza. za nic nie chce zeby mama ja zostawila sama, ma wejsc z nia na zajecia. mama tlumaczy, ze nie mozna i juz, wiec dziecko zaczyna stawac okoniem. natchniona chwila szepce malinie: wez ja za raczke i wejdzcie razem. malina z usmiechem podchodzi do nieznanej kolezanki i tlumaczy po niemiecku jak malemu dziecku:
– chodz ze mna. mama pojdzie a potem wroci. tak samo jak w przedszkolu.
mama dziewczynki podchwytuje:
– no wlasnie: jak w przedszkolu!
dziewczynka bierze maline za raczke i razem wchodza do sali. ja nie moge ruszyc sie z miejsca, bo spuchlam z dumy jak purchawka. mama dziewczynki kreci glowa z podziwu i wdziecznosci. jezu jak mi dobrze.
noc lwow.
dwoje ludzi spaceruje brzegiem morza. kiczowato romantycznie. nie ma nic piekniejszego niz zachod slonca, smak imbirowej lemoniady i… seksu z kobieta o polowe mlodsza. wlasnie wrocilam z lokalnej powtorki z cannes, dla tych co nie dali rady pojechac na pradziwy festiwal. zlote lwy rozdane jeszcze raz, oklaski, gwizdy, smiech, tupanie. wymykam sie z afterparty. w domu szybko zmywam makijaz, nalewam sobie piwa. szkoda mi kazdego wieczoru poza domem. sama siebie nece, prowokuje, kokietuje wizja zmiany.