malinowe marzenia ortodontyczne

energicznie wycieram maline po kapieli. malina lapie recznik zebami.
 – o matko! nie rob tego wiecej, bo malo ci zebow nie wyrwalalam! – wolam przestraszona. malina smieje sie:
 – ale by bylo fajne. nareszcie bym ich nie miala!
 – czy ty myslisz, ze to tak fajnie jak zeby wypadna?
 – tak!
 – dlaczego?
 – bo mozna pokazywac jezyk przez dziurke!

granica cienia. prog?

na lotnisku mila pani, specjalistka w dziale shisheido doradzila mi krem do oczu dla cery dojrzalej ale nie antyzmarszczkowy. nawilzajacy. schudlam kilka kilo a kosmetyczka wczoraj nadala mojej twarzy wyraz blogi i zrelaksowany. maz twierdzi, ze kwitne. tak oto godnie wkraczam w wiek matrony.
dzis mam sluzbowo wielkie przyjecie galowe, pewnie do rana. rano wskakuje w pierwszy samolot i lece swietowac moje urodziny w ogrodku. dzien pozniej wprawdzie, ale w moim wieku to juz sie wie, ze jeden dzien w te czy wewte nie ma wiekszego znaczenia. spokoj i zyciowy dystans normalnie. nie przywiazuje uwagi do rocznic, ale inni tak, dlatego obaj szefowie nie moga sie nadziekowac, ze jednak biore udzial w uroczystym wieczorze w hamburgu, a koledzy nie moga sie nadziwic jak sie poswiecam dla firmy.
w samolocie przyszlo mi do glowy, ze najlatwiej poznac kto rzadzi swiatem jak sie siedzi w business klasie: jestem jedyna kobieta. wokol duzi chlopcy w wyprasowanych koszulach, lsniacych krawatach poprawionych w ostatniej chwili przez czule zony; sliczne zegarki, pieknie wystrzyzone glowy, dyskretna opalenizna: jestem zadowolony, odnosze sukces, jestem zdrowy i gotowy. a w die zeit artykul o tym, ze kobiety zyja srednio 6 lat dluzej. moze dlatego, ze nie lataja business class? pomysle o tym pozniej.
ide na obiad z kolezanka. nie czuje zadnego przekraczania progu. wczoraj pytalam kosmetyczki co mysli o botoxie. odpowiedziala, ze lepiej, zebym te forse zainwestowala w swieczki i codziennie jedna zapala w kosciele w podziece za dobre geny. no dobra.

malinowe wycinanki

wielkie party w haus der kunst. genialny olbrzymi taras, na nim calkiem eleganckie towarzystwo saczy rozne chlodzone trunki, czesto z babelkami, ale tez piwo tym razem w staromodnych butelkach z fajansowymi krokami na drucie jak oranzada z mojego dziecinstwa. angielski ogrod sluzy za cudowne tlo. najbardziej lubie fakt, ze nigdzie nie musze leciec a nocna taksowka zawozi mnie prosto do domu. jeszcze kapie maline i czytam jej do snu. jak zawsze przekupuje mnie zeby polezec w naszym lozku i zobaczyc co zaloze. wyjmuje z szafy nowa kiecke, ktora kupilam do cannes, ale jeszcze nie nosilam. na ten wieczor wymarzona. malina robi okragle oczy:
– o! pieknie!
ale nagle jej wzrok wedruje gdzies w okolice moich kolan:
– mamusiu, ktos ci tam cos wycial…
spogladam w dol. tak. w okolicy kolana wycieta jest nierowna dziura cos w rodzaju polkola.
– malina! ktos? kto? kto to wycial?
– nie wiem.
– jak to nie wiesz? tu mieszka tatus, ty i ja, wiec kto to wycial?
– nie wiem. tatus pewnie… nie…
– no tatus nie! to kto???
malina jest wyraznie zmartwiona i juz dawno nie widziala mnie w takim gradowym humorze. ta dziura to okropna pointa wstretnego dnia pelnego klopotow.
– to ja ucielam. ale juz dawno.
– dawno? tydzien temu tego nie bylo. dlaczego to zrobilas?
– chcialam taki piekny material na duszka.
– na duszka?!
– na duszka z materialu…
– gdzie masz tem wyciety kawalek?
malina prowadzi mnie do swojego regalu z ksiazkami, wyciaga dwie drube ksiazki z bajkami. tam lezy kawalek mojej nowej sukienki.
jestem wsciekla. taksowka czeka, wiec ide jak jestem, mam zly humor i wszytko mi jedno. na przyjeciu wszyscy uwazaja, ze to super pomysl i powinnam kiecke do konca podciac i tak zostawic i wtedy dopiero bedzie widac marke i design. sukienka byla za grzeczna.

zyciowe decyzje. dalekosiezne czasowo i geograficznie.

– mamusiu, chce zrobic ci propozycje.
– tak? prosze bardzo.
– uwazam, ze powinnas mowic ze mna tylko po polsku. ta sytuacja, ze glownie nowimy po niemiecku zaczyna mnie denerwowac.
– … ale mowimy przeciez po polsku…
– tak. ale za malo, wiec zdecydowalam, ze zrobie ci taka propozycje
– dobrze.

wieczorem telefonuje z mama mirabell i dowiaduje sie, ze nasze corki zdecydowaly, ze beda studiowaly w polsce. zamieszkaja na helu u pani hani.

to moje 12-ste cannes

spotykam sie, usmiecham, wymieniam grzecznosci i kilka nawet szczerych usciskow, objadam sie francuskimi kulinarnymi wariactwami w najlepszych restauracjach i popijam je wybornym winem, na dobry humor kilka kropel armagnac z 1962 roku i swieze poziomki. ogladam filmy, odswiezam stare znajomosci, zawieram nowe. staram sie w sobie odszukac entuzjazm z dawnych lat, ale coraz mniej skutecznie. cannes jest fajne, tlumacze sobie, ale nie moge doczekac sie niedzieli, lotu do monachium i wina przy wlasnym stole.

ogrod.

ogrod zwariowal. wyglada jak panna mloda w ciazy albo tort kremowy. roze wybuchly w jakies niesmowite kaskady, mieszaja sie z winem i lylowymi clematisami. zrobilam sobie lapki, wiec co raz musze sie przywolylwac do porzadku, zeby nie poleciec i czegos nie podciac, podwiazac, podkopac. nawet jasmin zglupial. taki byl sobie przymierajacy i kwitl kilkoma marnymi kwiatuszkami, ale szkoda mi bylo go wyrzucic, wiec przesadzilam go za szope, dalam druga szanse. teraz mam tam bialy wodospad, ktory jasminieje na kilka metrow. i wisienki sie rumienia czarujaco. malina nie daje im szans na dojrzewanie. przytaskala trampoline i skacze i wyskubala juz caly dol. twierdzi, ze pycha. sprobowalam: kwas. za to poziomki slodkie jak cukier czerwienia sie na wyscigi. co wieczor malina wraca z kubeczkiem pelnym czerwonych kleinocikow. to co co roku wyrywalam skrzetnie, myslac, ze zielsko, postanowilam zostawic i okazalo sie, ze to jakas cudowna odmiana lylowych makow. czary mary normalnie.

trzeba czasem otworzyc oczy.

moje oczy skierowane sa zawsze na maline. nigdy nie interesowaly mnie dzieci i tak mi pozostalo. malina jest oczywiscie dzieckiem, ale moim i to jest wielka roznica. jeszcze w ciazy obiecywalam sobie i mojej przyjaciolce z jednorocznym synkiem, ze nie bede mojego dziecka porownywac z innymi dziecmi. kazde ma swoja osobowosc. salvador dali sikal w lozko do 7 roku zycia i co? geniusz! wiec wychowywac jak sie da i nie porownywac. nie porownywac rodzenstwa, bo potem najstarsze nosza w sobie rane na cale zycie. nie porownywac z kolezenstwem, bo co dziecko to osobowosc.
w przebieralni po sporcie jak i w innych przebieralniach (po flamenco, po szkole muzycznej, w obu przedszkolach) widze tylko maline. pewnie dlatego nie znam sie na jej znajomych poza tymi, ktorzy nas odwiedzaja. i niecierpliwie sie niezmiennie – szczegolnie od kiedy postanowilam nie uzywac slowa "szybciej" – jak malina sie przebiera. ona sie przebiera wiek caly. to trwa dlugie godziny, bo w czasie przypadajacym na zalozenie jednego buta malina zauwaza trzy osoby wchodzace do szatni, dziurke w suficie, buty kolezanki, pyta czy nie zapomnialam o wodzie dla niej i co bedziemy potem robic i jaka bedzie pogoda za tydzien i czy pamietam jak pol roku temu babcia zabrala ja do teatru. a ja umieram z niecierpliwosci i juz sama nie wiem jak sie zachowac, bo wychodzimy zawsze ostatnie, co mnie smuci, bo mysle, ze malina mimo swoich pieciu lat moze jednak troche gapa i slamazara jest? dlaczego inne dzieci wyskakuja z jednego ubranka, wskakuja w drugie i juz leca dalej? i ostatnio udalo mi sie odpowiedziec na to pytanie. otoz te dzieci nie przebieraja sie same. cos tam zdejmuja, cos zakladaja, ale jednak mamy bardzo im pomagaja. szczegolnie mamy chlopcow. ja nie ruszam ani jednym palcem. siedze obok a malina walczy sama. zwija skarpetki w rulonik, sklada spodnie w kancik. moze warto czasem popatrzec na inne dzieci, zeby docenic swoje? zaprosilam maline na lody, bo poczulam sie bardzo zle. 

socialising

w sobote jedziemy na wielkie urodzinowe przyjecie. z powodu zlej pogody goscie przeniosa sie z pieknej lesnej polany do pieknego palacu. lamie sobie od tygodni glowe nad jakims pomyslowym prezentem, ale brak mi weny. moj maz nie wykazuje zadnej inicjatywy. prezenty go nie interesuja, sam nie przywiazuje do nich zadnej wagi, dlatego nie potrafi mnie wspomoc w podjeciu decyzji. skonczy sie pewnie na skrzynce dobrego wina, ale probuje namowic go do wspolnego brainstorming:
 – no pomysl troche. organizujemy przyjecie na twoje okragle urodziny. goscie sie zjezdzaja z roznych stron. o czym bys tak zamarzyl, czego bys sie spodziewal? co sprawiloby ci przyjemnosc?
 – ze zadzwonia, ze nie przyjada bo cos im wypadlo.

lubie czuc sie potrzebna.

szef potrzebuje pilnie waznej wiadomosci. oddzwaniam, nagrywam sie. trzy zdania, ale wszystko czego mu wlasnie trzeba. za chwile dostaje sms: "my niemcy jestesmy tylko na tyle dobrzy na ile wy polacy nam pozwolicie. dotyczy nie tylko pilki noznej:-)" odpisuje parafraza znanego powiedzenia: "za kazdym niemieckim sukcesem stoi zdolny polak". a wieczorem sobie potelefonowalismy i dalismy do zrozumienia jak sie lubimy.