z gdynia zadzwonila

 – gdzie jestes malinko?
 – w domu czekolady.
 – tak? i co jesz? – (pyta wysoce inteligentna matka!)
 – … czekolade..

*****

 – ale fale hulaly!
 – i bujalo statkiem?
 – baaaaardzo!!!
 – i balas sie troszke?
 – nie! babcia sie troche BOILA, wiec ja trzymalam za raczke, zeby sie nie BOILA.

rozne srodki platnicze.

po drodze na nowe miasto wstepujemy do wiezy kolo sw.jacka. kafejka: na dole dwa stoliki zajete, zapach swiezego sernika i kawy, wspinamy sie po schodach na pieterko. schody jak u mnei w domu. a na pieterku tak jak sobie kiedys marzylam:

troje okien a kazde z widokiem na starowke. mila pani kelnerka musi biegac po tych schodach w gore i w dol. zatrudniam wiec maline do skladania dodatkowych zamowien. malina strasznie dumna biegnie po schodkach a zaraz potem pani kelnerka maszeruje a to dodatkowa kawa, a to herbata a to czekolada z miodem piernikowym. malina cos tam maluje, za oknem chlupie letni deszcz. moglabym tam siedziec caly dzien jak jakas kobieta przy oknie i czytac ksiazke, otulona zapachem swiezego ciasta i wonia mokrego miasta wplatujaca sie przez uchylone okno. ale musimy dalej. wysylam maline na dol z misja – pytaniem czy mozna tu placic karta. malina wraca z wielka beza. jestem zaskoczona, jak mozna bylo przekrecic pytanie o karte w zamowienie bezy wielkiej jak tort? za chwile pojawia sie pani kelnerka i tlumaczy, ze beza jest prezentem dla maliny. na dole wszyscy smieja sie do lez, bo moje dziecko zapytalo czy tu mozna placic kartonem.
– czym?
– kartonem. mamusia sie pyta.

swieta matka

dziwi mnie taka starodawna wiara (tradycja, zwyczaj?) w uswiecenie macierzynstwem. zeby nie wiem jaka idiotka zaszla w ciaze i urodzila dziecko, staje sie nagle swieta, nietykalna matka zaraz po porodzie. nagle ma racje a priori we wszytkim. 

malinowy obiad.

z przuedszkolnej wycieczki do lasu malina przyniosla z kartoflanego pola trzy wielkie kartofle. ja szukalam jej rzeczy na podroz a ona dobra godzine obierala te kartofle. potem uroczyscie sciela dwa ogorki z naszej pieknej ogorkowej plantacji. (slyszala, ze ogorki na podobienstwo dyni sa swietnym warzywem dla poczatkujacych ogordnikow. czy sie chce czy nie chce wydaja swoje podlozne owoce w ilosci nie do porzetwozenia!!! hmmm … na 5 roslin urosly nam dwa srednie ogoraski! i wlasnie te dwa malina dzis uroczyscie obciela swoimi dzieciecymi nozyczkami). dobre pol godziny obierala te ogorki a potem starla je na tarce i wymieszala z jogurtem. pokroila mozarelle a ja pomidory. i powiem szczerze, ze duza czesc naszego obiadu przygotowala sama. mimo, ze nie przepada za ziemniakami, kartofelki zniknely co do kawaleczka z talerza a mloda gospodyni tak sie wczula w role, ze nawet wszystko sama sprzatnela do zmywarki. nawet papierowe serwetki znalazlam tam potem stojace na bacznosc! jak zawsze umieram z dumy i ide sie pakowac. lecimy o 8 czyli musze wstac o 5 rano. niedlugo.

malinowy dzien.

wybralysmy sie z malina do miasta zeby kupic babci prezent w podziece, ze zabiera maline nad morze. poszlysmy do cos i znalazlymy piekna mietowa bluzeczke do tego szal w wyblaklym, szarawym blekicie. taki co to mowi: przytul sie do mnie. z jakby spranej bawelny z jedwabiem. mozna sie nim owinac jak chusta ale mozna go zwinac w maly klebuszek do torby. magiczny. zanim zaplacilam, pozazdroscilam i kupilam sobie taki sam. kolorystycznie pasuje do tego nowy turkusowy biotherm (z lekka natchniona mamutkkiem:-) i babcia moze jechac z malina nad morze! malina z poswieceniem targala te tak olbrzymia torbe, ze sama mogla w nia sie schowac. na moja propozycje pomocy odpowiedziala tylko:
– nie. dziekuje. sama niose. to moja babcia przeciez!
potem poszlysmy do kultowego wlocha, do ktorego latalam jak pracowalam w mojej ulubionej produkcji, zanim zglupialam i z niej odeszlam. nieczesto tam bywam teraz, dlatego strasznie mi bylo milo kiedy kelner natychmiast znalazl dla nas miejsce, mimo ze na stolik na zewnatrz czekala kolejka ludzi. zjadlysmy pizze, deser, ja expresso, malina dzieciece (czekoladowe) expresso, ktorego nie zamowilysmy a ktore bylo niespodzianka i wprawilo maline w stan omdlenia:
– kawa? dla mnie? on mysli, ze ja tez jestem mamusia!!!
dla maliny dorosla kobieta to mamusia. a tam niewiele mamus, same fajne dziewczyny i tylko jedno dziecko. za to wniebowziete. potem uciekl nam s-bahn. 20 minut robilysmy sobie zdjecia i czytalysmy numerki na kolejnych pociagach. w domu malina bez dyskusji umyla zabki, wskoczyla do lozeczka i zasnela. juz teraz nie moge odzalowac, ze jedzie na hel. ciesze sie na podroz do warszawy. ale zaraz potem umre z tesknoty.

malinowa retoryka

malina idzie przez zycie wciaz cos opowiadajac. to jest zywiol nad ktorym nie moge zapanowac i samej malinie sprawa wciaz wymyka sie spod kontroli. malina je kolacje przy swoim stoliczku, ja prasuje jej ciuszki nad morze. przynioslam sobie deske do kuchni zebysmy byly razem. ale jedzenie jest trudne jak buzia zajeta jest mowieniem.
 – jedz.
 – jem.
 – nie jesz tylko mowisz. najpierw zjedz a potem mi wszytko opowiesz, bardzo jestem ciekawa.
 – jem. – odpowiadama malina i ciagnie opowiesc dalej.
 – nie mozna jesc i mowic.
 – ja moge.
 – nie mozesz. przeciez widze.
 – moge i jesc i mowic. a ty zle patrzysz i dlatego nie widzisz, ze jem.

doroslam?

przyszlo mi dzis nagle do glowy, ze mama nie zlozyla mi zyczen urodzinowych. jakos mi to umknelo w wirze zdarzen. kiedys bym sobie poplakala, sie zasmucila, zezloscila, zadzwonila i poklocila. dzis pomyslalam tylko, ze ona inaczej nie umie i ze to jej sprawa a nie moj problem. wcale sie nie przejelam. moze jako 40-latka jestem jednak naprawde dorosla? 

sobota pelna wrazen.

skoro swit wsadzilysmy tatusia do samolotu. jezu, jak mu bylo szkoda leciec. moja maz musi regularnie do usa a jest bardzo antyamerykanski, wiec cierpi. potem zabralysmy mirabell do zoo. monachijskie zoo jest klasa sama w sobie i atrakcja nie do opisania. mozna tam spedzic caly dzien i swietnie sie bawic. panny jezdzily samochodami, pociagiem-ciuchcia, chodzily po sciezkach z przeszkodami, wiszacym, rozbujanym mostem nad rzeczka, widzialy sie z pingwinami nos w nos (pingwin normalny nos, dziewczynki noski rozplaszczone o szybe w akwarium), slonie polewajace sie woda, zyrafy z dziecmi o zyrafich, szczudlowatych nozkach, rozowo-pomaranczowe flamingi, niedzwiadki, malpki i inne cuda niewidy.
 – co sie wam najbardziej podobalo?
 – kon.
no comments. zeby sie dzieciom kon spodobal to nie musze jechac na drugi koniec monachium, placic majatku za bilety wstepu i spacerowac z dobra mina do zlej gry w strugach deszczu. koniki mamy za plotem jak idziemy kupic warzywka bio. (a przynajmniej ludzimy sie, ze to bio!)
w domu wzielysmy sie za pieczenie pizzy. mirabell jest bezglutkowa. kupilam specjalne gotowe podklady, ale mama mirabell wygniotla wlasnorecznie ciasto, wiec nie odwazylam sie na "gotowca". ciasto skleilo mi rece, stol, odplyw w zlewozmywaku. dziewczynki udekorowaly je mozarella, salami i papryka a potem poblazliwie obserwowaly jak staram sie oderwac te pizze od papieru. niestety bez skutku. dzieci zjadly miazge: mieszanke serowo-kielbasiano -pomidorowa i w nagrode za wyrozumialosc dostaly lody posypane niebieskimi gwiazdkami. wieczorem malina nagle poczula, ze taty nie ma tak jak zwykle na noc czy dwie tylko na dlugo i rozplaka sie tak, ze nie moglam jej uspokoic. sama sie zasmucilam. szkoda mi czasu na podroze zawodowe. chcialabym zebysmy siedzieli w ogrodku w trojke i sie nudzili. wtedy jest najfajniej.

eee tam.

glupi ten wieczor. maz sie pakuje do usa. dwa miesiace mialam tyle pomyslow co ma przywiezc a teraz nic nie przychodzi mi do glowy. tam teraz wszytko tansze. mam taki nerwobol, ze nie moge sie ani schylic ani ruszac glowa. paraliz normalnie. poszlam do lekarza i teraz boli mnie jeszcze bardziej. lekarz powiedzial, ze to psychosomatyczne. w ogrodzie jeze galopuja po trawniku w stachu przed piorunami i gradem. widok surrealistyczny.