skoro swit wsadzilysmy tatusia do samolotu. jezu, jak mu bylo szkoda leciec. moja maz musi regularnie do usa a jest bardzo antyamerykanski, wiec cierpi. potem zabralysmy mirabell do zoo. monachijskie zoo jest klasa sama w sobie i atrakcja nie do opisania. mozna tam spedzic caly dzien i swietnie sie bawic. panny jezdzily samochodami, pociagiem-ciuchcia, chodzily po sciezkach z przeszkodami, wiszacym, rozbujanym mostem nad rzeczka, widzialy sie z pingwinami nos w nos (pingwin normalny nos, dziewczynki noski rozplaszczone o szybe w akwarium), slonie polewajace sie woda, zyrafy z dziecmi o zyrafich, szczudlowatych nozkach, rozowo-pomaranczowe flamingi, niedzwiadki, malpki i inne cuda niewidy.
– co sie wam najbardziej podobalo?
– kon.
no comments. zeby sie dzieciom kon spodobal to nie musze jechac na drugi koniec monachium, placic majatku za bilety wstepu i spacerowac z dobra mina do zlej gry w strugach deszczu. koniki mamy za plotem jak idziemy kupic warzywka bio. (a przynajmniej ludzimy sie, ze to bio!)
w domu wzielysmy sie za pieczenie pizzy. mirabell jest bezglutkowa. kupilam specjalne gotowe podklady, ale mama mirabell wygniotla wlasnorecznie ciasto, wiec nie odwazylam sie na "gotowca". ciasto skleilo mi rece, stol, odplyw w zlewozmywaku. dziewczynki udekorowaly je mozarella, salami i papryka a potem poblazliwie obserwowaly jak staram sie oderwac te pizze od papieru. niestety bez skutku. dzieci zjadly miazge: mieszanke serowo-kielbasiano -pomidorowa i w nagrode za wyrozumialosc dostaly lody posypane niebieskimi gwiazdkami. wieczorem malina nagle poczula, ze taty nie ma tak jak zwykle na noc czy dwie tylko na dlugo i rozplaka sie tak, ze nie moglam jej uspokoic. sama sie zasmucilam. szkoda mi czasu na podroze zawodowe. chcialabym zebysmy siedzieli w ogrodku w trojke i sie nudzili. wtedy jest najfajniej.