droga na wojne.

wojna zaczyna sie w naszych sercach, strachu przed nieznanym, przez lenistwo umyslu, przez rutyne doswiadczen, plemiennym i jaskiniowym: inne jest zle.
wojna zaczyna sie juz tuz obok nas. tu i teraz, kiedy mowimy, ze czarni to brudasy, polacy to pijacy i sprzataczki, rumuni to brudni zlodzieje, zolta bezwladna masa zaleje swiat, amerykanie sa bezmozgowcami co jedza fastfoody i przeskakuja z kanalu na kanal, rosjanki to najlepsze prostytutki, wloszki sie brzydko starzeja, cyganie kradna dzieci. dostaje gesiej skorki nawet wymieniajac te parszywe stereotypy myslenia, przesady, zasciankowe wierzenia.

to slysza nasze dzieci, to powtarzamy przy stole w restauracji, na forum internetowym i nawet nie czujemy jak sie zbroimy, wyjasniamy kto po czyjej stronie, jak brukujemy wlasna glupota i nietoleracja, ciasnym umyslem droge na wojne.

moj swiat wraca do normy.

jak patrzylam wczoraj na te ozlocona sloncem chudzinke, ktora wybiegla do nas na lotnisku to az troche stracilam oddech. w marynarskiej bluzie i czapce marynarskiej jakby dluzsza, oczy jak iskierki, leciutka jak piorko. nie do wiary, to cudo to nasze dziecko! malina na oslep rzucila sie na nas z taka ufnoscia, jakbysmy byli olbrzymim, miekkim materacem. i nagle wszystko zaczelo byc w porzadku.

moj maly swiat zaczyna znow krecic sie w moim rytmie.

tablica z przylotami. loty z tbilisi odwolane. gdyby mozna bylo nie czytac wiadomosci. ale nie mozna. pamietam jak wychowana na polskich drogach i innych wojennnych filmach ciagle balam sie wojny i hitlerowcow. wtedy ojczym pocieszal mnie, ze taka wojna juz sie nigdy nie powtorzy, ze teraz kraje powiazane sa takimi ukladami, przyjazniami, ze nikt nie moze bezkarnie wszczac wojny w europie. to wystarczylo kilkuletniej dziewczynce, zeby spokojnie zasnac. ale to tylko bajki dla malych dzieci. wojna dzis jest tak samo realna jak 60 lat temu.

jeszcze trzy dni.

  – mamusiu, jaki bys chciala prezent?
  – ciebie!
  – ale nieeee… taki prawdziwy prezent.
  – no ciebie!
  – ale mam dla ciebie prezent.
  – a jaki???
  – niespodzianka. powiem ci tylko ze jest rozowy i krzywy!!! a dla tatusia jutro kupie prezent! co bys chcial: pirata czy lunete?
 tatus z lekka zaskoczony nie wie co odpowiedziec. z tamtego roku trzyma na swoim biurku, na honorowym miejscu statek z zielonymi zaglami. i ten statek nas niezmeirnie wzrusza, bo moj maz nienawidzi bibelotow i wyrzuca co tylko dostanie, czasem lapie jakis budzik, piekne, wieczne pioro czy notes w skorze w locie do smietniczki. ratuje jak warto i co sie da. a ten statek stoi dumnie wazniejszy niz niz cokolwiek innego na biurku.
 – tatus???
 – no?…
 – pirata czy lunete?
 – no… moze lunete?
  – lunete! i… pirata!!! a lunete taka normalna czy taka co mozna wetknac oba oczy?
 tatus srednio moze mowic, bo cos mu tam gardlo sciska a ja nie moge pomoc, bo mi nie lepiej akurat.
 – lunete…
 – no dobrze! pirata i lunete na dwa oczy!!! – decyduje malina.

schlag.

tego domu!
tego monachium!
tej glupiej pracy!
niemiec!
tego remontu ulicy!
starej kuchni!
piwnicy!
lenistwa!
zmeczenia!
glupich lekarzy!
ogrodu!
samochodu!
komputera!
wszystkiego! wszystkiego! wszystkiego!!!

 – jak tego wszystkiego tak nie mozesz zniesc, to musimy to wszystko zmienic. – odpowiedzial moj maz i przytulil mnie mocno. dopiero dzis powiedzial, ze go niezle wystraszylam. wyszlam z siebie i stanelam obok, czego on przedtem nigdy nie widzial. bo od dobrych 20 lat mi sie nie zdazylo. czy to juz menopauza?

uwaga na avenke w warszawie!

spotkalysmy sie miejscu, ktore zeby co miesiac nazywalo sie inaczej dla mnie na zawsze pozostanie europejskim i jest najlepszym miejscem na spotkanie w warszawie. ale spotkanie z avenka to niebezpieczna przygoda!!! avenka jest fanatyczka ciastkowa, tyle ze to nie ma zadnego wplywu na jej smukla sylwetke. avenka postanowila zostac ostatnia szczupla warszawianka i tak nas natchnela ciastkowo, ze zjadlysmy z malina jakas gore slodkosci i to bez zadnych wyrzutow sumienia. a wiec osoby dbajace o linie ostrzegam: lepiej sie omowcie z avenka na spacer inaczej macie przechlapane.

+++(malina obdarowana kocurkiem podobnym do bandyty, przez trzy dni nie mogla sie zdecydowac jak go nazwac i po wielu namyslach, wielkim wysilku intelektualnym moje dziecko zdecydowalo sie – jakze kreatywnie!!! – nazwac kota mruczkiem. czyli nowy kotek nazywa sie dokladnie jak rudy kotek, ktorego ma juz trzy lata. na tym jednak nie skonczyly sie problemy z kotem, bo malina do dzis zastanawia sie czy mruczek jest siostra mruczka, czy zona czy tez coreczka. avenko, wiec jak malina bedzie miala podkrazone oczy z niewyspania i od rozwazania trudnych problemow to juz sama wiesz przez kogo!!!)+++

ostrzegam lojalnie, zeby potem nie bylo, ze nie ostrzeglam!

zarazliwa choroba

wlasnie rozmawialam przez telefon z pewna angielska rezyserka. jej cudowny akcent, wysublimowana angielszczyzna, wypieszczony ton sprawily, ze niemal w sekunde zasnulam sie devonska mgla, poczulam ciemnozielona wilgotnosc powietrza i aromat zlocisto bursztynowego earl greya. i nagle sama zaczelam formulowac okragle zdania i szafowac slowami, o ktorych dawno zapomnialam. nie musialam szukac zastepczych wyrazen, odpowiednie slowka miekko splywaly w bialy mikrofonik iphona. to zupelnie co innego niz nerwowe staccato z amerykanami: yeah, yeah, cool, cool! moglabym tak rozmawiac i rozmawiac w nieskonczonosc i naiwnie wierzyc, ze pieknie wladam ta szlachetna mowa. jak niezdarna adeptka sztuki tanecznej wierzy, ze umie tanczyc, bo wiruje w ramionach wytrawnego tancerza. bardzo przyjemne uczucie. zarazliwosc pieknej mowy.

zaraz potem przeczytalam wpis o chamskim zachowaniu na sali porodowej. i nagle przyszly mi do glowy tak wstretne, rownie chamskie i prymitywne sposoby zareagowania na taka sytuacje, ze sama sie o taka inwencje nie podejrzewalam. chamstwo jest zarazliwe, prowokuje i wywoluje we mnie zle emocje. pod ich wplywem moglabym zejsc do poziomu ponizej zera, tez rzucic blotem, wylac wiadro pomyj.

dlatego trzeba sie starac otaczac ludzmi dobrymi, madrymi i milymi i zarazac sie usmiechem. amen.

wesole ladowanie w warszawie.

ladujemy w warszawie. sprawdzania paszportu. w malinowym paszporcie widoczne jest zdjecie 3-miesiecznego dziecka, wiec pan celnik wyhyla sie, zeby porownac to niemowle do rozesmianej panny z rozowym plecakiem. malina grzecznie kiwa mu raczka. korzystam z okazji, ze mi sie taki mily trafil i pytam, czy powinnam jakis dokument podpisac na powrot, bo malina bedzie lecieciala z moja mama i rok temu byly na lotnisku klopoty, ze nie ma poswiadczenia rodzicow i skad wiadomo, ze to wnuczka babci. pan celnik kreci glowa:
 – eee nieee. nic nie potrzeba.  – i zwraca sie ni to do mnie ni do maliny – a dziecko mowi troche po polsku?
malina macha poblazliwie raczka:
 – mowi! mowi!
ludzie za nami w kolejce zamiast sie niecierpliwic sie podsmiewuja i to jakby maline zbija z tropu. ma niepewna mine. pan celnik na to:
 – eee no to nie ma problemu! najwyzej cos sie ja zapytaja przy odprawie. jak sie babcia nazywa albo cos takiego.
na to malina wypreza sie dumnie i wykrzykuje:
 – marysia! babcia marysia!!! – no teraz to juz wszyscy wiedza kto i co.
czekamy na walizki. sa. wyjezdzamy wprost w objecia mojej mamy z bukietem fiolkow dla maliny. obok nas przechodzi jakis uprzejmy pan: aaaa to TA babcia marysia?