– malina, posprzatalas juz?
– i tak i nie.
– jak to? nie rozumiem.
– bo jak patrze to widze, ze tak, ale jak ty popatrzysz to powiesz nie.
wielkosc wzgledna.
maz poszedl obejrzec samochod. poniewaz znana jestem z przesadzania maz spodziewal sie jakiegos zadrapania. mowie, ze w dziure w zderzaku mozna wlozyc dwa palce, wiec on mysli, ze chodzi o dziurke wielkosci szpilki. wraca skrecajac sie ze smiechu:
– dwa palce???! ja tam moge cala piesc wsunac!!! jedyna korzysc to to, ze na promie zaoszczedzimy, bo auto krotsze!!!
czy ja juz kiedys pisalam, ze w tym facecie sie zakochalam, bo nie jest malostkowy? uwielbiam to.
ostatnie godziny przed.
rano maz kazal mi jechac jego samochodem do pracy to szybciej wroce. na autostradzie daja mi rade tylko porsche i inne szybkie wariaty. sam zostal w home office i z malina, ktora nie ma przedszkola, bo sa wakacje. parkujac pod biurem walnelam w smietnik i zrobilam dziure w tylnym zderzaku tak, ze wgniecenie ma wielkosc pilki a w dziure mozna wsadzic dwa palce. zaplakana dzwonie do meza a on juz w wakacyjnym nastroju:
– jechac sie nim da?
– da…
– no to co sie martwisz? najwazniejsze, ze jezdzi. a pozytek z dziury taki, ze nikt nam samochodu nie ukradnie. bo kto by chcial taki dziurawy???
podbudowana jego optymistycznym podejsciem do zycia wpadlam na przejezdzajacego rowerzyste. razem wyladowalismy na ziemii, oboje tak przestaszeni, ze tylko sie przeprosilismy i kazde ruszylo w swoja strone. dopiero potem poczulam jak jestem rozbita.
w biurze totalny alarm, dostalam od zaprzjaznionej producentki wielki projekt, wiec wszytko co mialam dzis pieknie zalatwic, zeby miec spokojny urlop odlozylam na bok i bedzie musialo to na mnie czekac trzy tygodnie. potem wstapilam do fryzjera nad podciecie grzywki, wiec wygladam jak swiezo skoszona trawa,
a teraz biore sie za pakowanie. zadanie nielatwe, bo a to musze odpowiadac na jakies wazne maile, telefony albo przeganiac maline, ktora euforycznie wyciaga juz zapakowane kolko-slonko do plywania albo mate w rybki albo siatke na rybki.
maz wlasnie zaoferowal prosecco, zeby sie w wakacyjny nastroj powoli wprowadzic. skoro swit ruszamy. pierwsze wloskie espresso bedzie cos kolo poludnia a noc na olbrzymim promie w slicznej kajucie. malina ma z helu czapke marynarska i marynarska bluze. swiezo uprana i wyprasowana czeka na wyruszenie z portu.
a potem 3 tygodnie na sardynii. woda, woda, slonce, woda i my.
***
rakiety
czytam polskie i niemieckie artykuly i komentarze w internecie. boli mnie brzuch. to strach, ktory moje pokolenie wypilo z mlekiem matki.
wieczor z malina.
nie mozem sie nadziwic temu dziecku. dziecku? przy stole siedzi ktos, kto rozumie dowcipy, kto dociekliwie wypytuje o co chodzi, jak akurat sprytni rodzice powiedzili cos, co wydawalo im sie tylko dla nich zrozumiale, ktos kto na pytanie:
– malinko, chcesz troche salaty?
odpowiada:
– tak. poprosze. ale tylko troche. wiesz, ze nie przepadam za salata.
a mnie reka zawisa w powietrzu. z kim ja gadam? co to za panna? potem sprzatamy ze stolu. malina bez zachety pomaga znosic naczynia ze stolu do kuchni. usmiecham sie tylko i nagle malina potyka sie na progu i pada w rozpryskujacej sie fontannie z kieliszka i miski, ktore to wlasnie probowala doniesc do zmywarki. to jest ulamek sekundy, przestraszona z okrzykiem podrywam maline w powietrze, zeby sie nie skaleczyla. podloga pelna kawaleczkow szkla. malina placze wniebioglosy.
– gdzie cie boli? skaleczylas sie? gdzie? gdzie? – wypytuje.
ale malina placze tylko i wyje jak syrena.
– boli cie cos?
– nieeeeeeeeeeee……
– skaleczylas sie?
– nieeeeeeeeeeee…
– ojej… – przytulam ja i przytulam, ale ona placze i placze. niezle sie walnela o kamienna podloge.
– czemu tak placzesz? jeszcze boli?
– bo ty tak krzyknelaaaaaas i sie przetraszylaaaaamm…
– oj przepraszam! tak krzyknelam, bo to ja sie przestraszylam.
w sekunde maliny przerazliwy placz przemienia sie w usmiech pelen lez. dziecko wyczuwa dobry moment na zagranie na moich uczuciach. lody? dwie bajki zamiast jednej? jelly belly?
– no to mnie kap. bo moze jestem skaleczona, ale nic nie widac? jak mnie wykapiesz to zobaczymy. – usmiecha sie malina od ucha do ucha.
malinowe kosci
sztukujemy jak mozemy. przedszkole zamkniete a my nie mozemy wziac urlopu, bo od piatku mamy… urlop. wymieniamy sie malina. praca na tym nie doznaje uszczerbku, a malina bardzo zadowolona. dzis rano byla z tatusiem u fryzjera. potem tatus pedzi na spotkanie ja przechwytuje maline w biegu. malina przejeta opowiada o fotelu do masazu. lezala na nim pol godziny i niemal przysnela na najdelikatniejszym programie: masaz relaksujacy.
– mamusiu, tak mnie masowalo, trzeslo i kiwalo. i teraz wszystkie moje kosci z tylu sa bardzo szczesliwe!!!
marzenie malinowe.
– dziewczynki beda kiedys mamami, chlopcy beda tatusiami…
– tak.
– a ja?
– no a ty?…
– ja bym chciala byc… hmmmm… policyjka.
piatek w czwartek.
jaki cudowny koniec tygodnia. wygrany wielki projekt. ciuchowe i jedzeniowe fantastyczne zakupy z malina i babcia. jutro wycieczka na jezioro bodenskie. prosecco i dobry humor mimo zmeczenia. dzis jest wlasciwie piatek. jutro wolne. uffffff.
*****
na zakonczenie dnia, czekajac w kolejce pod wieczorny prysznic zagladam na poczte. wygralam dwa bilety do kina w twoim stylu. piekna pointa tego piatkowego czwartku.
smutny wylot.
mama z malina wyjechaly na hel. wsadzilam je do pociagu i na piechote poszlam na nowy swiat. w niedziele o 8 rano nowy swiat nalezy do mnie w calosci. otwarte jest tylko caffee heaven i jestem jedyna, samotna klientka. zamawiam papierowy kubel kawy, naciagam kapturek na uszy, zeby mi poranny wiatr nie przewial uszu i czytam wysokie obcasy od deski do deski. raz do roku tak tam siedze i tak czytam i robie zdjecie. potem jade do miasta zakupow czyli arkadii. napad na taniutka bielizne z etam i kilka toreb ksiazek dla mnie i dla maliny i na prezenty dla polskich kolezanek malinowych. obladowana jak wielblad jade do domu. potem spotkanie sentymentalne. potem zywiec na dobry sen. sen nie przychodzi. melancholia trzyma mnie w nieprzyjemnym stanie kompletnej rzeskosci, kiedy wlasnie tesknie za zdrowym spaniem, bo skoro swit wskakuje do samolotu a potem prosto z lotniska pedze na bardzo nieprzyjemne spotkanie. blogoslawiony zywiec nie pomaga. wierce sie i wierce a kiedy juz czuje, ze zasypiam, dzwoni budzik. ide pod prysznic. glupich mysli nie da sie zmyc zadnym mydlem. boje sie takiego przyjazdu do polski, kiedy nie bede mogla wsadzic mamy do pociagu, kiedy jesli bede sama w tym mieszkaniu to bede sama, kiedy ta kuchnia przestanie byc jej ulubiona kuchnia a lazienka jej wymarzona lazienka a sasiedzi znani jej z nazwiska i codziennych historii, kiedy obrazy na scianach straca swoj kontekst. dobrze, ze czas mnie goni, bo bym stala pod prysznicem i ryczala bez sensu. oprocz walizy pelnej ksiazek mam wielka torbe pelna ksiazek. jest tak rano, ze mam do wyboru kilka checking desk lufthansy. wloke sie do mlodej dziewczyny. wciskam walize i torbe na tasme i pytam czy moje miejsce to gang, bo boje sie siedziec przy oknie. pani kiwa glowa, ze gang, ale niestety za nadbagaz to bede musiala zaplacic. jestem jakos zniechecona, smutna, zmeczona, jakos strasznie sama na tym pieknym nowiutkim lotnisku, ze jej uwaga jakos nie robi na mnie wrazenia:
– mam nadbagaz? tak?
– tak trzeba placic. – pani przebiega palacami po klawiaturze kalkulatorka – 140 euro.
jezu jak mi smutno, ze wylatuje z warszawy, ze malina jest na helu, ze czeka mnie meeting w monachium, przed ktorym trzese sie ze strachu i nawet waga jest przeciwko mnie.
– tyle pieniedzy? tam sa tylko ksiazki…
– tak. ksiazki sa zawsze ciezkie. niech pani je komus zostawi.
– nie mam komu. – nie widziec dlaczego zalamuje mi sie glos.
– no to trzeba placic, co?
– trzeba. trzeba. moge karta? – w oczach zbieraja mi sie lzy. ale jest mi wszytko jedno. najchetniej wzielabym taksowke i wrocila do domu. jakies totalne, emocjonalne dno.
– odejme pani troche, bo nie ma pani bagazu podrecznego. a zaplacic prosze tam! – pani podaje mi karteczke i wskazuje okienko na drugim koncu pustego lotniska. powstrzymuje lzy i wloke sie noga za noga. docieram do okienka. nagle z tylu ktos mnie napada. umieram ze strachu na miejscu. a to ta pani lapie mnie w ramiona i wydziera karteczke-rachunek z reki:
– niech pani to odda! nic nie bedzie pani placic. tylko cicho.
– ale czemu?
– bo pani jest taka smutna, ze nie bede mogla przez pania caly dzien pracowac.
wciska mi do reki bilet. przechodze przez bramke. oczy mi puchna. ogladam stoisko z bizuteria i znow rycze. siadam sobie w kacie, zeby mi nagle nie zaczeli dawac za darmo pierscionkow. bo ja taka smutna.
monachijski meeting jeszcze gorszy niz sie obawialam. deszcz. zimno i maz w usa. i jak uwielbiam samotnosc tak tego dnia smakowala mi ona bardzo, bardzo gorzko.
prasowanie.
co jakis czas odwiedza mnie w niemczech mama. w wielu mieszkaniach , w ktorych mieszkalam, w trzech roznych miastach. i zawsze prosze ja zeby nie pracowala. nienawidze jak ktos prasuje moje rzeczy. nie wiem czemu. jak widze, ze ktos prasuje moje rzeczy to mnie to doprowadza do szalu. niania, ktora przchodzila do maliny kiedys prasowala nawet majtki i skarpetki i az sie we mnie gotowalo, wiec prosilam ja wielokrotnie zeby tego zaprzestala. nie mogla. ciagle musiala cos wyprasowac. moze ja jakas psychiczna jestem czy co? kiedys sie z mama o to klocilam do lez, potem staralam sie ignorowac, samej sobie tlumaczyc, ze kazdy by sie cieszyl z wyreczenia z prasowania. ale ja jakos nie umiem. i choc wiem, ze zawsze bedzie tak samo, zawsze od nowa mnie to zlosci. tym razem wyprasowalam wszystko co do ostatniutkiej rzeczy. ide do pracy. wracam. moja matka stoi w kuchni i prasuje. uprala cala pralke malinowych rzeczy z helu, szybko wysuszyla na sloncu i prasuje. oszaleje chyba. chyba pojde z tym do psychologa, bo zwariuje.