"bieguni" zdobyli wlasnie nike a u mnie leza jeszcze nietknieci na polce. podrozowali ze mna na sardynie i do berlina, ale wciaz pozostaja nieprzeczytani. troche tlumacza mnie "wybrane zagadnienia z fizyki katastrof", ale ze stracilam kilka dni na taka szmire jak "dom nad rozlewiskiem" przyprawia mnie o rumieniec wstydu. dzis wieczorem biore sie za biegunow. jakos juz teraz wiem, ze beda mi sie podobac. uwielbiam kazde zdanie napisane przez pania tokarczuk.
spotkanie dziennikowo – blogowe
przelotne i pospieszne. oktoberfest to chyba nie czas na spotkania towarzyskie. reitschule w soboty zawsze zaspane, pelne spoznionych sniadaniowiczow, leniwkow, ktore pierwsza kawe pija kolo poludnia dzis wrzalo jak ul. deszcz i zmeczenie. natomiast malina byla spotkaniem zachwcona. bardzo podobala jej sie nowa kolezanka, bo ma blond wlosy jak krolewna i nazywa sie licja. malina nie akceptuje faktu, ze to imie zaczyna sie na "a". ale i tak najwiekszy przyjaciolka pozostala hela.
posciel w blekitne mazaki.
posciel w sypialni powleczona na blado blekitno. juz dawno tej poscieli nie uzywalam i jakos tak mnie sentymentalnie nastrolilo, wiec opowiadam malinie:
– ta posciel zawsze kojarzy mi sie z naszym powrotem do domu jak sie urodzilas. tak sobie lezalam tu a ty w takim wielkim koszu na kolkach obok. i ciagle spalas a jak tylko bylas glodna to cie zabieralam do siebie.
– taaaak? – malina nie wie czy sie cieszyc czy oburzyc – to wtedy pozwalalas mi jesc w lozku?!
na jutro.
idzie.
maz dzwoni w drodze z kursu jezyka polskiego.
– dobrywieczor. – odbieram telefon.
– dobrywieczor.
– no i jak?
– dobrze. dobrze. jest glodny i idzie.
– idzie?
– idzie do domu.
jez.
siedza w czworke od switu, od 6 rano i przygotowuja wazna prezentacje. co pewien czas maz sie melduje, zeby "odetchnac swiezym powietrzem". niestety piatkowy wieczor mamy z glowy. siedza jeszcze i nie wiadomo kiedy skoncza. teraz juz nie tylko zmeczeni ale i troche wkurzeni, bo ich amerykanscy koledzy nie czuja presji i zamiast wlaczyc sie kolo 18:00 we wspolny rytm jakos sa nieosiagalni, zaspani jeszcze i w ogole nie do gadania. maz wlasnie zadzwonil z placu boju. chlopaki ratuja sie pizza. zony wyrazaja telefoniczny smutek z zawalonego wieczoru, lub wyrazy
wspolczucia i zapewnienia o resztkach pysznej kolacji w lodowce, ktora
bedzie smakowala nawet o polnocy, jesli uda im sie do tego czasu
dotrzec do domu. maz twierdzi, ze moj sms uratowal ich przed totalna zalamka, postawil na nogi i dzieki glupawce poprawil ogolny nastroj: " w ogrodzie zdechl nam jez."
polskie sz=niemieckie sch
na wakacje wybralismy sie uzbrojeni we wspolne postanowienie: eliminujemy z naszego slownika slowo na sz (sch). na poczatku bylo trudno a przed powrotem do domu moglismy sobie pogratulowac: udalo sie. slowko zniknelo a nasze zycie stalo sie lepsze. pozytywne skutki odczuwamy nadal i staramy sie trzymac tej werbalnej "diety". nie sadzilam, ze to moze tak cudownie wplynac na maline. to jeden z dwoch – na pozor trywialnych – chwytow naszego homeopaty. o drugim napisze osobno.
——-
* nie chodzi o slowo SCHEISSE
byly sobie swinki trzy.
malina splukuje plazowy piach pod prysznicem, kiedy do lazienki wpada maz i z konspiracyjna mina "wywoluje" mnie na slowko.
– co sie stalo? – pytam pelna najgorszych przeczuc, bo moj zawsze zadowolony z zycia maz jest wyraznie przejety, zmartwiony i wyczuwam jakas panike.
– na dole baba jaga (tak nazywamy od lat wlascicielke naszego apartamentu, bo ma kruczoczarne wlosy niemal do kolan i nosi typowe dla kobiet na sardynii czarne suknie) rozpalila w tym wielkim piecu i przygotowuje specjaly sardynskie!
nie rozumiem zamieszania:
– no to zostajemy tu na kolacje! super! tak?
– w tym wielkim palenisku kreca sie na roznie trzy prosiaczki. – dodaje maz z grobowa mina.
o matko. trzy male swinki na ogniu. zaczynam pojmowac groze sytuacji. malina bedzie w szoku. musimy sie ewakuowac jakos!!! w tym czasie malina, ktora w te wakacje postanowila udowodnic, ze jest kobieta dorosla, zaradna i samodzielna wlasnie skonczyla sie wycierac, nakremowala sobie buzie moim kremem do oczu, ramiona posypala diamentowym talkiem i probuje na plecach dopiac sukienke i zaczyna sie krecic po tarasie. chwile pozniej jest za pozno:
– mamusiu, zobacz! baba jaga rozpalila ogien!!!!
– taaak? eee ogien jak ogien! daj, zapne ci sukienke i jedziemy na kolacje.
malina wyciaga szyje przez balustrade:
– ale oni smaza rybki!!! zostanmy tu na kolacje! rybki lubimy! mamusiu, musimy zobaczyc jakie rybki!!! idziemy!!! – malina ciagnie mnie za reke.
zbieram sie w sobie. niech sie dzieje wola nieba. staram sie przygotowac maline na barbarzynski obraz, ktorego spodziewam sie na dole:
– malineczko, ja mysle, ze oni smaza swinki a nie rybki.
– swinki? nieeee! widzialam przeciez. to sa rybki!
stajemy przed paleniskiem. na ruszcie obracaja sie trzy malutkie prosiaczki. juz lekko zarumienione. jeden trzyma kopytko jakby kiwal na pozegnanie. nie bardzo wiem co powiedziec. pytam cicho:
– no i co powiesz?
– swinki! no wygladaja bardzo smacznie!!!!
u mnie w domu, w dzien targowy takie slyszy sie rozmowy:
– wstan malinko, wstan. juz pozno.
– nie moge. jestem zmeczona.
– ja tez jestem zmeczona. ale wstalam.
– ty jestes mama to ci latwo.
– a ty jestes corka to ci pomoge.
– wstane, jak pozwolisz mi zalozyc sukienke.
– jest zimno.
– to nie moge wstac.
– zalozysz sukienke ze spodniami.
– bez spodniow.
– spodni.
– bez spodni.
– ze spodniami bo zimno.
– swieci ale slonce.
– swieci slonce, ale jest zimno.
– to nie moge wstac.
– wezme cie na raczki i cos pokaze.
zaspany, cieply kot leniwie wdrapuje sie na mnie i przytula. ide do sypialni i staje kolo okna:
– widzisz ten niebieski samochod?
– mamy nowy samochod?!
– nie. to nie nasz samochod, ale spojrz na dach. calkiem bialy!
– taak! snieg! nareszcie!
– to jest szron i to znaczy ze w nocy byl mroz i jest strasznie zimno i musisz zalozyc spodnie.
– no dobrze. ciesze sie ale ze jest zima!
– jesien.
malina ubiera sie. z pogody przeskakuje na problem wyzszosci srebra nad zlotem zainspirowana srebrzystym aniolkiem na rekawku. w koncu wychodzimy. malina staje na progu. swieci slonce. cudna, zlota jesien az dech zapiera.
– nie ma zimy. oszukalas mnie.
a to feler westchnal seler.
pranie
malina pakuje mi do torby mokre kapielowki pelne piachu.
– o nie! upierz je najpierw! – protestuje.
– ale ja juz upierzylam!
