sekta?

na fali dyskusjii o beznadziejnym systemie edukacji w niemczech wyplynela pedagogika waldorff. bardzo potrzebna w kryzysowych czasach czarna owca. temat ciekawy, dramaturgicznie latwy do zainscenizowania, telewizyjny, gazetowy, dobry medialnie. zamowilam 4 ksiazki, ktore porownuja antropozofow do sekty, nazywaja szkoly waldorff do elitarna grupa oszustow, system opisuja jako pomylke, katastrofe i spisek. nie bede pewnie antropozofem ale homeopatia u nas zadzialala, waldorff mi sie podoba. chce byc poinformowala o wszystkim, wiec czytam. czytam i nie wiem co myslec.

cud monachijski

bylismy na koncercie anny marii jopek – niechze ja bog blogoslawi za glos, za inteligencje, za humor i czar. dla nas to byl wieczor cudow. dla maliny tez. zasnela w lozku u przyjaciolki, obudzila sie we wlasnym. podobno na temat tego cudu nad isar dyskutowala dzis cala grupa regenbogen w malinowym przedszkolu.

lubie rosola i pieczen wpieprzona.

maz odrabia prace domowa z polskiego. jak mu nie idzie to mnie pyta, bo brak mu cierpliwosci a ja odpowiadam, bo podziwiam go za to ze mu sie chce. widze, ze sie glowi i glowi ale nie pyta. meska duma mu nie pozwala czy co? podchodze do stolu, zagladam mu przez ramie. grupe slow trzeba przyporzadkowac jednemu rzeczownikowi.
 – pomoc ci? zapytaj mnie to ci podpowiem. – smieje sie.
 – mmmm… ale pewnie sama nie wiesz…
 – jak to?
 – no bo tu sa slowa: maka, maslo, jajka, mleko, sol.
bez slowa wskazuje mu palcem slowo ciasto i obrazam sie ostentacyjnie na pol godziny.

malinowy nowy point of view.

na dobranoc bajka o swiniopasie. przeslanie jasne jak slonce, ktore jak zrozumialam jakies 35 lat temu tak mi zostalo w glowie: pusta, prozna krolewna nie docenia pieknej rozy i slowika, woli grajacy garnuszek, zabawke, maszynke zamiast natury. zeby dostac wymarzone prezenty gotowa jest sie calowac ze swiniopasem, a gardzi szlachetnym ksieciem. spotyka ja za to kara. amen. jasne? nie.
 – ona nieladnie sie zachowala mamusiu, ale ten krolewicz… – malina kreci glowka z dezaprobata i szuka odpowiedniego slowa – ten krolewicz to straszny klamczuch. tez niedobry!
nie? hmmm, no to mi nigdy nie przyszlo do glowy. no! klamczuch!

malinowe klotnie.

 – …i sie poklocilysmy wszytkie trzy. – konczy z przejeciem malina opowiesc o zabawie w dom z marlene i z johanna.
 – jak to trzy? ja myslalam, ze kloca sie zawsze dwie osoby?
 – nie. we trzy mozna sie bardzo dobrze klocic.
ma racje. ja znam takie kobiece forum, gdzie mozna sie swietnie klocic w dziesiec albo i w dwadziescia.

co to za dzien!

rezyser, ktory mnie bolesnie opuscil pol roku temu, przez co przeplakalam cala noc wlasnie wrocil na kolanach: nakrece kazdy film jaki chcesz! nawet z pasta do zebow w roli glownej! jak ja sie ciesze, ze mu wtedy powiedzialam: rozumiem i zycze szczescia, choc mialam ochote powiedziec: spadaj i zapomnij ze istnieje, nienawidze cie.
telefon zadzwonil i doniosl mi, ze moja wartosc rynkowa wzrosla, ze jestem swietna, pozadana i moge stawiac warunki jakie chce. moja proznosc jest wyglaskana i wylaskotana do granic mozliwosci.
upieklismy osiem strucli jablkowych plus dwa litry sosu waniliowego – jutro moja kolej na gotowanie w przedszkolu. zapisalam sie na srode (dzien na slodko), bo mi sie jablonki od pysznych jablek uginaja. obralismy trzy kosze jablek.
moja mama byla dzis w kinie na tajne przez poufne. bilety wygralam dla niej w dziennikach ts – juz drugi raz w ciagu miesiaca.
przyszly papiery ze szkoly waldorff. zapisujemy maline do szkoly.

pije piwko i czlapie do lozka. na moj maly kobiecy mozdzek to troche za duzo wiadomosci jak na jeden dzien, na skolatane moje serce zbyt duzo emocji. maz stoi z boku i mnie podtrzymuje. psychicznie i fizycznie.
amen.

lylowe wrzosy.

weekend z tesciami. mimo moich najlepszych checi nie mialam sily na ratowanie atmosfery. pierwszego i drugiego dnia sie staralam, ale trzeciego dalam sobie spokoj. moja teciowa nawet jesli powiem, ze swieci slonce, bo rzeczywiscie swieci, to ona albo ignoruje co mowie albo zaprzecza. draznie ja. i ze wzajemnoscia. i malina – jako moja wierna kopia – ja drazni. za to moj tesc za mna przepada i za malina tez. to dziecko moze po nim skakac jak po materacu, ciagnac go za nos, cos mu ciagle  wykrzykiwac do ucha. kiedy probuje go ratowac przed rozbawiona wnuczka, macha reka:
 – czy ty mozesz nam dac spokoj? my sie bawimy!
pokazywalismy zdjecia z wakacji. tesciowa zniecierpliwiona, ze wszedzie widac tylko dziecko a ani widokow ani natury, wcale nie widac gdzie bylismy. na to maz, ze z widokami to mozna sobie kupic album a na starosc chcemy sobie ogladac maline, bo to najladniejszy widok z naszych wakacji. tesciowa pokrecila glowa. a potem juz totalna katastrofa, bo bylo moje zdjecie w jedwabnej, skapej sukni, na ktory to widok maz moj (po kilku kieliszkach wina) sie ucieszyl:
 – no jednak troche natury tez jest! a jaka piekna!
a tesciowa niestety stracila humor do cna.
jak nastepnego dnia orzy sniadaniu powiedziala o malinie:
 – no jej to fantazji nie brakuje!
tonem jakby mowila, ze urodzilam zlodziejke albo przyglupa, to zupelnie odpuscilam, poszlam do ogrodu i razem z malina obsadzilam swiezo usypana gorke lylowymi wrzosami. 24 wrzosy i 8 miniaturowych wrzosowych chryzantem a obok romantyczne trawy. a nasze rece czarne jak smola. a tesciowa spalila sobie na sloncu swoj wielki nos i odjechali do domu jak niepyszni. amen.

otwieracz.

malina spragniona. proponuje jak zawsze wode, ale malina marzy o bionadzie:
 – i sama ja otworze, dobrze?
 – prosze bardzo. otwieracz jest w srodkowej szufladzie.
przejeta malina grzebie w szufladzie, do ktorej jej normalnie nie wolno samodzielnie zagladac. pelno tam nozy, nozykow, zapalki, zapalniczki i inne zabronione skarby. grzebie i grzebie. w koncu podchodze, bo jak tak dalej pojdzie to mi sie dziecko pozbedzie palca na jakims ostrzu:
 – nie mozesz znalezc?
 – no nie ma. – malina zrezygnowana zamyka szuflade.
 – nie ma? – otwieram znow szuflade i widze otwieracz na samym wierzchu. z drewniana raczka. no nie mozna go przeoczyc.
 – a to? – pytam
 – a to? to do piwa!