jez.

siedza w czworke od switu, od 6 rano i przygotowuja wazna prezentacje. co pewien czas maz sie melduje, zeby "odetchnac swiezym powietrzem". niestety piatkowy wieczor mamy z glowy. siedza jeszcze i nie wiadomo kiedy skoncza. teraz juz nie tylko zmeczeni ale i troche wkurzeni, bo ich amerykanscy koledzy nie czuja presji i zamiast wlaczyc sie kolo 18:00 we wspolny rytm jakos sa nieosiagalni, zaspani jeszcze i w ogole nie do gadania. maz wlasnie zadzwonil z placu boju. chlopaki ratuja sie pizza. zony wyrazaja telefoniczny smutek z zawalonego wieczoru, lub wyrazy
wspolczucia i zapewnienia o resztkach pysznej kolacji w lodowce, ktora
bedzie smakowala nawet o polnocy, jesli uda im sie do tego czasu
dotrzec do domu. maz twierdzi, ze moj sms uratowal ich przed totalna zalamka, postawil na nogi i dzieki glupawce poprawil ogolny nastroj: " w ogrodzie zdechl nam jez."

Dodaj komentarz