nie lubimy sie z tesciowa. tak mozna sobie powiedziec po 16 latach malzenstwa. szczerze. tak. tesciowa niby kocha maline, ale malina jest zbyt lylowa, zeby moc ja kochac bez konca i bez zastrzezen. czuej sie, ze opa-dziadek kocha maline jak wariat a oma-babcia troche sie do tej milosci zmusza. a teraz jak malina zawija wlosy za uszy moim charakterystycznym ruchem to oma ledwie ukrywa wkurzenie. malina zostala na tydzien u dziadkow. dziadek szaleje. lazi z nia na koniki, na godzinne spacery z psem, na basen. babcia przygotowuje posilki i tyle. tym razem jest jednak jakos inaczej. malina zaczyna owijac sobie niemiecka babcie wokol malego palca. babcia wpada w dobrze znana mi malinomanie. dzwoni do mnie rano, w poludnie i wieczorem, zeby opowiedziec jak to malina jest genialna, a jak cos tam powiedziala a jak cos tam zrobila…
– no nie wobrazasz sobie…
no moge. ale najbardziej zadziwiam siebie naglym przyplywem sympatii do tesciowej. jestem subiektywna i niesprawiedliwa. wystarczy, ze tesciowa zakochala sie w malinie i juz nie jest taka zla. iracjonalne i glupie, ale mile.
smierc krolika.
sasiadeczka dostala rok temu klatke dla krolika. taka duza, ze jakby chciala to sama moglaby w niej spac. trzy dni temu dostala do tej klatki krolika. rudego, malutkiego i tak zestrachanego nowym wielkim domostwem, ze za nic nie mozna go tam znalezc. a jak juz sie znajdzie, to nie mozna go dotknac, bo nieszczesne zwierze umiera ze strachu. i teraz malina nie wie co zrobic ze swoimi marzeniami. marzyc psie? o kocie? teraz marzy troche o kroliku. patrze jak cos omawia z sasiadeczka przez plot. po czym gna przez ogrod doniesc mi – w takim przejeciu graniczacym z radoscia! – ze krolik troche umarl.
– troche? jak to?
– no prawie umarl… znaczy: umarl.
malina widzi po mojej minie, ze wiadomosc aczkolwiek niecodzienna, jest bardzo smutna. malina milknie wiec i idzie pod prysznic. myje sie. myje. w koncu sie pyta:
– mamusiu, moge poleciec tam na chwile i zobaczyc jaki on jest ten krolik jak tak umarl?
– mozesz. wiesz co… sasiadeczka pewnie placze i jest smutna. musisz ja pocieszyc.
malina zabiera prezencik – pocieszac i leci.
wraca po kwadransie.
– mamusiu. krolik nie umal. tylko lezy na boczku. pewnie mu goraco.
dwie male dziewczynki. sasiadeczka i malina. jedna nie wie zupelnie czym naprawde jest smierc, druga wie az za dobrze.
malina w bibliotece.
sasiadeczka zaprosila maline na wycieczke do biblioteki. pojechaly na rowerach. nie wracaly godzine a choc wiedzialam, ze sa z mama sasiadeczki na wozku inwalidzkim to jednak umieralam troche ze strachu. wrocila wniebowzieta, doroslejsza, grzeczna jak aniolek.
mnie sie podoba.
nowa lazienka niemal gotowa. jest tak piekna, ze nigdzie jeszcze takiej nie widzialam. i nie przeszkadza mi, ze robotnicy sie smieja:
– bidet? to tylko u turkow i niepotrzebnie zabiera miejsce.
ze sasiadka kreci glowa:
– te kafle… no jakby zaszly grzybem.
ze elektryk pyta:
– i jak panstwo to wykoncza? bo teraz to troche szpital.
a to juz wykonczone. nawet troche mi szkoda, ze beda wstawione drzwi, bo co sobie przechodze to zagladam, wieczorem zapalam swiatlo, ciesze sie.
pochwalilam sie lazienka mamie. mama sprawdzila ceny w polsce i okazalo sie, ze drozej niz niemczech, wiec zebym jej kupila. ona za dwa tygodnie remontuje swoja lazienke. w sklepie internetowym jest w niemczech rzeczywiscie znacznie taniej ale za to czeka sie prawie dwa miesiace. mama oznajmila, ze nigdy jej w niczym nie moge pomoc i sie obrazila. amen.
strach.
wiecie jak to jest przed koncem klasowki? na poczatku dostaje sie tematy do opisu albo zadania do rozwiazania. uczucie ulgi: akurat to wiem, to umiem, tu cos tam pamietam. bierze sie wiec czlowiek za opisywanie i rozwiazywanie. bez pospiechu i bez wiekszego stresu. az tu nagle egzaminator wstaje i mowi:
– jeszcze 5 minut i prosze konczyc.
a ty jestes czlowieku gdzies w polowie. jeszcze kilka zadan do rozwiazania i cos tam do opisania i moze by sie nawet jakos dalo zdazyc. niestety strach paralizuje i nawet latwe rzeczy staja sie trudne i nie mozna sie skupic w stresie, ze zaraz trzeba oddac klasowke i ze sie nie da rady…
tak wlasnie sie czuje.
rozterka
zyc czy zarabiac – oto jest pytanie. maz glosuje za zyciem.
koniec pewnej epoki.
dopiero sie to dziecko urodzilo a juz prosze. zakonczylo dzis przedszkole. na nowa droge zycia, droge do szkoly utkalo sobie torebeczke, zrobilo z drewna (pol roku pracy!) lodke z zielonym zaglem, symbol wyplyniecia na szerokie wody.
to byl dzien pelen radosci i wzruszen. piekny dzien.
trudne imiona.
dziwnym zbiegiem okolicznosci kilka polskojezycznych kolezanek, ktore nas czesto odwiedzaja ma na imie joanna. ciocia tez joanna. tym razem czekamy na wizyte mojej kolezanki ze studiow: agnieszke. za nic nie moze malina zapamietac tego imienia:
– mamusiu, jak sie nazywa ta joasia co ma do nas przyjechac?
agnieszka przyjezdza. gadamy jakby nie minelo 8 lat od naszego ostatniego spotkania. wspominamy glupoty, wzruszamy sie, lacza nas nie tylko studia ale i lata spiewania w jednym chorze, podroze, kolonie, wspolni znajomi. malina ciagle nam przerywa. a to agnieszke laskocze a to namawia ja na skakanie w gume a to na wspolne hustanie. agnieszka ma do niej anielska cierpliwosc ale w koncu braknie jej sil, wiec obiecuje solennie:
– poczekaj do jutra. jutro przyjedzie moj maz to go sobie pomordujesz.
nastepnego ranka malina za nic nie moze przypomniec sobie imienia meza agnieszki:
– mamusiu, jak sie nazywa ten pan co go dzisiaj pomorduje?
zlosc pieknosci szkodzi.
pojechalam dzis po bandzie. i bardzo sie potluklam.
szukam sensu
gdyby ktos gdzies przypadkiem znalazl, widzial lub chocby slyszal gdzie on jest, prosze o wiadomosc. pilne!