mamusia w amoku

wieczorem malina tanczy z kolezanka do ballad gitarowych z takim zapalem, ze dostaje oklaski, lody za darmo i co i raz wesole komentarze od glownego artysty, popularnego w bialogorze barda. my pijemy piwo i dopiero po 23 udaje nam przekonac maline do pojscia do lozka. w drodze do hotelu obiecuje jej na pocieszenie, ze skoro swit pojdziemy pobiegac. nie wierze, ze nastepnego dnia cos bedzie pamietala. nastepnego dnia punktualnie czyli skoro swit z glebokiego snu wyglaskuje mnie po twarzy mala raczka i szept:
 – mamusiu, dziendobry. mialysmy isc na jogging. skoro swit. – malina sama jest polprzytomna. spogladam na zegarek. piata rano.
 – malina. jeszcze noc. trzeba spac.
 – aha. – mruczy moje dziecko i pada jak kloda na moja koldre. zanim ja wsune miedzy nas, malina chrapie. poranna pobudka wplywa na malinowy humor. sniadanie:
 – nie chce nalesnikow. poprosze parowki.
na plaze:
 – nie chce na plaze.
na spacer po lesie:
 – wole na plaze.
na obiad:
 – nie jestem glodna.
 to nie ma deseru:
 – mial byc deser!
na plazy:
 – piasek mam w oczach!!!!
na kropelki zeby wyplukac piasek:
 – nie chce kropeleeeeeek!!!
i tak caly czas. zbieramy sie z plazy i idziemy drozka przez las. zatrzymuje sie na wydmie zeby wysypac piach z butow a malina marudzi:
 – nie chce do hotelu… wole zostac na plazyyyyyy… bola mnie oczyyyyyy… nie chce ryby na obiaaaaaad… nieeeee….
i nagle wybucha we mnie jakis wulkan, zlosc, niecierpliwosc, bunt. jakis skowyt wydobywa sie z mojego wnetrza. wale ile sil butem o drewniana porecz i dre sie pod wiatr:
 – nieeeee wiem co mam zrobic z tyyym dzieeeckieeem!!!
meza i wspomniane dziecko zatkalo. w milczeniu wrocilismy do hotelu. malina byla jak swiezo naoliwiony zegareczek. usmiechnieta, wszystko-chcaca, prosze mamusiu, dziekuje mamusiu. a maz szepnal wieczorem:
 – boze. ja cie wcale nie znam.

( a teraz co sobie przypomni to peka ze smiechu )

malina w afekcie

malina wlasnie znalazla wakacyjna przyjaciolke. nie zjadaja beczki soli dla przypieczetowania znajomosci ale stara tradycja nadmorska kopia na plazy wielki dol i napelniaja go woda. wspolne dzwiganie wody w wiaderkach cementuje ten zwiazek, po czym dziewczynki klada w poprzek dolu dwa konary przywleczone gdzies ze skraju wydm, siadaja, mocza nozki w szybko malejacej kaluzy i nie moga sie zdecydowac czy to lodka, czy sa indiankami i pala fajke pokoju czy tez jada samochodem. kaluza wsiaka w piasek, wiec panienki chwytaja za wiaderka i leca do morza. wtedy do dziela przystepuja dwaj chlopcy chyba w podobnym wieku jak malina i przyjaciolka i zaczynaja zasypywac dol. malina na ten widok bliska lez biegnie do nas:
 – mamusiu patrz!!! no patrz co oni robia!
 – no widze. idz do nich i powiedz, ze nie maja prawa tego robic.
 – wlasnie! nie maja prawa!
 – i ze to wasz dol i ze sie napracowalyscie i ze nie wolno go zasypywac.
 – wlasnie! sie napracowalysmy!!! – malina jest wyraznie podbudowana, juz nie ma mowy o lzach. jest zla. biegnie do chlopakow. cos mocno gestykuluje i gada, pokrzykuje, stanowczo kreci glowka. chlopcy – o dziwo – przestaja sypac, patrza na maline jakby zobaczyli diabla i… uciekaja. przyjaciolka jest pod wrazeniem i my tez. wolam ja potem i pytam co im powiedziala, ze tak zwiali.
 – no to co mi kazalas powiedziec.
 – po polsku czy po niemiecku?
 – ojej… no po niemiecku.
a no to wszytko jasne.

sopockie molo – deja vu.

mala dziewczynka dostaje maly, srebrny pierscionek z bursztynkiem. od razu czuje, ze to prawdziwy klejnot. wchodzi z rodzicami na molo, szerokie jak pol swiata. pod stopami szaleja fale. dziewczynka krzyczy do fotografa:
 – rob szybko, bo sie boje, ze mi pierscionek wpadnie do wody!
35 lat temu i dzis. dokladnie to samo zdanie.

malinowy sommerfest

w przedszkolu waldorf dzieci przygotowuja sie do sommerfest dwa miesiace. w tym roku przygotowali bajke o spaicej krolewnie. nikt niczego nie uczy sie na pamiec, tylko codziennie odgrywaja te bajke po sniadaniu. pani czyta a one powtarzaja. bez stresu, bez nerwow. kazdy zagra i spiaca krowlewne i konika i zla wrozke i kucharza. i nigdy nie wiadomo, kto kogo bedzie gral na sommerfest. bardzo mi sie to podoba, bo nagle wszytkie role sa rownie wazne i dzieci sie swietnie bawia, ze juz nie wspone o tym, ze dluga, rymowana bajke znaja na pamiec. ubieraja sie w symboliczne kolory i maja jedynie symbolicznie zaznaczone rekwizyty. niby wszytko jest tak samo wazne, ale malina juz przy sniadaniu wzdychala, ze fajnie by bylo byc przynajmniej wrozka. no i zeby nie zostac wartownikiem, bo oni maja kolor szary. pogoda srednio dopisala ale nie padalo. rodzice zebrani na polu pod lasem, zielono, wesolo. w koncu trzymajac sie za zielona girlande z wplecionymi w nia rozami ukazuja sie nam dzieci. drepcza sznureczkiem, przejete spiewaja piosenke o spiacej krolewnie. na poczatku biale koniki, potem wrozka, potem krolowa matka, potem malina… nie… zadna malina tylko JEDEN WIELKI ROZANIELONY USMIECH. kurcze czyzby byla krolewna? tak. wianek z jedwabnych rozyczek i jedwabny, rozowy welon malowniczo targany przez wiatr. zabawa udala sie znakomicie, dziecko padlo do lozka a za 4 godziny przelozymy je do samochodu. ruszamy nad polskie morze. ide sie pakowac.

malinowe nietakty.

odbieram maline z przedszkola. strapiona pani prosi mnie na strone. serce szybciej mi bije. czyzby malina narozrabiala? no najwyrazniej bo pani pyta:
 – czy u panstwa sa jakies klopoty w domu? czy cos sie stalo? jakies niepokoje, jakies problemy? jakas zmiana?
 – ??? hmmm… nie. a dlaczego?
 – bo malina taka dziwna jest. niespokojna, zlosliwa, niegrzeczna.
nie bardzo wiem co powiedziec, bo wlasnie wczoraj wieczoraj gadalismy z mezem, ze to taki dobry czas, ze malina tak sie stara, jest taka pomocna, zadowolona z zycia, wstaje w dobrym humorze, idzie spac usmiechnieta, troche sie wymadrza i troche marudzi ze slodyczami ale poza tym juz dawno nie czulam, ze dziecko zyje w takiej wewnetrznej harmonii. chyba wszyscy czujemy, ze poprawa zdrowia ozlocila nasze zycie od nowa.
no wiec krece glowa i odpowiadam, ze wrecz przeciwnie. moze tak dlugo nie bylo jej w przedszkolu, ze trudno jej sie znalezc w grupie? ale nie, w grupie jest super, malina jest niegrzeczna w stosunku do przedszkolanek.
 – tak? a co robi?
pani opisuje sytuacje, kiedy malina komentuje kolczyki u swojej kolezanki:
 – niedobrze, ze przeklulas sobie uszy, na starosc bedziesz miala wielkie dziurki i obwisle uszy! – krytykuje malina pewnie z zazdrosci. powtarza zreszta moja opinie, bo niestety nie lubie kolczykow u malych dziewczynek. na to pani przedszkolanka:
 – a co ty opowiadasz? to nieprawda!
 – prawda. – upiera sie przy swoim moje dziecko – moja mama tak powiedziala a mama wie lepiej bo jest wieksza od pani!
pani jest zla:
 – malina! tak sie u nas w przedszkolu nie mowi!!!
pani tlumaczy swoje oburzenie i szuka u mnie zrozumienia. nie znajduje go jednak. no przepraszam, ale pani przedszkolanka musi wiedziec co powiedziec do dziecka, ktore uwaza, ze mama jest madrzejsza. jak malina w domu twierdzi , ze przedszkolanka wie lepiej to kiwam glowa i przyznaje, ze to bardzo mozliwe, bo nikt nie wie wszystkiego.
ale niestety malina na dodatek ze trzy dni temu powiedziala do pani:
 – szkoda, ze pani sie z nami nie buja na hustawkach… ale… i tak by sie pani nie zmiescila.
no i pani – ktora rzeczwiscie jest otyla… sie bardzo obrazila.
a ja nie jestem pewna co na ten temat myslec. na przyklad rozmawiam z malina, ze nosze grzywke, bo nie mam juz takiego slicznego czolka jak ona, malina sie przyglada i przyznaje mi racje: tak, masz duzo zmarszczek! ale tez masz ladne czolko! takie male dziecko stwierdza fakty, bez oceniania co jest brzydkie a co nie. dla niej grube nie jest brzydkie i to jest cudowne, dopiero dorosli wymyslaja mody i wzorce i uznaja co ladne a co brzydkie. nie wiem czy chce juz teraz maline uczyc dyplomacji i taktu i tlumaczyc, ze taka opinia moze kogos urazic, bo bardzo mi sie podoba wlasnie to, ze male dziecko nie mysli doroslymi kategoriami i jak mowi do ukochanej przedszkolanki, ze jest gruba, to stwierdza fakt a nie ocenia. mysle, ze nie ma dobrego momentu zeby zaczac taka edukacje. mysle, ze intuicja i doswiadczenia w grupie pomoga malinie wyczuc co mozna powiedziec a czego a nie. moge jej podpowiadac, ale nie chce nic narzucac.
niedawno malina gapila sie na ulicy na uposledzonego chlopca, ktory jechal na rowerze z 4 kolkami. skarcilam ja za to i powiedzialam, ze dla tego chlopca to moze byc nieprzyjemne.
 – dlaczego? czy on mysli, ze mu zabiore ten rower, bo mi sie podoba?
rower byl caly w naklejkach a ja nie zauwazylam, ze to bylo to co maline zafascynowalo. polecialam po schemacie: gapi sie na kaleke. kilka dni pozniej na autostradzie mijal nas motocyklista na blyszczacym, czterokolowym motorze, malina natychmiast pokazala, ze pamieta, co jej tlumaczylam:
 – mamusiu patrz! jaki ulomny pan!!! to sie nie patrzec co?
 – ulomny???
 – no jedzie na czterech kolkach!!!
cos zle wytlumaczylam. no wiec od poczatku.
jeszcze tyle do wytlumaczenia, zrozumienia, ogarniecia. malina ma 6 lat, obserwuje i komentuje.
co ja mam powiedziec obrazonej przedszkolance? zeby zmienila zawod czy zeby schudla?

chcialabym sie schowac pod koldre.

helikopter, w ktorym siedzial moj zaprzyjazniony rezyser i operator zdjec spadl z 10 metrow wysokosci. operator polamany. i rece i nogi. rezyser pewnie nigdy nie bedzie chodzil. wlasnie odwolalam projekt, do ktorego go sprzedawalam jeszcze dzis rano. zakladam wysokie obcasy i ide na rozdanie jakichs glupich nagrod a chcialabym sie zaszyc w mysia dziure.

rozmowy intymne.

kupujemy jeansy. od 17 lat maz nosi ten sam rozmiar smuklego, wysokiego faceta. malina lata po sklepie i wybiera wsrod mini spodniczek jakas ktora nie szraga sie po podlodze. psim swedem przemycam czarnawe jeansy dla siebie. dobre nad morze. wychodzimy. maz refleksyjnie:
 – wiesz po czym mozna poznac, ze nadchodzi starosc?
 – no?
 – ze w sklepie z jeansami mowia do ciebie per prosze pana.

****
 – jezu ja sie zalamie. po co kupilam te spodnie, wygladam jak kielbasa!
 – mnie sie podoba!
 – tobie sie zawsze grube kobiety podobaja. gdybys umial malowac zostalbys rubensem!
 – ale ty mi sie zawsze podobalas!
 – no kiedys to nie byla wielka sztuka sie podobac! moja sukienka slubna miala rozmiar 36.
 – widzisz jak ja cie kochalem juz wtedy? nic w srodku nie bylo a ja i tak sie od razu ozenilem. i to byla dobra inwestycja. bo prosze: rozwinelas na prawdziwa kobiete! wzialem mniej, mam wiecej. mam glowe do interesow!

+++++
 – jak ja sie ciesze, ze ty nie przechodzisz kryzysu wieku sredniego.
 – no ja nie przechodze, bo od razu sie ozenilem z malolata. i tak zostalo.

*****
schylona nakrecam weza ogrodowego kolbka na walec. mecze sie. ufff. gotowe! maz wstaje z lawki i… pyta czy moglby go od nowa rozwinac…
 – co???!!!
 – a ty bys od nowa zwinela. to byl normalnie najlepszy widok w ten dlugi weekend…