jaki ja mam stressssssss…

za 10 dni jestesmy w bialogorze nad morzem. siedze sobie teraz w internecie i patrze co tam wokol, co by robic jak bedzie lalo, a co jak bedzie wialo, a co jak bedzie slonce. i jezu jak ja sie stresuje! na co nie klikne to cudne, piekne, przypomina mi dziecinstwo, mola w sopocie to kurcze nie moge dostrzec bo mi sie ciagle lzy w oczach kreca, w mielnie dostalam swoja pierwsza duza lalke bozene od pewnego pana, ktory chcial sie tym przypodobac mojej mamie i zostal moim ojczymem (oczywiscie dzieki tej bozenie!), w debkach spedzalam noce na gadaniu i dni na zbieraniu rydzow z moja najwieksza przyjaciolka a potem swiadkowa… i tak bez konca. wiec stresuje sie i denerwuje, ze jedziemy tylko na dwa tygodnie i nic nie zdaze porzadnie zobaczyc. potrzeba mi kolo dwoch miesiecy a tak… kurcze no!

moze lepiej zostac w domu?

sztuka lekiem?

malina idzie jutro po przedszkolu do pinakothek der moderne na zajecia dla dzieci. obcowanie ze sztuka. temat poruszony w czasie zwiedzania, praca na ten temat, wspolne przygotowanie posilku i posilek. pinakothek der moderne jest tak cudowna nowoczesna budowla, ze inspiruje i dzieci i staruszkow. jako dzidzius malina siedziala wozeczku i zachwycona patrzyla na szklana kopule wysoko, wysoko nad jej maciupkim jestetstwem. dzis przy sniadaniu dopytuje sie o plan na jutro.
 – najpierw przedszkole?
 – tak.
 – a potem dopiero apotheke der moderne?
umarlismy ze smiechu.

malinowa corka

siedzimy w kinie. malina ma swoj popcorn. ja swoj. kupilam najmniejszy rozmiar, ale i tak na naszych kolanach stoja dwie gory popcornu.
 – o boze – szepce do maliny – ja nie dam rady tego zjesc.
 – nie martw sie. od czego masz corke?
zaskoczona usmiecham sie do maliny ona niezupelnie pewna czy trafila  w sedno z ta odpowiedzia dodaje:
 – no… od innych rzeczy tez!

zadowolan mamusia.

jedziemy samochodem. dzwoni klient i pyta czemu nie ma mnie na skypie. no to mowie, ze czekam na jakas dobra wiadomosc od niego 24 godziny na dobe na skypie a jak wyszlam na godzine z dzieckiem na truskawki to on zaraz sie awanturuje. no to on na to ze nie awanturuje tylko ma fajny projekt. mowie zeby wyslal staromodnie mailem, gadamy troche o tym projekcie, smiejemy sie:
 – lubie ci wysylac projekty, bo ty sie jeszcze potrafisz porzadnie cieszyc!
sztrasznie sie ciesze, dodaje gazu, bo mi ten projekt dodal skrzydel, wyciagam reke do maliny i wolam wesolo:
 – malina, gratuluje ci!
 – tak. dobrze. a dlaczego?
 – gratuluje ci fajnej mamusi! – wolam w przyplywie dobrego humoru.
 – dobrze. – malina kiwa wesolo glowka – ale co ja mam z tym zrobic?

trzeba bylo dziecku nie gadac glupot a tak to masz babo placek.

odbieram dziecko z przedszkola. jakies nie w humorze. w samochodzie malina dziwnie milczaca. w koncu bomba wybucha:
 – jonas stracil jeden zab a drugi juz mu sie kiwa.
 – tak? aha. – odpowiadam rzeczowo, bo wiem, ze stapam po cienkim lodzie i kazdym usmieszkiem moge zranic obolala juz dusze malinowa.
 – mamusiu, jonas jest rok ode mnie mlodszy i nie umie wcale czytac!

ja. teraz.

bardzo trudny dzien. trudna konfrontacja zawodowa. maz przegadal ze mna caly wieczor. mowi, ze odkad jest malina nosze w sobie nowa sile, ale tez jakos latwiej mnie zranic i obrazic. niestety obrazanie sie jest bardzo nieprofesjonalne.

chcecie wierzcie lub nie wierzcie myslcie sobie jak tam chcecie a ja przeciez wam powiadam krasnoludki sa na swiecie

malina zna pojedyncze litery, umie napisac mama, tata, babcia, swoje imie. nigdy nie skladalysmy literek w slowa, waldorf uczy alfabetu bardzo powoli i dopiero w szkole. kiedys w styczniu, po jakies internetowej dyskusji o czytaniu, kiedy okazalo sie, ze wiele dzieci czyta juz w pieluchach, pokazalam malinie elementarz. niestety to nie jest na cierpliwosc maliny. malina kazala sobie slowa przeczytac a kilka dni pozniej "przeczytala" je … na pamiec. dalam jej spokoj, oddajac sie we wladanie swojej intuicji i antropozofii. malina ciagle liczy, dodaje, odejmuje, dzieli, ale literki ja nudza.
tydzien temu malina znow majstruje przy swoich biednych zebach, ktore sztywno siedza i ani mysla sie kiwac. wszystkie kolezanki maja przynajmniej po jednej szczerbie a malina caly garnitur i strasznie cierpi z tego powodu.
martwi sie i wciaz szuka powodow tego szczekowego stanu rzeczy. spontanicznie przychodzi mi do glowy argument antropozofow: zeby wypadaja jako znak, ze dziecko jest gotowe do szkoly! malina kreci glowka wyraznie niezadowolona:
 – ale ja jestem gotowa!
 – tak jestes. ale jeszcze nie umiesz czytac. moze dlatego? – dopiero przy znaku zapytania lapie sie na goracym uczynku. jestem matka-idiotka, taka co stoi z boku jak trener z gwizdkiem i wola: go! go! go!!! pcha dziecko do pierwszego rzedu, pogania w wyscigu szczurow. ale malina jest cala rozpromieniona:
 – tak. masz racje. jutro naucze sie czytac.
 – ok. a teraz do lozka.
nastepnydzien. dzien dziecka. malina siada z ksiazeczka: "unser essen" i pocac sie z wysilku… czyta. nie zachwycam sie jeszcze tylko usmiecham. znam ten numer: malina zna na pamiec 10 minutowe teksty. ale ksiazeczka jest nowa. pokazuje malinie slowa a ona wedle mojej rady "slizga sie" po literkach i normalnie – powoli bo powoli – czyta. normalnie cud nad wisla, fatima portugalska, kariera dody, milion wygrany w totolotka. wolam meza. maz siada obok a malina malo palca na tych literkach nie zlamie, ale… czyta!!! normalnie nas zatkalo. no ja jej tego nie nauczylam ani maz. w polskim przedszkolu zabawowo ucza sie literek malujac weze a z nich literke s albo jajko i literke o itp. w przedszkolu waldorf nikt nie zajmuje sie alfabetem, dzieci strugaja lodke jako symbol wyplyniecia na szerokie wody: do szkoly.
 – a skad ty tak umiesz czytac? – pytam maline
 – no z ksiazeczki.
no tak. no tak. i teraz od trzech dni malina nie robi nic innego tylko czyta. wszystko jak leci. po niemiecku, po polsku. powoli. potyka sie na niemieckich umlautach i na sz, rz, cz. podglada moj czat z rezyserem po angielsku, literuje, hmmm jakos nie brzmi jak cos co zna. czytam wiec fonetycznie: "of kors" a malina na to: aha, po angielsku natürlich?
w czasie przygotowywanie kolacji malina powolutku czytala mi historie o myszy.

+++++++
nagle zrobilo mi sie strasznie wstyd, ze zwatpilam w waldorf.

z olsztyna do kaliningradu

szukam kogos, kto ma samochod (najlepiej kombi) i wybralby sie w czwartek z olsztyna do kaliningradu (wiec musi miec wize) z malutka ekipa filmowa. dwa noclegi w kaliningradzie i wyzywienie zapewnione. pzostala suma do uzgodnienia. znajomosc podstawowa angielskiego pozadana, niemiecki bylby super.
prosze o kontakt na mail: anna.malina@wp.pl.

pozdrawiam serdecznie i z gory dziekuje za pomoc!