pol roku przegladalam kilogramy katalogow i szukalam pomyslu na mala lazienke. jedyne co mi sie podobalo to lazienki z betonu. szare, surowe, z piekna ceramika. latalismy po sklepach kaflowych, zachwycalismy sie, wzdychalismy, prawie kupowalismy, kalkulowalismy. jednej soboty pojechalismy do kamieniarza kupic kostki – kocie lby i przy okazji zobaczylismy wielkie kafle z jury arktycznej, niemal biale, lekko szare, brudne. w ciagu 10 minut zamowilismy, kupilismy, zaplacilismy i pojechalismy do domu. potem dwa tygodnie sie martwilam, ze jak jura to pewnie zoltawa, czego nie znosze, ze format nie taki, ze nie wiem co mi do glowy strzelilo, zeby po miesiacach szukania i zastanawiania kupic cos w 10 minut jakby to byla bulka z kielbasa. kafle przyszly przedwczoraj. polozylismy je na podlodze, zeby podziwiac. piekne. maz chyba 5 razy powtorzyl: uwazaj, zeby nie nadepnac, bo peknie. po czym sam sie zapomnial i nadepnal. peklo. pewnie bym naburczala, ale akurat kilka godzin wczesniej dowiedzielismy sie, ze malina nie jest chora na jakas glupia chorobe, wiec tylko sie smielismy, ze zlamany kafel to naprawde nie problem! robotnicy wylozyli nimi dzis dwie sciany. oni sie zachwycaja. maz sie zachwyca. a ja… hmmm… nie widze wiekszej roznicy niz przedtem jak sciana byla pokryta jakas murarska zaprawa. wyglada jak… beton. no nie wiem kurcze czy mi sie podoba. musze sie z tym przespac.
maz sie nie martwi:
– przez 16 lat jeszcze nigdy nic ci sie nie podobalo co kupilismy. nie wiem czemu te kafle mialyby byc przelomowe.