chodzila, szukala, oknem wygladala.

pol roku przegladalam kilogramy katalogow i szukalam pomyslu na mala lazienke. jedyne co mi sie podobalo to lazienki z betonu. szare, surowe, z piekna ceramika. latalismy po sklepach kaflowych, zachwycalismy sie, wzdychalismy, prawie kupowalismy, kalkulowalismy. jednej soboty pojechalismy do kamieniarza kupic kostki – kocie lby i przy okazji zobaczylismy wielkie kafle z jury arktycznej, niemal biale, lekko szare, brudne. w ciagu 10 minut zamowilismy, kupilismy, zaplacilismy i pojechalismy do domu. potem dwa tygodnie sie martwilam, ze jak jura to pewnie zoltawa, czego nie znosze, ze format nie taki, ze nie wiem co mi do glowy strzelilo, zeby po miesiacach szukania i zastanawiania kupic cos w 10 minut jakby to byla bulka z kielbasa. kafle przyszly przedwczoraj. polozylismy je na podlodze, zeby podziwiac. piekne. maz chyba 5 razy powtorzyl: uwazaj, zeby nie nadepnac, bo peknie. po czym sam sie zapomnial i nadepnal. peklo. pewnie bym naburczala, ale akurat kilka godzin wczesniej dowiedzielismy sie, ze malina nie jest chora na jakas glupia chorobe, wiec tylko sie smielismy, ze zlamany kafel to naprawde nie problem! robotnicy wylozyli nimi dzis dwie sciany. oni sie zachwycaja. maz sie zachwyca. a ja… hmmm… nie widze wiekszej roznicy niz przedtem jak sciana byla pokryta jakas murarska zaprawa. wyglada jak… beton. no nie wiem kurcze czy mi sie podoba. musze sie z tym przespac.

maz sie nie martwi:
 – przez 16 lat jeszcze nigdy nic ci sie nie podobalo co kupilismy. nie wiem czemu te kafle mialyby byc przelomowe.

malinowe horoskopy.

 – mamusiu, jestes rakiem?
 – tak. a tatus waga.
 – a flora jest blizniakiem?
 – nie, flora jest skorpionem, ale mam brata blizniaka.
 – a ja jestem koziorozec, tak?
 – tak.
 – aha. szkoda. wolalbym byc jelonkiem.

malinowe plany o przyszlosci.

 
– nie wiem co zrobic, bo chcialam byc ksiezniczka, ale mysle, ze jednak bede policjantka.
 – ale dlaczego?
 – bo interesuje sie policja. interesuje sie jak na przyklad ktos cos ukradnie, to sie interesuje co ukradl i gdzie to schowal, wiec musze byc policjantka. a w sumie mialam byc ksiezniczka. indianska ksiezniczka.
 – chcesz byc indianka i mieszkac w tipi?
 – tak!
 – ale wiesz, ze w tipi nie ma ani lazienki, ani porzadnego lozka.
 – wiem, ale za to jak nie ma plasterka, to mozna sobie przykleic spejalny listek i sie wszytko goi.
 – eee nie wiem czy ja bym chciala zebys mieszkala tak daleko. indianie mieszkaja za oceanem. widzialas na mapie.
 – wiem. wiem. bede do was przyjezdzac na wakacje i wtedy bede policjantka.

o jezu!

malina skacze po ogrodzie w sandalkach birkenstock. takie sandaly zmieniaja najzgrabniejsza kobiete w kaczke, ale w wydaniu dzieciecym sa slodkie. granatowe w blekitne niezapominajki.
 – sliczne te twoje sandalki, musze ci powiedziec, malina! – dziele sie moim wrazeniem z dzieckiem.
 – tak! fajne! takie same jak ma jezus!
 – jezus? jaki jezus? – dziwie sie.
 – no… pan jezus.
 – a skad ty wiesz jakie buty nosil jezus?
 – widzialam w ksiazce.

wszystko przez sentee

w sobote malina miala polska szkolke, tatus musial pojechac po zakupy specjalistyczne, wiec wykorzystalam dwie godziny na skok do cetrum. natchniona komentem sentyy o massimo dutti, skierowalam sie w jedynie slusznym kierunku. weszlam. wyszlam z trzema pudlami. trzy pary butow. jedne zakladam jeszcze w sklepie na przedstawienie w szkolce na dzien matki, dzieki czemu malina zamiast grzecznie stac w rzadku i spiewac piosenki o ukochanej mamie pokazuje paluszkiem na moje buty i kiwa porozumiewawaczo glowka: ladne! ladne! wiec wszyscy widzowie widza, ze mam nowe szczudelka. druga para butow okazuje sie za duza, trzecia… dwa lewe.

malina w biurze.

 – idziesz ze mna do pracy? – szepce malinie w spiace jeszcze uszko. malina wyskakuje z lozka jak wystrzelona z procy. w samochodzie nie zamyka jej sie buzia. potem biegnie po schodach z plecakiem pelnym kredek, mandali do malowania i mysza mimi, oglada sie na mnie i wola:
 – nie marudz mamusiu, bo sie spoznimy!!!
potem robimy sobie kawke i soczek, precelki z maslem, sadzam maline przy pustym biurku, na kreconym krzesle a malina usmiechnieta i w siodmym niebie rozklada raczki i oznajmia niby dyrektor cyrku:
 – a teraz bedziemy mialy stres!

dawne czasy.

 – mamusiu, wlacz muzyke.  – jedziemy samochodem. powoli. leje jak z cebra. skacze kananalu na kanal. wszedzie wiadomosci. w koncu laduje na jakims rozbebnionym kawalku. co jak dyskotekowy rytm serca. beznadzieja, lomot. skacze wiec dalej, ale malina protestuje:
 – czemu wylaczylas?
 – a co? podobalo ci sie? – wracam do metalicznej rabanki.
 – tak. to taka mlodziezowa muzyka. bardzo mi sie podoba. mamusiu, moze ja tez bede kiedys mlodziezowa?
 – oczywiscie. za jakies 5, 7 lat…
malina przelicza, przelicza i w koncu rozpromienia sie:
 – to juz niedlugo! a ty tez bedziesz kiedys mlodziezowa?
 – no ja juz bylam mlodziezowa. dawno temu.
 – taaak? szkoda, ze nie widzialam.

piatkowa niespodzianka.

zlozylismy wymowienie z kasy chorych, zeby przeniesc sie do konkurencji, ktora skusila nas homeopatyczna oferta. dzis dzwoni bardzo mila pani. rozmawia ze mna jak matka z matka i dodaje:
 – wie pani co? taki dlugoterminowy kontrakt to trzeba wykorzystac a nie zaraz przenosic sie do konkurencji. prosze mi opowiedziec czym oni pania omamimili.
opowiadam. pani proponuje wiec, zebym troche sie wstrzymala, bo jak chce to oni mi sanatorium oplaca w polsce na leczenie dziecko-mama, pod warunkiem, ze to bedzie wiecej niz 21 dni. i jeszcze tydzien w spa dla rodziny dziecko/mama/tata i heileurythmie malinie oplaca. i jeszcze przysla mi takie lekarstwo specjalne co maline na nogi postawi. w poniedzialek mam dostac wszystko na pismie. powiedzialam tej pani, ze jestem w szoku, ze bardzo mi sie podoba i ze w takim razie sie zastanowimy. odlozylam sluchawke, opowiadam mezowi a maz tylko wzrusza ramionami:
 – cale dwa tygodnie im zajelo zauwazenie, ze odchodzi dwoje ludzi, ktorzy placa najwyzsze mozliwe skladki.
chodzi tylko o forse, forse, forse. ma racje, ale i tak sobie przemyslimy.