coraz wiecej takich dni, ktore chetnie wymazalabym gumka z mojego zycia. tarlabym ile sil. nawet gdyby miala zostac tylko dziura.
niespodziewana przyjazn.
telefon wieczorem.
– o tej porze to tylko cos zlego. – mrucze znana z nieograniczonego optymizmu.
ale
czemu mialabym sie mylic? dzwonia znajomi. traca wlasnie mieszkanie,
nie maja pracy, a bez pracy mieszkanie do wynajecia jest nieosiagalne. maja trzy miesiace na wyprowadzke. minelo juz poltora. z
czego dwa tygodnie pojechali na narty do znajomych, zeby ochlonac po
tym szoku.
– o matko, ja bym tak nie mogla! -oburzam sie spontanicznie – jak nam wymowili
mieszkanie na wigilie to 24 godziny siedzialam w internecie,
jezdzilismy, szukalismy, nie bylo wigilii, nie bylo sylwestra!!!
zostalo im jeszcze drugie poltora miesiaca a
nie maja nic. absolutnie nic. dziecko w szkole i absolutna niewiadoma,
gdzie sie podzieja. mysla sobie, ze ja mam taki wielki ogrod i jest
cieplo to oni sobie rozloza namiot u nas. smieje sie i odpowiadam, ze
bysmy powariowali chyba, bo my i stres w pracy i remont, i chora malina, no szalenstwo.
oni na to, ze chetnie pomoga w remoncie i wiem, ze czekaja na zdanie,
ze w razie czego maja u nas przechowanie na jakis czas. ale ja nie moge
tego powiedziec, bo wtedy to juz musialabym sie wyprowadzic do
domu dla psychicznie chorych. troche czuje sie podstawiona pod mur.
znamy sie przelotnie, przez dzieci, raz oni byli u nas, raz my u nich.
i nagle jestesmy tak zaprzyjaznieni?
nad morze
o jezu jaki ja sliczny pensjonacik znalazlam nad morzem. marzenie normalnie. ogladam zdjecia i to jest moje dziecinstwo. ale pieknie. umieram ze strachu, ze jak rano zadzwonie to juz nie bedzie miejsc. zadzwonilabym teraz. juz. od razu. ale wlascicielami sa przyjaciele mojej przyjaciolki i nie chce jej przyniesc wstydu. o ludzie, czy ja dzisiaj zasne?
waldorf
w niemczech rodzi sie za malo dzieci, spoleczentwo sie starzeje. rzad wymysla wciaz cos nowego zeby zmienic te sytuacje. gdybym byla doradca rzadu (nikt mi jednak tego nie proponuje) wspomoglabym placowki waldorf. w naszym przedszkolu na 60 dzieci malina jest JEDYNA jedynaczka. dzieci, ktore maja tylko JEDNEGO brata lub JEDNA siostre sa w mniejszosci. to nie przypadek, to styl zycia, antropozofia.
fear
I wanna be rich, and I want lots of money
I don’t care about clever, I don’t care about funny
I want loads of clothes and fuck loads of diamonds
I heard people die while they’re trying to find them
And I’ll take my clothes off, and it will be shameless
‚Cause everyone knows that’s how you get famous
I’ll look at the sun, and I’ll look in the mirror
I’m on the right track, yeah I’m on to a winner
(…)
Life’s about film stars and less about mothers
It’s all about fast cars and cussing each other
But it doesn’t matter ’cause I’m packing plastic
And that’s what makes my life so fucking fantastic
And I am a weapon of massive consumption
And it’s not my fault, it’s how I’m programed to function
I’ll look at the sun, and I’ll look in the mirror
I’m on the right track, yeah we’re on to a winner
(…)
Forget about guns and forget ammunition
‚Cause I’m killing them all on my own little mission
Now I’m not a saint, but I’m not a sinner
And everything’s cool as long as I’m getting thinner
I don’t know what’s right and what’s real anymore
And I don’t know how I’m meant to feel anymore
And when do you think it will all become clear?
‚Cause I’m being taken over by the fear
wychowanie przez przyklad.
uwazam, ze najwazniejsze w wychowaniu dziecka jest dawanie przykladu. normalnie chodzi mi o pozytywny przyklad, ale wczoraj malina byla swiadkiem sceny, ktora zmanipulowalam pedagogicznie.
jestesmy w h&m (wiem, wiem niemoralnie, ale czasem nie moge sie powstrzymac). malina zasiada na materacu przed ekranem a ja buszuje wsrod lylowych spineczek, koszulek z zajaczkami i jeansow. niedaleko na materacu siedzi dziewczynka moze rok mlodsza od maliny. rowniez zaczarowana historyjka na ekranie. nagle pojawia sie mama dziewczynki. pcha przed soba wozek (wozek? dla takiej duzej panny?) a na nim doslownie gore ubranek. pani jest szczupla, dlugowlosa, atrakcyjna, zadbana, ale nerwowa jakas i niecierpliwa. zmusza dziecko do przymierzania niezliczonej ilosci bluzek, spodnic i spodni. mam wrazenie, ze jak ktos jej nie powstrzyma to naderwie dziecku uszy albo zlamie nos. tak nia szarpie i szarpie, ze dziecko zaczyna sie wic, pokladac na materacu a mama steka, narzeka, przeklina, szarpie, trzepie corke po lapach, po glowie, ciagnie za ucho. dziecko reaguje na to ze stoickim spokojem, tylko coraz bardziej sie poklada i nie chce nic ani zakladac ani zdejmowac, prezy sie w niemym buncie. w koncu zaczyna poplakiwac. obok pojawia sie babcia. przyglada sie temu spokojnie, najwyrazniej przyzwyczajona do widoku walki. w koncu matka spocona, wsciekla, dziecko pochlipujace, babcia ociekajaca obojetnoscia oddalaja sie do kasy. popychaja wozek pelen ciuchow po lewej stronie jakby to byly smieci. nawet malina, dla ktorej telewizja jest bozym narodzeniem i wielkanoca jednoczesnie, oderwala wzrok od ekranu i obserwowala cala scene jak zahipnotyzowana. podalam jej jeansy (drugie w jej zyciu!!!) i powaznie skomentowalam to co wlasnie widzialysmy:
– widzisz jak to jest? nie kazda mama tlumaczy swojemu dziecku 100 razy o co jej chodzi. czasem mamusie traca cierpliwosc, co?
– no. – malina zbyt zafascynowana wymarzonymi spodniami nie ma czasu na refleksje pedagogiczne. ale w domu, przy kolacji, opowiada tatusiowi:
– mamusia to mi 100 razy wszystko tlumaczy. a w h&m byla dzisiaj mama co bila dziecko caly czas! caly czas!!!
nie wiem czy to na to konto, ale malina byla dzis dzieckiem nierealnym-idealnym, tak grzecznym, ze sama juz nie wiedzialam co robic. ten zly przyklad zrobil na niej wielkie wrazenie.
zakupy lylowe.
poszlysmy kupic kalosze, ale zahaczylysmy o kiecki. dluga, jedwabna, lylowa – malina zacheca zebym przymierzyla. niestety. nie dopinam sie, zeby nie wiem co. malina skrupulatnie przewiazuje mnie jedwabna szarfa, robi kokarde i tlumaczy:
– no zobacz! trzyma sie!
trzyma sie, ale caly bok wylewa sie z niedopietego suwaka, co malina z rezygnacja, ale na caly sklep komentuje:
– ale szkoooooda, ze jestes za gruba. tak ci ladnie w tej sukience…
no mnie tez szkoda. juz prawie wychodzimy, kiedy moje dziecko wypatruje wersje mini tej lylowej sukni, lapie za wieszak, przyklada do siebie. no prawie akurat! po same kostki! tlumacze, ze dlugosc by jeszcze uszla, ale co z tym dekoltem. trzeba miec duze piersi. malina przyznaje racje, odwiesza sukienke, ale jeszcze troche sie waha:
– moglabym kupic i poczekac az bede dziesiec. wtedy urosna mi piersi.
higiena nie na czasie.
za tydzien remont lazienki. toaleta, bidet, umywalka.
– bi-det?!!! – dziwi sie moja tesciowa.
– no bidet. – odpowiada maz.
– ale teraz juz nikt nie uzywa bidetow!!! – tesciowa jest wyraznie oburzona.
na to maz wesolo:
– tak. wlasnie! u nas nikt nie uzywa. dlatego francuzi i wlosi uwazaja nas za barbarzyncow!
oczywiscie znow bedzie na mnie.
malinowa poliglotka.
– mamamamamamaaaa!!! schau mal, schau mal!!!! was für eine dicke wrona läuft in unserem garden!!!
– mama, weisst du was merci heisst? das heisst grazie!
– mirabell umie liczyc po angielsku a ja nawet jeszcze nie chodze do szkoly i tez umiem po angielsku: uno, due, tre…
– kann ich bitte meine parasolka mitnehmen?
– szukam jakiegos srubka zeby go przykrecic. – chodzi malina po kuchni z tajemnicza mina i srubokretem w reku.
bardzo ladny kryzysowy design.
po cyganskim tygodniu wczoraj w koncu wyladowalam we wlasnym lozku. i we frankfurcie i w berlinie mieszkalam tym razem w design hotelach. to bardzo przyjemna moda. hotele sa male, maja genialny wystroj i atmosfere, mlody, profesjonalny i sympatyczny personel. przylega do nich czesto super restauracja z mlodym, nowoczesnym kucharzem, mala i wielce wysublimowana karta, w ktorej nie moze zabraknac swiezutkiego sushi. bar poza klasykami ma zawsze cos dla koneserow: smiesznie tani ale swietny sekt albo grzesznie drogi armagnac. no i last but not least te hotele sa tanie. a czasy sa takie, ze nie mozna przyjechac do klienta, ktoremu sie placze w rekaw, ze kryzys stal sie wielce kryzysowy a na pytanie w ktorym hotelu sie mieszka odpowiedziec: w hyatt. jestem absolutna entuzjastka mody na male, ale fajne.