prawdziwa przyjazn.

 – lukas i liam to sa prawdziwi przajaciele. – oznajmia dzis malina.
 – kiedys mowilas, ze sie bardzo kloca. moze sa zwyklymi kolegami?
 – nie. to sa prawdziwi przyjaciele.
 – tak? a po czym poznajesz, ze to nie zwykli koledzy tylko przyciele?
 – no jak chodza to wisza sobie na szyji.

co bylo najpierw: larwa czy motyl?

swietych nie ma. a juz ja do nich sie zupelnie nie nadaje. malina jest od 6 tygodni w domu, pierwsza czesc jej choroby niemal przesiedzialam z nia w lozku. jak juz raz w grudniu. wymalowalysmy sterty mandali, wyprodukowalysmy sterty ludzikow, niezbednych do zycia torebek, koszyczkow, krolewskich koron, nanizalysmy na zylki kilometry roznych perelek i koralikow, przeczytalysmy nawet stare egzemplarze misia, pamietnik plastusia wielokrotnie od poczatku do konca a i tak moje dziecko od czasu do czasu umieralo z nudow i ze smutku lozkowego. pozwolilam wiec na kilka dvd. ksiege dzungli, prosze slonia, psa w kratke, das doppelte löttchen i… byl sobie raz czas. czas opowiada o roznych wynalazkach: kto, kiedy i jak. na przyklad pierwszy wiszacy most. malina oglada filmy pod warukiem, ze potem umie opowiedziec o czym bylo, co jej sie podobalo a co nie. pytam jaki wynalazek jej sie najbardziej upamietnil.
 – no jak w chinach zrzucali ludzi z muru.
 – jak to zrzucali??? – kurcze, cos przegapilam. co to za brutale?
 – przywiazywali ludziom skrzydla i spychali z muru. jedni spadali inni odfruwali.
 – o boze! tak? a dlaczego?
 – no w ten sposob powstaly pierwsze motyle.

ufanie wlasnym zmyslom.

piekne szparagi, ziemniaki, salata, surowka z marchewki. zamiast bialego wina niegazowana woda. malina juz w poludnie marszczyla nosek na slowo "szparag", wiec tatus specjalnie dla niej zrobil mini steki z indyka. obiad poezja. hmmm ale te szparagi jakies takie… cytrynowe. kwasne jak nie wiem, choc nie dorzucamy cytryny do gotowania. glowki jeszcze dadza sie zjesc, ale reszta? no nie jakas straszna, ale smaczna tez nie. zjadamy po dwa (dlaczego? zmysl smaku alarmuje nas: nie jedz! a my jemy!), z reszty tylko glowki reszta laduje w smietniku. zloszcze sie na warzywniak, ze pewnie nie trzymal w chlodzie i tak sie zakisily. fuj!
maz kladzie maline spac a ja sprzatam po kolacji. aaa prosze! zapomnialam, ze do czajnika wsypalam odwapniacz, pewnie juz odwapnil. pusty. pusty? pusty?!!!
 – czy do szparagow nalales wody z czajnika?!!! – dre sie na caly dom.
 – taaaak! – odpowiada maz zirytowany, bo malina wlasnie odplywala w sen.
 – no to najedlismy sie odwapniacza.
natychmiast dzwonie do centrali zatruc (odkad malina najadla sie przebisniegow, numer wisi zawsze w widocznym miejscu). pani kaze pic duzo wody, pyta jak sie czujemy, ile wazymy, ile mamy lat. uspokaja mnie. a ja uspokajam meza. autosugestia jednak dziala. pali mnie zoladek, przelyk, w ustach mam gorzki smak mydla. proby zasniecia daremne. dzwonie jeszcze raz do tej centrali. teraz jest inna pani. uspokaja mnie, ze tylko szkoda tych szparagow, zebym zjadla cos co zabije gorzki smak i poszla spac. ide spac.
ciekawa jestem czy ktos juz znalazl ten konkurs. normalnie mam szanse. czuje to. czuje na wlasnym jezyku.

zly sen.

snilo mi sie dzis, ze mama rzuca we mnie nozem, probuje zepchnac ze schodow. uciekam do windy, ale windy nie ma, wiec wpadam w czarna dziure bez dna a mama wsciekle pluje za mna i rzuca kamieniami. wstalam zmeczona.

konkurs na internetowe idiotki.

rozne sa blogi i konkursy. dzieciece, podroznicze, dziennikarskie, polityczne, dowcipne. gdyby ktos gdzies znalazl konkurs na blog najwiekszej idiotki w internecie to prosze wyslac link do mojego, wrzosowego. wygram kazdy taki konkurs i zdobede jakas nagrode. mam nadzieje, ze dla idiotek funduja fajne nagrody, bo zycie je dostatecznie sponiewieralo.
w koszu na ogien w ogrodzie spalilismy resztki plotu. piekny ogien. ze 3 metry. cienkie galazki to i sie szybko spalily. popiol stal pol dnia. wieczorem wyjelam miske z popiolem i wysypalam do smietniczki – na ktorej stoi jak wol: nie wsypywac goracego popiolu! miska byla zimna, a smieci wilgotne, wiec pomyslalam, ze nie szkodzi. przeciagnelam smietniczke pod dom, zeby jutro nie latac porzez caly ogrod jak przyjada smieciarze. kolacja. malina chce pogadac z dziadkiem. gada. odddaje sluchawke tatusiowi i tatus zeby w spokoju pogadac wychodzi na taras i… krzyczy. wybiegam. sciana w ogniu. pelno dymu. smrod. maz polecial po waz gorodowy, ja biegalam z kublem. ugasilismy ogien ale i tak dlugo lelismy na to wode. wieksza od maliny smietniczka stopila sie tak, ze zostaly tylko metalowe uchwyty od kolek, izolacja sciany spalona, pol fasady osmalone. smrod nie do wytrzymania. przeplakalam pol nocy i ciagle sie balam, ze znow sie zapali. teraz, kiedy minal strach jestem wdzieczna losowi, ze przez przypadek maz wyszedl na taras i nie zdazyly sie zapalic drzewa i ze wogole nie splanal dom. ale ogarnia mnie wscieklosc na remont, na koszta i na faceta z ubezpieczenia, ktory przyjdzie i nie uwierzy, ze dorosly czlowiek moze sobie sam podpalic dom.

malinowa wielkanoc.

w czasie dorgi krzyzowej kazdy dostaje do reki kamien – symbol brzemienia, ktore dzwigamy przez cale zycie. pani tlumaczy dzieciom, ze maja sobie pomyslec o tym, co jest ciezkie w ich zyciu. malina sciska w skupieniu swoj kamien i przejeta zawodzi piesn religijna.
 – malina, a co tym masz ciezkiego w zyciu? – podpytuje ja szeptem.
 – lozko.
tak. ostatnio malina przemeblowywala swoj pokoj i niestety lozka nie mogla ruszyc z miejsca.

droga krzyzowa ze spiewem i modlitwami bardzo sie malinie podoba. potem idziemy po chlebek na sniadanie i malina dopytuje sie kiedy znow pojdziemy do kosciola.
 – teraz jezus zostal urzyzowany. zostanie zlozony do grobu a w niedziele zmartwychwstanie. – tlumacze – ale to jest tak raniutko, ze niedasz rady sie obudzic tak wczesnie.
 – dam! dam!
 – nieee. mysle, ze sie nie obudzimy…
 – ja sie obudze. chce zobaczyc jak jezus bedzie stal martwy!
co hja mam powiedziec?
 – malina, on nie bedzie stal. on zmartwychwstanie, ale my nie nie bedziemy tego widziec. my bedziemy to wiedziec.
 – aha- czyli jak duch?
 – …mmmm no tak jakby.
 – ale mowilas, ze nie ma duchow.

nie wiem czy damy rade wstac na rezurekcje, ale idziemy na 11 na dziecieca msze i poswiecenie jedzenia. swieconka w tonacji turkusu. skromna i piekna.

ALLELUJA!!! PIEKNYCH SWIAT ZYCZE I WIOSNY W SERCU!!!

malinowe zakupy.

wczoraj maline z przedszkola odebral tata. malina dumnie dzierzy cos, co okazuje sie byc spodnica w kwiaty.
 – skad ty to masz, malina?
 – kupilam.
 – tak?! gdzie?
 – w przedszkolu. – od razu widac, ze malina jest bardzo dumna ze swojego zakupu. chetnie tlumaczy, ze spodnice kupila od flory, ktora na szczescie miala sprtowe spodenki w szafce, wiec mogla je zamiast spodnicy zalozyc.
 – a ty co jej za to dalas?
 – nic. ja jej zaplacilam.
 – jak to?
 – no dalam jej ten pieniazek co mi zostal zakupow jajek.
przedwczoraj malina samodzielnie kupila male jajeczka do dekoracji. ja czekalam na zewnatrz a malina nawet musiala stac w niewielkiej kolejce i myslalam, ze zemdleje ze szczescia. z przejecia zaplacila, dostala 20 centow reszty i wyszla… bez jajek.
no i teraz za te 20 centow kupila sobie spodnice.

rano odwiozlysmy zakup wlascicielce a pieniazek wyladuje popoludniu w swince.

malinowe religijne rozwazania.

w piatek kupilysmy palemke, troche ja w domu dostroilysmy i dzis staralam sie malinie opowiedziec cos o powitaniu jezusa w jerozolimie. malina na to:
 – ale co ze tego, ze go witali palemkami jak potem powiesili na krzyzu?
jedni go witali inni powiesili, a grzech nosimy wszyscy jak jeden. co ja mam temu dziecku opowiedziec. taki ze mnie katolik, ze pozal sie boze. malina drazy:
 – czyli dzis jest niedziela palmowa. a kiedy jezusa powiesili na krzyzu?
 – w piatek.
 – w piatek?!!!
 – o boze! w piatek to ja nie mam czasu!!!

w kosciolku malina jest wniebowzieta. wychodzimy po godzinnej mszy. i symboliczna inscenizacja wielkiego tygodnia. malina:
 – bardzo mnei ta historia interesowala, ale te male dzieci ni strasznei przeszkadzaly. polowy wcale nie slyszalam.

przy wieczornej pomidorowie musze sie tlumaczyc o co chodzi z komunia. no czy ja mam w zyciu latwo?

szkola.

nie znosze szkoly w ogole a tej w szczegolnosci. sekretariat ma widocznie na calym swiecie te sama tepa atmosfere. mam wrazenie, ze wlasnie wrzucam moje dziecko w brzuch machiny przykurzony, zrutynowany, niedooliwiony jakby byla mala moneta wrzucona do automatu z napojami. niedobrze mi. chce mi sie plakac. a malina sie cieszy. ona jeszcze nie wie, ze zycie jest do kitu.