tüte


malina w lozku. tüte na stole. jutro o 8 idziemy do szkoly. wrociclismy dzis popoludniu. uroczyscie chcialam wybrac stroj na jutro, ale malina wyskoczyla z wanny, otworzxyla szafe i oznajmila, ze ona juz sobie wszystko przemyslala. troche sie zmartwilam, bo myslalm, ze bedziw wzruszajaco a zaraz zacznie sie dyskusja o rozowych spodniczkach pewnie. ku mojemu oszolomieniu malina wyciagnela biale podkolanowki, biala bluzke i sukienke na szelki w szara kratke. troche sie zdziwila, ze my jutro z nia tam idziemy.
 – myslalam, ze do szkoly bede chodzic sama?
wytlumaczylam, ze jutro bedzie uroczyste otwarcie roku szkolnego i wszyscy przyjda z rodzicami. na dobranoc dziecko oznajmilo, ze strasznie jest ciekawe co bedzie w tüte i najspokojniej w swiecie poszlo spac. a my drzacymi rekami zaczelismy kompletowac tornister, worek sportowy (tesciowie przyslali przesliczny!), torbe z przyborami do zajec plastycznych oraz zapelnilismy te tüte zwariowanymi slodyczami i z przejecia nie mozemy spac.

zaczarowane okulary.

po powrocie od dziadkow, kupilam malinie okulary do spania. czarny plusz obszyty rozowa koronka. i od tygodnia malina kladzie sie do lozka, zaklada okulary i zasypia jak zaczarowana. nie trzeba zostawiac swiatla w przedpokoju, bo teraz ma czarno i jest jej wszystko jedno. spi jak suselek.

obowiazki. duzo obowiazkow.

calkiem przypadkowo zbieglo sie w czasie, ze dzieci kilku moich znajomych osiagnely magiczny wiek 3 lat i kolezanki poszly pracowac. i nagle? odwolane jest spotkanie w sobote. dzwonie w poludnie: rozmowa krotka, nerwowa: oj sorry, zadzwonie pozniej, mam stres. moze wieczorem zadzwonie, co? wieczorem nie ma czasu. sms trzy dni pozniej: nie mialam kiedy zadzwonic. moze jutro sie uda?
tak. tak. moze sie uda, moze nie. ale pamietam ten obrazony ton sprzed pol roku: – juz trzy razy przekladasz nasze spotkanie, moze zwyczajnie nie chcesz sie spotkac? ja nie to nie!
 – chce. chce – odpowiadam – ale ciagle mi cos wypada.
 – jak sie chce to zawsze mozna sie umowic.
no mozna, mozna. ale czasem nie mozna. praca i dziecko to jednak nie to samo co dziecko i dom. bo to jest praca i dziecko i dom. amen.

discount.

mieszkam na prowincji monachium i mam jedna uliczke pelna sklepikow, ktore mozna odwiedzic na piechote. ksiegarnia, ciuszki, spozywczy, papierniczy, bio zywnosc, drogeria. od miesiecy prowadze misje: kupujcie na tej uliczce. tylko dzieki naszym zakupom te sklepiki przezyja. w sobote poszlam tam z cala lista rzeczy potrzebnych malinie do pierwszej klasy, ktora sobie wydrukowalam ze storny internetowej jej szkoly.
poszlam do papiernika. ludzie, pamietacie z dziecinstwa te papierniki, w ktorych zawsze, ale to zawsze jest cos ciekawego do kupienia? cos co koniecznie trzeba miec. podalam pani liste i poprosilam o skompletowanie przyborow do szkoly. pani zaczela ukladac rzeczy na ladzie i wciaz sie dopytywala: i flamastry tez? i olowki tez? i klej tez? w koncu nie wytrzymalam i zapytalam czemu sie tak dziwi, bo przeciez to wszystko malina potrzebuje do szkoly jak pewnie z ponad sto dzieci w okolicy.
 – tak, ale takie rzeczy to sie dzis kupuje w aldim albo dm, bo duzo taniej. – wyjasnila ze smutkiem pani i z wdziecznosci nawrzucala malinie mnostwo prezentow: kredki, gumke rozowa, plan lekcji, zeszyty z zadaniami itp.
drazni mnie aldi, tchibo ale i tak chodze do h&m. musze to zmienic. dam rade?

jak sie uczy meza respektu.

moj maz nie wkurza sie zbyt czesto, nie zlosci zbytnio, nie pamietam zeby kiedys krzyczal ze zlosci. dlatego od razu podskoczylo mi cisnienie, kiedy w sluchawce uslyszalam jego podniesiony glos:
 – sluchaj! musisz mi pomoc!!!
o jezu. powinien byc na lotnisku w drodze na wazna prezentacje w rumunii.
 – idz na gore i zobacz czy zostawilem laptop w biurze.
lece. nie ma.
 – moze zostawilem w pokoju na dole?
lece. nie ma.
 – moze w przedpokoju?
 nie ma. nigdzie nie ma. kurcze.
 – moze zostwiles w samochodzie?
 – nie moge sprawdzic, jestem juz odprawiony. zaraz lece. nie zdaze pojsc na parking. ale leciec kurcze tez nie mam po co. wszystko co mam pokazac jest w tym laptopie. scheisseeee!!!! – krzyczy moj maz. moja ostoja spokoju. o boze jak sie zdenerwowalam. i nagle jak pomylowy dobromir wpadam na pomysl.
 – idz do celnikow. pewnie wyjales laptop jak zwykle do przeswietlenia a potem sobie poszedles i zapomniales. pewnie wziales tylko torbe i zapomniales, ze laptop jechal na tasmie oddzielnie.
 – nieeeee… no taki glupi to przeciez nie jestem! – wola moj przejety maz, ktory przynajmniej raz w tygodniu gdzies lata i odprawa jest dla niego rutyna.
 – idz! – wolam. rozlaczamy sie. pewnie idzie. jak go znam to biegnie. za kilka minut dzwoni:
 – jestem gluuuuuuupi! kocham cie! skad wiedzialas???
 – bo ja wszystko wiem. wiec uwazaj, tak?

trzeci jezyk

malina myslala, ze pobawi sie na campusie kilka dni i bedzie mowic po angielsku jak po polsku a do tego droga daleka. w samochodzie popisuje sie znajomoscia slowek.
 – mamusiu pytaj mnie.
pytam wiec:
 – pies?
 – dog.
 – kot?
 – cat
 – dom?
 – house.
 – dziewczynka?
 – girl.
 – chlopiec?
 – pig.
 – pig?
 – a nie pig?
 – nie…

peace.

maz oznajmil mi dzis przy kolacji, ze gdyby wszyscy faceci mieli takie zony jak ja to nie byloby wojen.

ludzie mysleliby tylko o seksie i nie mieliby czasu na jezdzenie czolgami czy rzucanie bomb.

przyniosl z piwnicy moje rozowe drewniaki na 12 centymetrowych koturnach zeby juz staly i czekaly na wakacje. co sobie kolo nich przechodzi to sie cieszy. za dwa tygodnie wyruszamy.

malina pingwin.

od rana malina cwiczy:
 – do you want to play with me?
 – sing along with me!
 – my name is malina.
 tatus zawiozl ja na pierwszy dzien angielskojezycznego campu "pingwiny". przyjechali za wczesnie. szkola montesorri – marzenie nie szkola. maz twierdzi, ze od razu chcial tam zostac i zamieszkac na zawsze.  na skraju lasu, piekne drewniane podlogi, piekne okna, wszyscy mili jak nie wiem. no ale same obce dzieci i wszystko po angielsku. maz mowi, ze jakos go w brzuchu slrecilo, ze ma maline tam sama zostawic a malina na to:
 – idz juz, przeciez wiesz, ze dobrze mowie po angielsku. yes. yes.
maz zostal jeszcze, bo rodzice zostali zaproszeni do wspolnego klaskania powitalnej piosenki. zaraz potem malina zabrala swoj plecak, pomachala lapka i pobiegla do swojej grupy. maz sie zastanawial czy ja sledzic czy nie, ale jednak jakos udalo mu sie dotrzec do samochodu i odjechac.

zagubiona malina.

po przeczytaniu wieczornej bajki, malina moze udziadkow jeszcze prez kwadrans poogladac w lozeczku ksiazeczke. potem oma wylacza swiatlo, zostawia uchylone drzwi i malina zasypia a oma i opa popijaja na trasie wino i kontempluja wydarzenia dnia. wczoraj cos ome natchnelo, ze po pol godzinie poszla zajrzec czy malina spi i… zastala puste lozko. oma wpadla w poploch. razem z opa zaczeli przeszukiwac wszytkie pokoje, lazienki, nawet otworzyli wejsciowe drzwi a nastepnie wpadli w panike a tesciowa histerie. zlekli sie, ze moze malina wdrapala sie na okno? co sie moglo stac?!!! okno jest zawsze szeroko otwarte w ich sypialni i szukajac tam dziecka znalezli maline w ich wlasnym lozu. malina zakradla sie tam zeby w  zrealizowac swoje tajemne marzenie: wyprobowac okulary do spania z czerwonego atlasu, ktore leza na nocnym stoliku omy. zapomniala sie i zasnela. dziadkowie wybuchneli glosnym smiechem, ale malina spala jak zaczarowana, rowniutko na plecach zeby okulary sie nie zsunely. opa zaniosl ja do lozeczka a potem poszli sie relaxowac i nacieszyc, ze nic sie nie stalo.