stoicki spokoj.

jestesmy z wizyta u przyjaciolki mirabelki. popijamy z mama kasia jasminowa herbate, podgryzamy strucle serowa i patrzymy na trzy sliczne dziewczynki biegajace z taczkami, zbierajace zoledzie, skaczace po przewroconych pienkach. mirabelka i malina sa niemal dorosle: 4,5 i 6 a lukrecja ma trzy lata i biega za nimi jak ogonek i jest ze wszystkiego zadowolona. zjada po nich niechciane resztki deseru, bawi sie porzuconym kijem, niepotrzebnymi juz kasztanami, rzucona w kat chustka. ogrod kasi przechodzi z jednej strony w nieskonczone pole i podziwianie tam zachodu slonca to wydarzenie samo w sobie, z drugiej zas w park czy tez las – malowniczo, romantycznie, pieknie. tak sie delektujemy tym widokiem lekko gawedzac o szkole muzycznej i ogladaniu telewizji, kiedy dziewczynki podbiegaja do nas zeby zaprezentowac jakies znalezisko. ku naszemu obrzydzeniu kazda ma w reku kawalek… ptaka. jedna glowke i kazda po skrzydelku i garsc pior. kasia przynosi torbe foliowa, dziewczynki wrzucja tam wszystko i niewzruszone biegna umyc rece. a my asystujemy zywo dyskutujac o ptasiej grypie i innych plagach. a panienki ze stoicki spokojem mydla lapki jakby chodzilo o kwiatki albo patyki, zupelnie obojetnie zabieraja sie za kolejna zabawe.
– malina, bawimy sie w umieranie? teraz ty umierasz pierwsza!
– dobrze! ale potem ty umierasz pierwsza!
i dziewczynki padaja na podloge jak postrzelone seria z karabinu. staram sie zachowac spokoj:
– a co to za zabawa? nie mozecie sie pobawic w cos wesolego?
malina wstaje spokojnie i tlumaczy mirabel:
– musimy sie pobawic w cos innego, bo moja mamusia uwaza, ze to nudne.
i dziewczynki ida bawic sie w czarodziejki. lukrecja ma byc kotem, bo kazda czarodziejka musi miec czarnego kota.

Dodaj komentarz