malina juz sobie zamowila telefonicznie u tatusia na sniadanie herbatke malinowa i beze a dla mamusi kawe. maz wyladowal we frankfurcie, zabral auto i jedzie do nas. nie wiem czy doczekam, bo stoi w korku a ja spiaca. z irlandii wiezie mi "irland garden" – padlam na podloge ze smiechu. coz za romantyczny prezent! jutro malina ma polskie przedszkole i maz zaplanowal na ten czas siedzenie pod drzewem, picie kawy, gadanie, ogladanie w obrazkow w irland garden i ogolne "nicnierobienie". a ja myslalm, ze posprzatamy, pokosimy, zakupimy, odkurzymy itp. maz powiedzial, ze mam jakas dziwna wizje soboty i jego pomysly sa duzo lepsze! ide wiec spac, zeby miec sile na ich realizacje.
(zabral ze soba swojego nowego, mlodego asystenta. ktory w genialnym irlandzkim pubie z fantystyczna irladzka muzyka wesolo oswiadczyl irladzkiemu klientowi, ze fajne sa te brytyjskie puby. sic.)